Выбрать главу

Tak skończyła się wojna uzurpatorów. Ostatni zaś i najbardziej wątpliwy ze wszystkich uzurpatorów — przybłęda z kresów walijskich — rycerz rodem znikąd, znalazł koronę Anglii pod krzakiem głogu.

XI. Bunt bogaczy

Mistyczne sieci, w które Tomasza Morusa w końcu uwikłano i zabito, oceniane są różnie. Wszyscy sławią go natomiast zgodnie jako bohatera Nowej Nauki, tego wielkiego brzasku racjonalnego światła dziennego, w porównaniu z którym średniowiecze wydaje się tylu ludziom zwykłą ciemnością. Można różnie myśleć o jego uznaniu dla Reformacji, bezsporne jest natomiast jego uznanie dla Renesansu. W pierwszym rzędzie był on humanistą, i to bardzo ludzkim. Pod wieloma względami był on nawet bardzo nowoczesny, co zdaniem — mylnym — niektórych ludzi znaczy to samo, co być ludzkim. Ponadto był on również humanitarny. Rzucił zarys pewnego ideału, czy raczej może wymyślnego ustroju społecznego. Trochę w tym było naiwności H.G. Wellsa, ale było to znacznie głębsze od frywolności przypisywanej Bernardowi Shaw. Nie godzi się obciążać jego moralności pojęciami Utopii. Jednak ich przedmiot i wnioski składają się na to, co w braku odpowiedniejszego wyrazu musimy nazwać jego modernizmem. Tak więc nieśmiertelność zwierząt stanowi ten rodzaj transcendentalizmu, który ma posmak ewolucji, grubszy zaś żart o preliminariach małżeństwa mogą wziąć zupełnie na serio studenci eugeniki. Morus zaproponował ponadto pewnego rodzaju pacyfizm — choć mieszkańcy Utopii dochodzili do niego w sposób osobliwy. Mówiąc krótko, choć był on, wraz ze swym przyjarielem Erazmem, satyrykiem średniowiecznych nadużyć, niewielu ludzi zaprzeczy dziś, że protestantyzm byłby dla niego raczej zbyt ciasny niż zbyt szeroki. Choć jest rzeczą oczywistą, że nie był on protestantem, niewielu protestantów odmówi mu miana reformatora. Był on jednak nowa to rem w sprawach bardziej pociągających dla umysłów nowoczesnych niż teologia. W pewnej mierze można by go nazwać neopoganinem. Jego przyjaciel Colet określił tę ucieczkę od mediewalizmu jako przejście ze złej łaciny na dobrą grekę. W naszych chaotycznych rozprawach miesza się obie razem. Greka była nową naroślą tych czasów, podczas gdy zawsze istniała łacina popularna, o ile nie wręcz kuchenna. Będziemy bliżsi prawdy zwąc ludzi średniowiecza dwujęzycznymi niż zwąc ich łacinę językiem martwym. Greka nie weszła naturalnie nigdy w użycie tak powszechne. Kto ją jednak opanował, czuł się — można tak powiedzieć bez przesady — jakby wypuszczony po raz pierwszy na świeże powietrze. Dużo z tego greckiego ducha znalazło swe odbicie w Morusie: jego uniwersalizm, jego ogłada, jego mieszanina kipiącego rozumu i chłodnej ciekawości. Prawdopodobnie dopuszczał się on nawet niektórych ekscesów i błędów smaku, które kaziły wspaniały intelektualizm reakcji przeciw średniowieczu. Możemy sobie wyobrazić, że uważał on pokraczne wyloty rynien na katedrach gotyckich za barbarzyńskie, czy że nawet nie podniecała go — podobnie jak Sydneya — trąba „Chevy Chase”. Bogactwo starożytnego świata pogańskiego w dowcip, wdzięk i cnoty obywatelskie tak dopiero niedawno objawiło się temu pokoleniu w olśniewającej obfitości i doskonałości, że trudno uważać za wielki grzech, jeśli tu i ówdzie wyrządzono niesprawiedliwość pozostałościom ciemnych wieków. Patrząc na świat oczyma Morusa, patrzymy z największych okien tego czasu: patrzymy na angielski krajobraz, widziany po raz pierwszy jako równina w poziomych promieniach porannego słońca. To bowiem, co widział Morus, było Anglią renesansu, Anglią na przejściu ze średniowiecza do czasów nowożytnych. Patrzył więc w dal i widział wiele rzeczy, i mówił wiele rzeczy. Wszystkie były cenne, a dużo było dowcipnych. Zauważył przy tym pewną rzecz, stanowiącą okropny majak wyobraźni a zarazem fakt codzienny i rzeczywisty. Patrząc na krajobraz powiedział: „Owce pożerają ludzi”.

Tej dziwnej formuły na określenie wielkiej epoki naszego wyzwolenia i oświecenia nie wysuwa się zazwyczaj na czoło zwięzłych opisów naszej historii. Formuła ta nie ma nic wspólnego z przekładem Pisma Świętego ani z charakterem Henryka VIII, ani z charakterami żon Henryka VIII, ani z trójstronnymi debatami między Henrykiem, Lutrem i Papieżem. Nie były to papieskie owce jedzące protestanckich ludzi czy vice versa — nie był to również Henryk rzucający, w którymś z okresów swego krótkiego i oszałamiającego papiestwa — męczenników na pożarcie jagniętom, jak to czynili poganie rzucając ich lwom. To obrazowe wyrażenie miało oczywiście znaczyć, że intensywny typ uprawy rolnej ustępował ekstensywnemu typowi hodowli. Wielkie przestrzenie Anglii, stanowiące do tej pory rzeczpospolitą pewnej liczby rolników, przechodziły teraz pod suwerenną władzę samotnego pasterza owiec. W sedno tej sprawy, epigramem w stylu samego Morusa, utrafił J. Stephen w uderzającym eseju, który można obecnie znaleźć chyba tylko w starych rocznikach pisma „The New Witness”. Zwrócił on uwagę na paradoks, że wielce podziwiany osobnik, który spowodował, że miast jednego źdźbła trawy rosną dwa, był mordercą. W tym samym artykule p. Stephen ustalił prawdziwe źródła moralne tego ruchu, który doprowadził do uprawy tak wielkiej ilości pastwisk i do wymordowania, a przynajmniej wyniszczenia tylu żywotów ludzkich. Jako przyczynę tego zjawiska, co każdy prawdziwy opis tej przemiany potwierdza, ustalił on wzrost nowego wykwintu — pod pewnym względem racjonalniejszego — warstwy rządzącej. Średniowieczny lord był osobnikiem stosunkowo nieokrzesanym i żył po prostu w największej farmie według obyczaju największego farmera. Pił wino, kiedy mógł, ale było gotów pić również piwo, wiedza nie dostarczyła mu jeszcze koni pijących benzynę. W epoce późniejszej od omawianej obecnie jedna z największych dam Anglii napisze do swego męża, że nie może do niego przyjechać, ponieważ jej konie cugowe chodzą w pługu. W prawdziwym średniowieczu najwięksi ludzie mieli prymitywniejsze jeszcze przeszkody, ale w czasach Henryka VIII rozpoczęła się już przemiana. W następnym pokoleniu w ogólnym obiegu będzie zdanie, które jest jednym z kluczy do zrozumienia tych czasów, i to kluczem szczególnie objaśniającym te ambitne plany ziemskie. O tym czy owym wielkim panu mówić się będzie wówczas, że jest „zwłoszczały”. Znaczyć to będzie subtelniejsze formy piękna, delikatne a zarazem mniej kruche szkło, złoto i srebro w postaci nie barbarzyńskich kamieni, ale raczej łodyg i wieńców z roztopionego metalu, lusterka, karty do gry i świecidełka, tryskające pięknem. Była to doskonałość drobiazgów. Nie było to, jak w ludowym rzemiośle gotyckim, nieświadome znamię sztuki na wszystkich przedmiotach potrzebnych do życia: było to raczej namiętne, z całej duszy wkładanie świadomej sztuki w rzeczy najczęściej zbędne. Przedmioty zbytku ożyły otrzymując duszę. Musimy pamiętać o tym rzeczywistym pragnieniu piękna. Tłumaczy ono bowiem — i usprawiedliwia.

Grono dawnych baronów przerzedziło się w wojnach domowych zakończonych pod Bosworth i zmniejszyło się na skutek oszczędnej i chytrej polityki tego niekrólewskiego króla, jakim był Henryk VII. On sam był „nowym człowiekiem”, toteż baronowie w dużej mierze ustąpili miejsca arystokracji nowych ludzi. Ale starsze już nawet rody obróciły swe oblicza w nowszym kierunku. O niektórych z nich, jak np. o Howardach, można powiedzieć, że figurowały zarówno jako rody stare, jak i nowe. W każdym razie duch całej warstwy wyższej można określić jako coraz nowszy. Arystokracja angielska, będąca głównym tworem reformacji, zasługuje bez wątpienia na pewną pochwałę, którą uważa się obecnie prawie ogólnie za pochwałę bardzo wysoką: była zawsze postępowa. Arystokratom zarzuca się, że szczycą się swymi przodkami. O angielskich natomiast arystokratach można słusznie powiedzieć, że szczycili się raczej swymi potomkami. Dla potomków planowali oni wielkie fundacje i piętrzyli stosy bogactw, dla swych potomków walczyli o coraz to wyższe miejsce w rządach państwem, dla swych potomków popierali każdą nową gałąź wiedzy czy system filozofii społecznej. Zrozumieli oni wielkie gospodarcze możliwości pastwisk, osuszyli jednak również mokradła. Wymietli księży, ale łaskawie dopuścili do swego towarzystwa filozofów. W miarę jak pokolenia nowej dynastii Tudorów następują po sobie, wytwarza się cywilizacja nowa i bardziej racjonalistyczna. Uczeni krytykują autentyczne teksty; sceptycy dyskredytują nie tylko papieskich świętych, ale i pogańskich filozofów; specjaliści analizują i racjonalizują tradycje, a owce jedzą ludzi.