Выбрать главу

— Mój lordzie?

Głos, w ten sposób przerywający jego rozmyślania, przestraszył go bardziej niż trochę.

Dekkeret nie od razu uwierzył, że to do niego się zwracano. Wciąż nie był przyzwyczajony do tytułu lorda. Rozejrzał się, myśląc, że w pobliżu zobaczy Prestimiona, potem zdał sobie sprawę, że słowa te skierowano do niego. Wypowiedział je Su-Suheris Maundigand-Klimd, Wysoki Mag na dworze Prestimiona.

— Wiem, że naruszam twoją prywatność, mój panie. Proszę o wybaczenie.

— Nie robisz nic bez dobrego powodu, Maundigandzie-Klimdzie. Nie mam czego wybaczać.

— Dziękuję, panie. Tak się składa, że mam istotną sprawę, na którą chcę zwrócić twoją uwagę. Czy moglibyśmy porozmawiać w bardziej ustronnym miejscu?

Dekkeret dał dwugłowemu znak, by prowadził.

Nigdy w pełni nie pojął, czemu Prestimion, odnoszący się z upartym i głęboko zakorzenionym sceptycyzmem do spraw mistycyzmu i okultyzmu, trzymał maga w kręgu swoich najbardziej zaufanych ludzi. Confalume owszem, był człowiekiem bardzo oddanym magii i, o ile Dekkeret się orientował, także Prankipin przejawiał podobne, nieracjonalne inklinacje, ale Prestimion zawsze jawił się jako ktoś, kto polegał na dowodach wynikających z rozsądku i zmysłów, a nie na zaklęciach i przewidywaniach wróżów. Jego wysoki doradca, Septach Melayn, był jeszcze bardziej racjonalny, o ile to w ogóle możliwe.

Dekkeret wiedział, że Prestimion, mimo swojego sceptycyzmu, spędził jakiś czas w mieście czarnoksiężników, Triggoin na północy. Był to epizod, o którym bardzo niechętnie wspominał. Skorzystał również z usług pewnych mistrzów czarodziejstwa z Triggoin podczas wojny z uzurpatorem Korsibarem i przy paru okazjach podczas swoich rządów. Jego podejście do spraw magii było więc bardziej złożone, niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka.

Zdawało się, że Maundigand-Klimd nigdy nie był daleko od centrum wydarzeń na dworze. Dekkeret nie odnosił wrażenia, że Prestimion trzyma Su-Suherisa tylko po to, by nasycić łatwowierność miliardów prostych ludzi, którzy wierzyli w przepowiadaczy przyszłości i nekromantów, ani też dla dekoracji. Nie, Prestimion faktycznie radził się Maundiganda-Klimda w najważniejszych nawet kwestiach. Był to temat, który Dekkeret chciał z nim omówić zanim jeszcze w pełni dokonają przekazania władzy. On sam był tylko nieznacznie zainteresowany sztukami tajemnymi jako częścią kultury i nie wierzył w ich moc. Ale skoro Prestimion uważał za słuszne trzymanie przy sobie kogoś takiego, jak Maundigand-Klimd…

Trzymał go naprawdę blisko. Su-Suheris zaprowadził Dekkereta do swoich prywatnych pokoi, które zajmował od początku rządów Prestimiona. Znajdowały się po drugiej stronie Dziedzińca Pinitora, naprzeciwko apartamentu Koronala. Dekkeret słyszał, że pokoje te należały kiedyś do zapomnianego syna Confalume’a, Korsibara, zanim przywłaszczył sobie tron. Pamięć o tym mrocznym uczynku została wymazana z umysłów niemal wszystkich na świecie. Były to więc ważne pokoje.

Dekkeret nigdy wcześniej nie miał powodu, by je odwiedzać. Był zaskoczony surowością ich wyposażenia. Nie było tu żadnych gadżetów, kojarzących się z zawodowym czarnoksięstwem, nie było ambiwiali ani heksafor, alembików i sfer armilarnych, którymi szarlatani na targowiskach wprowadzali w zdumienie gapiów. Nie było grubych, oprawnych w skórę tomów wiedzy tajemnej, drukowanych czarnym atramentem, napawających takim lękiem tych, którzy bali się takich rzeczy. Dekkeret dostrzegł jedynie kilka niewielkich przedmiotów, które mogłyby być — i zapewne były — maszynami liczącymi, jakich używali księgowi i niewielki zbiór książek, które z wyglądu wcale nie sprawiały wrażenia mistycznych. Prócz tego, pokój Maundiganda-Klimda był praktycznie pusty. Dekkeret nie widział ani krzeseł, ani łóżka. Czy Su-Suheris spał na stojąco? Najwyraźniej tak.

Tak też prowadził rozmowy. Dekkeret czuł, że będzie to niezręczna sprawa. Z Su-Suherisami zawsze tak było. Nie tylko dlatego, że byli tak niezwykle wysocy — ich długie na stopę szyje i wydłużone głowy stawiały ich na równi ze Skandarami co do wzrostu, nawet jeśli nie dorównywali im masywnością — ale też była w nich jakaś dziwaczność, obcość, od których nie dawało się uciec, a z którymi trzeba było sobie radzić. Przede wszystkim te dwie głowy. Były niezależne, każda z nich miała własną tożsamość, własny zestaw min, ton głosu, parę intensywnie świdrujących, szmaragdowych oczu. Czy gdziekolwiek w galaktyce żyła inna dwugłowa rasa? I ta ich blada skóra, pozbawiona włosów i biała jak marmur, ich wiecznie poważne zachowanie, szczeliny o twardych krawędziach, które były nigdy się nie uśmiechającymi ustami… Aż za łatwo było widzieć w nich przerażające potwory o lodowatych duszach.

Jednak ten — ten dwugłowy czarownik — był doradcą i przyjacielem Lorda Prestimiona. To trzeba było wyjaśnić. Dekkeret żałował, że nie zrobił tego na długo przed tą chwilą.

Maundigand-Klimd przemówił:

— Od dawna zdaję sobie sprawę z twojego braku sympatii dla tak zwanych nauk tajemnych, mój panie. Pozwól, że rozpocznę informacją, że podzielam twoje odczucia.

Dekkeret zmarszczył brew.

— Zajmujesz, jak mi się zdaje, dość dziwne stanowisko.

— Czemuż to?

— Ze względu na jego paradoksalność. Zawodowy mag twierdzi, że jest sceptykiem? Nazywa nauki tajemne „tak zwanymi naukami tajemnymi”?

— Właśnie sceptykiem jestem, choć nie do końca takim, jak ty, panie. O ile dobrze rozumiem, wychodzisz z założenia, że wszelkie przepowiadanie przyszłości to tylko zgadywanka, niewiele pewniejsza od rzutu monetą, podczas…

— O, nie wszelkie przepowiadanie, Maundigandzie-Klimdzie — denerwująco było patrzeć to na jedną, to na drugą głowę, próbować zachować kontakt wzrokowy tylko z jedną parą oczu naraz, usiłować przewidzieć, która głowa zaraz przemówi. — Przyznaję, że chociażby Vroonowie mają ciekawą umiejętność wybierania właściwej drogi, nawet w całkowicie obcym terenie. Twoja własna długa współpraca z Lordem Prestimionem prowadzi mnie do wniosku, że rady, które mu dawałeś, okazały się cenne. Mimo to…

— To dobre przykłady, zgadza się — powiedział Su-Suheris. Przemówiła lewa głowa, ta z głębszym głosem. — Można też wymienić inne, mówić o rzeczach, które ciężko wytłumaczyć inaczej niż magią. Są niewątpliwie skuteczne, choć to niezrozumiałe. Ja, kiedy mówię, że mamy podobne spojrzenie na czarnoksięstwo, mam na myśli masę dziwacznych i, za pozwoleniem, barbarzyńskich kultów, które zalały świat w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. O ludziach, którzy się wzajemnie biczują i zanurzają się we krwi zarżniętego bidlaka. O czcicielach posągów. O wierzących w przyrządy mechaniczne i w wymyślne amulety. Obaj wiemy, jak bezwartościowe jest to wszystko. Przez cały okres swoich rządów Lord Prestimion po cichu i delikatnie usiłował sprawić, by takie praktyki wyszły z mody. Jestem pewien, mój lordzie… — Dekkeret zdał sobie sprawę, że w pewnym momencie rozmowy głos zabrała prawa głowa — …że obierzesz ten sam kurs.

— Możesz być tego pewien.