— No dobrze — powiedział wreszcie Gaviral. Łypał oczkami na boki w ten swój charakterystyczny sposób, który tak upodabniał go do małego gryzonia. Zamachał papierami, które gniótł w ręku. — Słyszałeś wieści z Labiryntu, Mandralisco?
— Że Pontifex jest ciężko chory po udarze, milordzie?
— Że Pontifex jest martwy — powiedział Gaviral. — Pierwszy udar nie był śmiertelny, ale nastąpił drugi. Zmarł natychmiast, tak twierdzą raporty, które dotarły do nas z pewnym opóźnieniem. Prestimion już zajął jego miejsce.
— A Dekkeret jest nowym Koronalem?
— Wkrótce odbędzie się koronacja — oświadczył Gavdat, intonując wyrazy tak, jakby przekazywał wiadomość od niewidzialnego ducha. — Zbadałem jego gwiazdy. Czekają go krótkie i nieszczęśliwe rządy.
Mandralisca czekał. Te uwagi nie wymagały komentarza.
— Być może — powiedział jego lordowska mość Gaviral, przeczesując palcami rzednące, rudawe włosy — to sprzyjający moment, by ogłosić niepodległość Zimroelu pod naszym panowaniem. Potężny Confalume odszedł, Prestimion jest zajęty ustanawianiem swojej administracji w Labiryncie, władzę na Zamku przejmuje niewypróbowany, nowy człowiek… Co ty na to, Mandralisco? Pakujemy się, wracamy do Ni-moya i ogłaszamy, że zachodni kontynent dość długo już cierpiał jarzmo Alhanroelu? Postawimy ich przed faktem dokonanym, bum! i nie będą mieli jak protestować.
Zanim Mandralisca miał możliwość odpowiedzieć, z zewnątrz dobiegł głośny brzęk i łomot, a później ochrypłe wrzaski. Mandralisca domyślał się, że hałas ten zwiastował przybycie głośnego, podobnego do zwierzęcia Lorda Gaviniusa, jednak ku jego zaskoczeniu przybyszem okazał się być potężny, ciężki Gavahaud, który miał się za wzór elegancji i wdzięku. Powitał tę przerwę z radością, bo dawała mu szansę na wymyślenie dyplomatycznej odpowiedzi. Gavahaud wszedł, mamrocząc o napotkaniu niespodziewanych przeszkód w sali rzeźb. Po chwili zobaczył Mandraliskę, zerknął na Gavirala i spytał:
— No i? Zgadza się?
Nie wątpił, że pragnienie wydania wojny Prestimionowi i Dekkeretowi aż w nich wrzało. Chcieli tylko, by poklepał ich po główkach i pochwalił za ambicję i wojownicze dusze.
Wszyscy trzej bracia byli teraz skupieni wyłącznie na nim: Gaviral z oczami jak świdry, Gavahaud z przekrwionymi ślepiami i głupi, wilgotnooki Gavdat. Mandralisca pomyślał, że to, jak są od niego zależni, jak straszliwie chętni, by potwierdził całą żałosną strategię, którą byli w stanie wykoncypować, jest niemal chwytające za serce.
— Milordzie — powiedział. — Jeśli pytasz, czy zgadzam się, że to odpowiedni moment na ogłoszenie niepodległości wobec rządu centralnego, to moja odpowiedź brzmi: nie, nie wierzę, by tak było.
Każdy z nich inaczej zareagował na spokojną odpowiedź Mandraliski. Ogarnął to wszystko jednym spojrzeniem i uznał za cenną naukę.
Gavdat cofnął się, niemal zszokowany. Szarpnął głową w tył tak mocno, że jego miękkie policzki zatrzęsły się jak galareta. Bardzo możliwe, że użył swoich wróżbiarskich przyrządów i spodziewał się czegoś zupełnie innego. Wyniosły Gavahaud, choć ewidentnie równie zaniepokojony i rozczarowany, spojrzał na Mandraliskę za zdumieniem, jakby ten właśnie napluł mu w twarz. Tylko Gaviral przyjął odpowiedź hrabiego spokojnie, spojrzał wpierw na jednego, potem na drugiego brata z samozadowoleniem, które oznaczać mogło tylko jedno: „Proszę! A nie mówiłem? Warto poczekać i skonsultować sprawy z Mandraliską”. Wśród prostackich, tępych braci Gaviral w ten sposób wyróżniał się inteligencją, że posiadał cień samoświadomości, odrobinę wiedzy o tym, jak głupi naprawdę są i jak bardzo potrzebują pomocy swego Tajnego Doradcy w każdej poważniejszej sprawie.
— Czy mogę zapytać — powiedział ostrożnie Gaviral — czemu masz właśnie takie uczucia?
— Jest kilka powodów, milordzie — wyliczał je na palcach. — Po pierwsze: na Majipoorze panuje powszechna żałoba, jeśli dobrze pamiętam śmierć Pontifexa Prankipina dwadzieścia lat temu. Nawet na Zimroelu Pontifex był poważany i kochany, a tym razem mówimy o Confalumie, najbardziej szanowanym monarsze od wieków. Wierzę, że próba zerwania z rządem imperium w chwili, gdy ludność zewsząd wyraża smutek po jego śmierci, odebrana będzie jako pozbawiona smaku, wręcz obraźliwa. Stracilibyśmy poparcie wielu własnych obywateli i wzbudzili niepotrzebnie wielki gniew mieszkańców Alhanroelu.
— Możliwe — zgodził się Gaviral. — Kontynuuj.
— Po drugie: ogłoszeniu niepodległości towarzyszyć musi demonstracja, że potrafimy bronić swoich słów. Mam na myśli fakt, że obecnie jesteśmy na wstępnym etapie tworzenia armii, o ile w ogóle można to nazwać wstępem. W związku z tym…
— Przewidujesz wojnę z Alhanroelem? — zapytał jego lordowska mość Gavahaud wyniośle. — Czy to możliwe, że ośmielą się nas zaatakować?
— O tak, milordzie. Bardzo zdecydowanie sądzę, że nas zaatakują. Powszechnie kochany Prestimion jest człowiekiem przeżywającym silne emocje i skłonnym do strasznego gniewu, kiedy się rozzłości. Mam na to dowody z doświadczenia z waszym sławnym wujem, Dantiryą Sambailem. A Lord Dekkeret, z tego, co o nim wiem, nie zechce rozpocząć swoich rządów od secesji połowy królestwa. Możecie być pewni, że imperialni wyślą przeciwko nam wojska kiedy tylko przetrawią naszą deklarację i zdołają zebrać siły.
— Ale odległości są ogromne — powiedział Gavdat. — Będą musieli płynąć tygodniami, by dostać się do Piliploku… A potem marsz przez nieprzyjazne ziemie aż do Ni-moya…
To miało sens. Mandralisca pomyślał, że może Gavdat nie był taki głupi, jak wyglądał.
— Masz rację, milordzie, utrzymanie linii zaopatrzenia przez Morze Wewnętrzne od Góry Zamkowej do Ni-moya będzie bardzo trudnym zadaniem. Dlatego uważam, że koniec końców osiągniemy sukces. Jednak sądzę, że nie będą mieli wyboru i będą próbować odzyskać nad nami kontrolę. Musimy być w pełni przygotowani. Musimy mieć gotowe wojska w Piliploku i innych dużych miastach na wschodnim wybrzeżu, być może na południe aż do Gihorny.
— Ale w Gihornie nie ma dość dużego portu, by przeprowadzić większe lądowanie! — sprzeciwił się Gavahaud.
— Tak jest. Właśnie dlatego mogą tego spróbować: żeby nas zaskoczyć. Nie ma tam dużego portu, ale po prowincji rozrzucone jest sporo niewielkich. Mogą dokonać kilku lądowań w miejscach tak mało znanych, że sądzą, że o nich nie pomyślimy. Musimy umocnić całe wybrzeże. Potrzebujemy też drugiej linii obrony w głębi lądu i trzeciej w samym Ni-moya. Powinniśmy stworzyć flotę, by wyszła przeciwko nim w morze z nadzieją, że w ogóle powstrzymamy ich przed dotarciem do naszych brzegów. Na to wszystko potrzebujemy czasu. Powinniśmy być na dość zaawansowanym etapie, zanim odsłonimy karty.
— Powinieneś wiedzieć — oświadczył Gavdat — że bardzo uważnie rzuciłem runy i zapowiadają one sukces naszych działań.
— Nie spodziewamy się niczego innego — odpowiedział spokojnie Mandralisca. — Ale same runy nie dadzą nam zwycięstwa. Potrzebne jest też właściwe planowanie.
— Tak — powiedział Gaviral. — Tak. Rozumiecie, bracia, prawda?
Pozostali dwaj patrzyli na niego, zmieszani. Być może w jakiś sposób czuli, że sprytny mały Gaviral ich wymanewrowuje, sprzymierzając się nagle z głosem rozsądku, bo poczuł, że rozsądek może być przydatny.
— Należy przemyśleć trzecią kwestię — powiedział Mandralisca.
Zmusił ich do czekania. Nie chciał przeładować ich mózgów, przekazując za szybko zbyt wiele argumentów.
— Tak się składa — powiedział — że testuję nową broń, bardzo ważną dla naszych nadziei na zwycięstwo. To hełm, przywieziony mi przez Khaymaka Barjazida, wersja tego, który — niestety nieskutecznie — wykorzystany był przez Dantiryę Sambaila w jego dawnej walce przeciwko Prestimionowi. Wprowadzamy pewne ulepszenia. Z każdym dniem lepiej nad nią panuję. Kiedy będę gotów w pełni ją wykorzystać, spowoduje przerażające zniszczenia. Ale nie jestem na to jeszcze całkowicie gotowy. Dlatego proszę was o więcej czasu. Proszę o czas, by zbudować to wielkie zwycięstwo, które milord Gavdat tak bezbłędnie przewiduje.