Выбрать главу

Brak poczucia bezpieczeństwa, cechujący lancasterskiego uzurpatora — głównie dlatego, że był uzurpatorem — tłumaczy wiele czynów, z których niektóre określilibyśmy dziś jako dobre, inne jako złe, a wszystkie razem jako dobre lub złe, z tą samą szczególną łatwością, z jaką wydajemy sądy o rzeczach odległych. Skłoniło to dynastię lancasterską do opierania się o parlament, będący, jak to już widzieliśmy, instytucją bardzo złożoną. Pod pewnymi względami mogło być dla monarchii korzystne, że kontrolowała ją i rzucała jej wyzwanie instytucja, która zachowała choć trochę z dawnej bezpośredniości i wolności słowa. Było to jednak na pewno złe dla parlamentu, gdyż czyniło z niego jeszcze bardziej sprzymierzeńca ambicji szlacheckiej, której wiele przykładów zobaczymy później. Skłoniło to również dynastię lancasterską do oparcia się o ludowe uczucia patriotyczne, do uczynienia języka angielskiego po raz pierwszy językiem dworu i do ponownego wszczęcia wojen francuskich pięknym spotkaniem pod Azincourt. Skłoniło to również dynastię do oparcia się o Kościół, a może raczej o wyższe duchowieństwo, co było prawdopodobnie najgorszą formą klerykalizmu. Pewien niezdrowy duch, ciążący coraz silniej na ostatkach średniowiecza, wyraził się w nowych i starannie obmyślanych okrucieństwach przeciw ostatniemu wykwitowi herezji. Pobieżna nawet znajomość filozofii tych herezji pozwala podać w wątpliwość pogląd, jakoby zwiastowały one reformację. Trudno zrozumieć, jak ktoś mógłby nazwać Wyklifa protestantem, nie nazywając równocześnie protestantami Pelagiusza czy Ariusza, jeśli zaś John Ball był reformatorem, to Latimer nie mógł być reformatorem. Choć jednak nowe herezje nie zapowiadały początku angielskiego protestantyzmu, to zapowiadały może koniec angielskiego katolicyzmu. Cobham nie zapalił świeczki w celu przekazania jej kaplicom niekonformistycznym, jednakże Arundel zapalił pochodnię i przytknął ją do własnego kościoła. Ta niepopularność, która z biegiem czasu obarczyła stary system religijny i stał a się następnie prawdziwą tradycją narodową, skierowaną przeciw Marii, miała niewątpliwie swe źródło w chorobliwej energii owych piętnastowiecznych biskupów. Prześladowanie może mieć podkład filozoficzny, dający się obronić, ale u niektórych z tych ludzi prześladowanie było raczej zboczeniem. Z drugiej strony Kanału la Manche jeden z tych ludzi przewodniczył rozprawie przeciw św. Joannie d’Arc.

To wynaturzenie, ta chorobliwa energia stanowią jednak siłę napędową całej tej epoki po upadku Ryszarda II, a w szczególności tych spo rów, które znalazły tak ironiczny wyraz w angiels kich różach — i cierniach. Niniejsza książka może jedynie pretendować do tego, by być skrótem perspektywicznym rzuconym wstecz. Nie pozwala nam to wdawać się w opis zawiłych wojen między domami York a Lancaster, ani na żadne próby śledzenia emocjonujących nawrotów fortuny i odwetów, których pełne były żywoty Warwicka Twórcy Królów oraz wojowniczej wdowy po Hen ryku V. Współzawodnicy ci nie walczyli oczywiście, jak się to czasem przesadnie twierdzi, o nic, ani nawet (jak lew i jednorożec) nie walczyli tylko o koronę. Nawet w tym burzliwym półmroku bohaterskich czasów można się doszukać cienia sporów moralnych. Skoro jednak powiemy, że Lancaster bronił na ogół nowego pojęcia króla podpartego przez parlament i potężnych biskupów, a York resztek dawniejszej idei króla, który nie pozwala niczemu stawać między sobą a ludem, wyczerpiemy już wszystko, co miało trwały sens polityczny, i nic więcej nie da się wywnioskować, nawet gdybyśmy policzyli wszystkie strzały spod Barnet czy wszystkie kopie spod Tewkesbury. Jednakże twierdzenie, że yorkiści mieli w sobie coś, co z grubsza można by nazwać toryzmem, ma przynajmniej tę jedną ciekawą stronę, że rzuca blask romantyzmu na ostatnią i najgodniejszą uwagi postać wojowniczego domu York, z której upadkiem Wojny Róż dobiegły końca.

Jeśli pragniemy uchwycić dziwne barwy zachodu średniowiecznego słońca, jeśli chcemy zobaczyć, co odmieniło ducha rycerskiego, choć go jeszcze niezupełnie zabiło, trudno o lepsze studium niż zagadka Ryszarda III. Oczywiście ani jeden z jego rysów nie odpowiadał karykaturze, którą jego znacznie mniejszy następca rozplakatował po świecie po jego śmierci. Nie był on nawet garbusem; miał jedno ramię trochę wyższe od drugiego, zapewne na skutek szalonego zamił owania do miecza, co musiało oddziałać na kości z natury drobne i delikatne. A jednak jego dusza, jeśli nie jego ciało, prześladuje nas jakby jakiś krzywy cień prostego rycerza z lepszych czasów. Nie był on potworem przelewającym potoki krwi. Niektórzy z ludzi, których kazał stracić, zasługiwali na to nie mniej niż inni ludzie tej złej epoki. Nawet opowieść o zamordowaniu bratanków nie jest pewna, gdyż opowiadali ją ludzie, którzy twierdzili również, że urodził się on z kłami i jako niemowlę — pokryty był włosem. A jednak krwawo czerwona chmura wisi nad jego wspomnieniem, a atmosfera tego czasu jest tak przepojona rzezią, że nie możemy twierdzić, iż nie był on zdolny nawet do tych rzeczy, których — być może — nie popełnił. Czy był człowiekiem dobrym czy nie, był, jak się zdaje, królem dobrym i nawet popularnym; a jednak myślimy o nim — mgliście, ale chyba nie bez racji — że panowanie jego było po trosze dopustem. Wyprzedził on renesans swym niezwykłym entuzjazmem dla sztuki i muzyki — ponadto trzymał się, jak się zdaje, starych ścieżek religii i miłosierdzia. Nie dlatego chwytał stale za miecz i sztylet, że jedyna jego przyjemność polegała na przecinaniu gardeł, ale czynił to zapewne z nerwowości. Był to okres naszych pierwszych malowanych portretów, i piękna jego ówczesna podobizna rzuca światło na pewien osobliwy szczegół: pokazuje go bowiem bawiącego się pierścieniem na palcu. Jest to ruch charakterystyczny dla osoby o temperamencie wybuchowym, osoby, która bawiłaby się również sztyletem. Na jego twarzy, tak jak ją widzimy na obrazie, możemy studiować to wszystko, dzięki czemu opłaca się zatrzymać tak długo przy jego nazwisku: atmosferę bardzo różną od wszystkiego przed nim i po nim. Twarz uderza pięknością intelektualną. Rysuje się jednak na niej coś innego, co samo w sobie nie jest ani dobre, ani złe, a tym czymś jest — śmierć, śmierć pewnej epoki, śmierć wielkiej cywilizacji, śmierć czegoś, co niegdyś śpiewało do słońca w kantyczce św. Franciszka i płynęło na krańce świata w okrętach pierwszej wyprawy krzyżowej, coś, co jednak w czasie pokoju zmęczyło się i obróciło swój oręż do wewnątrz, raniąc własnych braci; coś, co złamało własne słowo, grało w hazard o koronę i dostało gorączki nawet na punkcie wiary, coś, co zachowało jednak ten jeden wdzięk wśród gasnących cnót, że jego waleczność umarła — ostatnia.

Jeśli były jednak w Ryszardzie Gloucester jakieś inne złe czy dobre strony, posiadał on jednak cechę, która czyniła z niego naprawdę ostatniego z królów średniowiecza. Wyraziła się ona w tym jednym słowie, które wykrzyknął głośno, kiedy powalał jednego wroga za drugim w czasie ostatniej szarży pod Bosworth — w słowie „zdrada”. Dla niego, tak jak dla pierwszych królów normańskich, zdrada była tym samym co oszustwo. W tym zaś przynajmniej wypadku była ona rzeczywiście tym samym co oszustwo. Gdy szlachta opuściła go przed bitwą, nie patrzył na to jako na nową kombinację polityczną, ale jako na grzech fałszywych przyjaciół i niewiernych sług. Posługując się własnym głosem jak trąbą herolda, wyzwał on swego rywala na bój podobnie osobisty, jak bój dwu paladynów Karola Wielkiego. Jego rywal nie przyjął wyzwania. Nie zanosiło się na to, by je przyjął. Zaczęła się nowoczesna epoka. Owo wyzwanie rozbrzmiewało bez odpowiedzi przez następne wieki, gdyż po tym dniu żaden król angielski nie walczył już w tym stylu. Zabiwszy wielu, Ryszard sam został zabity, a jego uszczuplone siły spotkała zagłada.