Jak widzieliśmy, w wieku XIV miała miejsce w Anglii prawdziwa rewolucja ubogich. Niewiele brakowało, by się udała. Nie potrzebuję kryć się z przekonaniem, że byłoby dla nas wszystkich rzeczą możliwie najlepszą, gdyby się była całkowicie udała. Gdyby Ryszard II rzeczywiście skoczył w siodło Wata Tylera, czy raczej gdyby parlament nie był go zrzucił z konia, gdy się nań dostał, gdyby był potwierdził fakt nowej wolności chłopskiej jakimś aktem władzy królewskiej, tak już wówczas było w zwyczaju potwierdzać istnienie związków zawodowych przywilejami królewskimi — nasz kraj byłby zapewne miał dzieje na tyle szczęśliwe, na ile pozwala natura człowieka. Renesans byłby przybrał formę wykształcenia ludowego, a nie kultury klubu estetów. Nowa nauka mogła była być równie demokratyczna, jak stara nauka w starych dniach średniowiecznego Paryża i Oksfordu. Wyśmienity artyzm szkoły Celliniego mógł być tylko najwyższym stopniem umiejętności cechowej. Dramaty Szekspira mogli byli wystawiać robotnicy na scenach drewnianych, ustawianych na ulicy podobnie jak teatry marionetek; byłoby to udoskonaleniem sztuk religijnych, jakie grały cechy. Aktorzy nie musieli być „sługami króla”, ale mogli być własnymi panami. Wielki Renesans ze swym wykształceniem liberalnym mógł być liberalny. Jeśli to jest fantazja, to przynajmniej taka, której nierealności nie da się udowodnić. Średniowieczna rewolucja miała zbyt mało powodzenia na samym początku, by ktokolwiek był w stanie udowodnić, że nie mogła mieć powodzenia na końcu. Feudalny parlament wziął górę i zepchnął chłopów z powrotem do ich wątpliwego i na wpół rozwiniętego stanu. Powiedzieć więcej niż to, co się powiedziało, byłoby przesadą, a zarazem antycypacją rzeczywiście rozstrzygających zdarzeń późniejszych. Gdy Henryk VIII wstąpił na tron, rozwój cechów był może zahamowany, ale one same — pozornie niezmienione, a chłopi odzyskali nawet trochę swobody. Wielu z nich w teorii wciąż było przypisanych do ziemi, ale większość żyła pod niezbyt uciążliwą władzą opatów.
Średniowieczny ustrój utrzymywał się jeszcze. Mógł on, o ile można wnioskować ze znanych nam faktów, zacząć rozwijać się ponownie, wszystkie jednak takie domysły toną w nowych i bardzo dziwnych zjawiskach. Po nieudaniu się rewolucji ubogich nastąpiła w końcu kontrrewolucja: uwieńczona powodzeniem rewolucja bogaczy.
Pozorny jej punkt wyjściowy leżał w pewnych zdarzeniach politycznych, a nawet osobistych. Z grubsza sprowadzają się one do dwóch: małżeństwa Henryka VIII oraz sprawy klasztorów. Małżeństwa Henryka VIII są od dawna przedmiotem popularnych, a nawet brodatych kawałów. W kawałach tych mieści się pewna tradycyjna prawda, tak jak w każdym prawie kawale, o ile jest dostatecznie popularny i dostatecznie brodaty. Żart nie doczeka się nigdy brody, jeśli nie jest zarazem poważny. Henryk w początkach swego panowania był popularny. Nawet współcześni mu cudzoziemcy malują go jako wspaniałego, młodego księcia renesansowego, promieniującego wszystkimi powabami nowej ogłady. W swych ostatnich latach przypominał on mocno maniaka: przestał budzić miłość, jeśli zaś nawet napawał lękiem, był to raczej lęk przed wściekłym psem niż przed psem pilnującym domu. W tej zmianie nietrwałość, a nawet hańba jego „sinobrodych” małżeństw odegrały niewątpliwie dużą rolę. Sprawiedliwość każe jednak przyznać, że z wyjątkiem może pierwszej i ostatniej żony, był on prawie równie nieszczęśliwy w wyborze żon, jak one w wyborze małżonka. Ale właśnie sprawa jego pierwszego rozwodu złamała podstawy jego honoru, a przy sposobności złamała bardzo wiele innych, cenniejszych i bardziej uniwersalnych rzeczy. Chcąc zrozumieć przyczyny jego wściekłości, musimy sobie uprzytomnić, że nie uważał się on za nieprzyjaciela Papieża, ale raczej za jego przyjaciela. Jest w tym oddźwięk starej historii z Becketem. Henryk bronił był uprzednio Papieża w sporach dyplomatycznych, a Kościół w sporach religijnych, toteż gdy obrzydła mu jego królowa i upodobał sobie namiętnie jedną z jej dam dworu, Annę Boleyn, wydawało mu się, że cyniczne ustępstwo — w tej epoce cynicznych ustępstw — należy mu się ze strony przyjaciela. Należy to jednak do tego łańcucha niekonsekwencji, którym są losy wiary chrześcijańskiej w ludzkich rękach: nikt nie może przewidzieć, kiedy jej wyższa strona weźmie górę, choćby tylko na chwilę, i czy najgorsze epoki Kościoła nie uczynią lub nie powiedzą czegoś — jakby przypadkiem — co będzie godne najlepszych epok. Tak czy owak, z tej czy innej przyczyny, Henryk chciał oprzeć się na poduszkach wyścielających tron Leona, doszedł jednak do przekonania, że rękę swą złamał na Piotrowej opoce. Papież nie uznał nowego małżeństwa i Henryk, wzburzony i zaślepiony gniewem, zerwał wszystkie dawne stosunki z papiestwem. Wydaje się prawdopodobne, że nie zdawał sobie jasno sprawy z niepomiernych skutków swego postępku. I my sami nie wiemy tego nawet dziś. Z pewnością nie uważał siebie za antykatolika. Trudno również powiedzieć, by uważał się za przeciwnika Papieża, przecież najwidoczniej siebie samego uważał za papieża. Od tego dnia datuje się coś, co odegrało charakterystyczną rolę w dziejach, a mianowicie nowoczesna doktryna Boskiego prawa królów, zasadniczo różna od doktryny średniowiecznej. Zagadnienie to komplikuje jeszcze bardziej otwarta do dziś kwestia ciągłości spraw katolickich w anglikanizmie. Była to bowiem nuta nowa, choć uderzyły w nią czynniki tradycjonalistyczne. Zwierzchnictwo króla nad angielskim kościołem narodowym nie było bowiem, niestety, zwykłą zachcianką króla, gdyż stało się częściowo, na pewien czas, zachcianką samego kościoła. Pomijając jednak wszystkie sporne zagadnienia, w pewnym ludzkim i historycznym sensie ciągłość naszej przeszłości uległa w tym punkcie niebezpiecznemu załamaniu. Henryk nie tylko odciął Anglię od Europy, ale — co ważniejsze — odciął Anglię od Anglii.
Wielki rozwód sprowadził upadek Wolseya, potężnego ministra, który utrzymywał równowagę między cesarstwem a monarchią francuską i stworzył nowoczesną równowagę sił w Europie. Charakteryzuje się go często powiedzeniem Ego et Rex Meus, Wolsey to etap w dziejach Anglii raczej dlatego jednak, że cierpiał za to powiedzenie, niż dlatego, że je ukuł. Ego et Rex Meus może stanowić motto każdego nowoczesnego premiera, poszło dziś bowiem zupełnie w zapomnienie, że słowo „minister” znaczy tyle, co sługa. Wolsey był ostatnim wielkim sługą, którego można było odprawić i którego po prostu odprawiono. Była to oznaka monarchii ciągle jeszcze absolutnej: Anglicy zdumieni byli widząc to samo w nowoczesnych Niemczech, gdzie Bismarcka odprawiono jak lokaja. Okropniejszy od tego czyn miał dowieść, że ta nowa siła zatraciła już cechy ludzkie. Oto powaliła ona najszlachetniejszego z humanistów. Tomasz Morus, który był epikurejczykiem z czasów Augusta, zmarł śmiercią świętego z czasów Dioklecjana. Umarł, żartując wspaniale. Jest rzeczą naturalną, iż jego śmierć ukazała nam raczej świątobliwą stronę jego duszy, jego dobre serce i ufność w prawdy Boże. Humanistom musiało się to jednak wydać potwornym poświęceniem. Wyglądało to tak, jak gdyby Montaigne został męczennikiem. Jest rzeczą znamienną, że coś, co należałoby określić jako nienaturalne, weszło już do renesansowego naturalizmu, toteż dusza wielkiego chrześcijanina powstała przeciw temu. Wskazał on palcem na słońce i powiedział: „Będę wyżej tego osobnika”, a rzekł to z tą franciszkańską poufałością, która może kochać naturę, ponieważ nie chce się do niej modlić. Zostawił więc swojemu królowi słońce, które przez tyle smętnych dni i lat miało patrzyć tylko na jego złość.