Выбрать главу

Pogańskie niewolnictwo powoli zanikało, nie tyle drogą rozkładu, co drogą przekształcenia się w coś lepszego. W pewnym sensie nie umarło ono, ale raczej nabrało życia. Właściciel niewolników podobny był do człowieka, który wkopie rząd słupów, żeby zrobić płot, a później stwierdzi, że wypuściły one korzenie i rozwinęły się w drzewka. Są one teraz i więcej warte, i trudniejsze do obchodzenia się, a w szczególności trudniejsze do przeniesienia w inne miejsce. Taka różnica między słupem a drzewem odpowiada dokładnie różnicy między niewolnikiem a poddanym — czy nawet wolnym chłopem, do którego to stanu poddany wydawał się szybko zmierzać. Była to, w najlepszym rozumieniu tego oklepanego frazesu, ewolucja społeczna, przy czym miała ona złą stronę każdej takiej ewolucji, polegającą na tym, że podczas gdy była najgłębszym wyrazem ładu, była jeszcze ciągle po prostu bezprawiem, to znaczy, że wyzwolenie gminu posunęło się już było bardzo daleko, ale jeszcze nie na tyle, by dało się ująć w jakąś ustawę. Zwyczaj był „niepisany”, podobnie jak konstytucja brytyjska, i (podobnie jak ta ewolucyjna, nieuchwytna instytucja) mógł być zawsze deptany przez bogaczy, którzy zaczęli go używać jako narzędzia do załatwiania swych interesów przez akty parlamentarne. Świeżo upieczony chłop był ciągle jeszcze prawie niewolnikiem. Miał się o tym dowiedzieć na skutek jednego z tych obrotów fortuny, które zadają kłam lekkomyślnej wierze w zdrowy rozsądek niepisanych konstytucji. Wojny z Francją stały się z biegiem czasu takim samym prawie dopustem dla Anglii, jak dla Francji. Anglię wyniszczyły jej zwycięstwa. Na przeciwległych krańcach społeczeństwa rosły zbytek i ubóstwo — i na skutek procesu, którego opis nadaje się lepiej do jednego z następnych rozdziałów, zachwiała się równowaga znamionująca większą część średniowiecza. W końcu straszna zaraza, zwaną Czarną śmiercią, przeszła przez kraj jak podmuch eksplozji, przerzedzając ludność i rujnując dorobek pokoleń. Zabrakło rąk do pracy i trudno było o luksusowe wyroby, toteż wielcy panowie uczynili to, czego można się było po nich spodziewać. Stali się prawnikami i podtrzymywaczami litery prawa. Odwołali się do zasad zupełnie przedawnionych, by zagnać poddanego z powrotem w niewolę ciemnych wieków. Ogłosili ludowi swe postanowienie i lud chwycił za broń.

Dwie dramatyczne opowieści, łączące Wata Tylera w sposób wątpliwy z początkiem tego buntu, a stanowczo z jego końcem, nie są bynajmniej nieważne, mimo że nasi dzisiejsi prozaiczni historycy udają, że wszystkie dramatyczne opowieści są nieważne. Opowieść o pierwszym uderzeniu Tylera ma o tyle znaczenie, że jest nie tylko dramatyczna, ale wiąże się z domem rodzinnym. Uderzenie to było pomstą za obrazę rodziny i zrobiło z legendy o tym buncie, bez względu na jego przypadkowe nieprzyzwoitości, coś w rodzaju demonstracji na rzecz przyzwoitości. Ma to swą wagę, gdyż na godność człowieka ubogiego nie zwraca się prawie zupełnie uwagi we współczesnych dyskusjach. Dziś poborcy podatkowemu wystarczy przynieść formularz i powiedzieć kilka długich słów, nie narażając się na rozbicie głowy. Przyczyną protestu oraz formą, jaką reakcja feudalna przybrała początkowo, był podatek od głosowania. Był to jednak tylko fragment powszechnego procesu wtłaczania ludności w pracę niewolniczą, co w pełni tłumaczy dzikie postępowanie rządu po złamaniu powstania. W swych wypowiedziach rząd groził, że uczyni poddanego jeszcze bardziej niewolnym, niż był przedtem. Fakty związane z upadkiem powstania są lepiej znane. Średniowieczne pospólstwo wykazało znaczną energię wojskową i umiejętność współdziałania, przebiło sobie drogę do Londynu i natknęło się pod murami miasta na siłę zbrojną, wśród której byli król i burmistrz Londynu. Zmuszono ich do zgody na rokowania. Jednakże zdradzieckie zasztyletowanie Tylera przez burmistrza dało sygnał do walki i masakry. Chłopi rzucili się naprzód krzycząc „zabili nam wodza”. Wówczas to zaszła rzecz dziwna, coś, co daje nam przelotny i ostatni rzut oka na ukoronowanego pomazańca wieków średnich. Na jedną krótką chwilę Boskie prawo stało się Boskim.

Król był jeszcze chłopcem. W uszach tego tłumu głos jego musiał więc brzmieć nieledwie jak głos dziecka. Jednakże siła jego ojców i wielkość cywilizacji chrześcijańskiej, z której się wywodził, zstąpiły w jakiś dziwny sposób na niego. Wyjechał na koniu przed szeregi ludu i zawołał: „Ja jestem waszym wodzem”, i obiecał przyznać im wszystko, o co prosili. Obietnicę tę później złamał. Ci jednak, którzy w złamaniu jej widzą zwykłą zmienność młodego i lekkomyślnego króla, składają dowód nie tyle płytkiego, co skrajnie ignoranckiego rozumienia całego ducha tych czasów. Faktem, który musimy sobie zapamiętać, jeśli następne zdarzenia mają się nam ukazać we właściwym świetle, jest to, że parlament na pewno zachęcił, a prawie na pewno zmusił króla do odtrącenia ludu. Skoro bowiem uradowani rewolucjoniści złożyli broń i zostali zdradzeni, król zaproponował parlamentowi ludzki kompromis, który parlament odrzucił z furią. Parlament nie był już wówczas tylko ciałem rządzącym, ale warstwą rządzącą. Odnosił się on z jednaką pogardą do chłopów w wieku XIV, jak do kartystów w wieku XIX. Ciało to, powołane początkowo przez króla analogicznie do sądów przysięgłych i wielu innych rzeczy, w celu uzyskania od szarych ludzi (niezbyt do tego chętnych) wypowiedzi na temat opodatkowania, zdążyło się już stać celem ambicji, a tym samym arystokracją. Toczyła się już wówczas wojna, w tym wypadku dosłownie na noże, między Izbą Gmin przez duże „G” a gminem przez małe „g”. Skoro już mowa o nożach, jest rzeczą znamienną, że zabójca Tylera nie był zwykłym szlachcicem, ale wybrańcem kupieckiej oligarchii Londynu, aczkolwiek nie ma zapewne prawdy w opowieści, jakoby jego zbroczony krwią sztylet figurował w herbie City londyńskiego. Średniowieczni londyńczycy byli zdolni do zamordowania człowieka, ale nie do wetknięcia skalanego w ten sposób noża w pobliżu krzyża swego Odkupiciela, w miejsce, które w rzeczywistości zajmuje miecz św. Pawła.

Powiedzieliśmy przed chwilą, że parlament był już arystokracją, gdyż stał się celem ambicji. Prawda leży może trochę głębiej. Gdyby jednak nadszedł dzień, w którym ludzie zaczęliby marzyć o dostaniu się do ławy przysięgłych, wolno by zaryzykować przypuszczenie, że sąd przysięgłych przestał być instytucją ludową. W każdym razie ten fakt musimy mieć na uwadze, w przeciwieństwie do odwrotnej idei ius divinum, czyli władzy ustalonej, jeśli chcemy ocenić właściwie upadek Ryszarda. Jeśli fakt zrzucenia go z tronu był buntem, to był to bunt parlamentu, czyli tej instytucji, która wobec buntu ludu okazała się właśnie znacznie bardziej bezlitosna niż sam król. Nie to jednak jest sprawą najistotniejszą. Istotne jest to, że na skutek obalenia Ryszarda wydostanie się ponad parlament stało się po raz pierwszy możliwe. Przeskok był ogromny; celem ambicji stała się teraz korona. Co mógł uchwycić jeden, mógł mu wyrwać drugi; co dynastia Lancaster trzymała siłą, dynastia York mogła wyrwać siłą. Czar, że króla nie można zdetronizować, gdyż usadowił się poza zasięgiem ludzkim — prysł, i w ciągu trzech nieszczęsnych pokoleń awanturnicy potykali się na schodach śliskich od krwi, na schodach, ponad którymi stało coś, czego nie można było wyobrazić sobie w średniowieczu: pusty tron.