Выбрать главу

Teotas zaś był zwyczajnym obywatelem, dopóki Prestimion nie wybrał go do Rady. Wziął sobie za żonę cudowną Fiorindę ze Stee, przyjaciółkę z lat dziecięcych żony Prestimiona, Varaile, i wspólnie wychowali trójkę zachwycających dzieci. Kiedy Prestimion powołał go do Rady, stał się jednym z jej najpożyteczniejszych członków. Krótko mówiąc, urządził sobie satysfakcjonujące życie pomimo tej cechy charakteru, która nie pozwalała mu w pełni cieszyć się nawet całkowitym spełnieniem wszelkich ambicji i pragnień.

A teraz… teraz…

Zamieszanie związane z uroczystościami koronacyjnymi wreszcie się skończyło. Wkrótce wszyscy osiądą we właściwych miejscach. Dla Prestimiona i Varaile miejscem tym będzie Labirynt. Varaile zaś chciała, by Fiorinda, jej szwagierka i główna dama dworu, pojechała z nią.

Czy Varaile rozumiała, czym dla Fiorindy będzie wyrwanie z korzeniami całej rodziny? Oczywiście, że tak. Ale te dwie kobiety były nierozłącznymi przyjaciółkami. I Fiorindzie, i Varaile musi się zdawać, że lepiej będzie, jeśli Fiorinda z całą rodziną przeniesie się do Labiryntu, niż żeby miały się rozdzielić.

Teotas mieszkał na Zamku od dzieciństwa. Nie miał innego domu, poza posiadłością rodzinną w Domu Muldemar, która teraz należała do Abriganta. Tysiące pokoi Zamku były dla niego jak własna skóra. Swobodnie włóczył się po okolicznych łąkach, polował w leśnych rezerwatach Halanx, uwielbiał radosne zabawy na molochach i lustrzanych zjeżdżalniach w Morpin Wysokim, czasami podróżował do Muldemar, by powspominać z Abrigantem dawne czasy. Bywał też w innych miastach Góry, widywał kamienne ptaki Furible w ich godowym locie, cudowne wieże Bombifale w kolorze spalonej pomarańczy, festiwal płonących kanałów w Hoikmar. Góra Zamkowa była jego życiem. Labirynt go nie pociągał. To nie było dla nikogo tajemnicą.

Zawsze zaspokajał każdy kaprys Fiorindy. To było coś więcej niż kaprys, ale i teraz zamierzał ustąpić. Nie było mu jednak łatwo.

Cała ta sytuacja miała jeszcze jedną komplikację, która czyniła ją wręcz niemożliwą. Kiedy Dekkeret powrócił z koronacji Prestimiona, poprosił Teotasa, by został Wysokim Doradcą królestwa.

— To zapewni ciągłość — powiedział. — Brat Prestimiona, obejmujący drugie co do ważności stanowisko na Zamku… No i kto ma do tego lepsze kwalifikacje niż ty, najważniejszy członek Rady Prestimiona?

Tak, to miało sens. Teotas był zaszczycony i schlebiało mu to.

Ale czy Dekkeret wiedział, że Varaile wezwała Fiorindę do Labiryntu? Widocznie nie. A nie dało się połączyć tych dwóch nominacji.

Jak mógłby być Wysokim Doradcą Dekkereta na Zamku, podczas gdy Fiorinda miała zostać pierwszą damą dworu Varaile w Labiryncie? Czy Dekkeret i Varaile życzyli sobie rozedrzeć ich małżeństwo na sztuki? A może mieli dzielić swój czas, pół roku w jednej stolicy, pół w drugiej? Tego po prostu nie dało się zrobić. Koronal potrzebował mieć Wysokiego Doradcę nieustannie pod ręką, nie tylko przez parę miesięcy, kiedy akurat nie mieszkał w Labiryncie. Varaile także nie chciałaby na długo rozstawać się z Fiorindą.

Jedno z nich będzie musiało dokonać olbrzymiego poświęcenia. Ale które?

Teotas dotychczas unikał omawiania tej sprawy z Fiorindą, żywiąc niemądrą nadzieję, że pojawi się jakieś proste, cudowne rozwiązanie. Wiedział, jak mało było to prawdopodobne. Zawsze chciał spełniać jej życzenia, to prawda. Ale zrezygnować ze stanowiska Wysokiego Doradcy… To byłaby niemal zdrada stanu. Dekkeret potrzebował go i chciał jego usług, nie istniał inny oczywisty kandydat. Varaile na pewno mogła znaleźć inne damy dworu. Nie jest tak, że… Ale, z drugiej strony…

Nie potrafił znaleźć rozwiązania i rozdzierało go to.

To była część powodów cierpienia Teotasa. Oprócz tego, miał też sny.

Noc w noc nawiedzały go koszmary tak straszliwe, że zaczął obawiać się snu, ponieważ kiedy tylko znajdował się w ciemnym świecie po drugiej stronie poduszki, stawał się ofiarą potwornych majaczeń. Tłumaczenie sobie po obudzeniu, że to tylko sny, nie pomagało. W tych snach nic nie było tylko. Teotas wiedział, że sny mają potężne znaczenie, że są posłańcami z niewidzialnego świata, proszącymi o wpuszczenie do wewnątrz duszy. A tak mroczne widzenia mogły być tylko posłańcami demonów, sił kryjących się za chmurami, prastarych stworzeń, które niegdyś rządziły światem i które pewnego dnia mogą odebrać go jego obecnym panom.

Sen przerażał go. Na jawie potrafił obronić się przed wszystkim. We śnie był bezbronny jak dziecko. Brak jakiejkolwiek ochrony doprowadzał go do szału, ale jak bardzo by się starał, nie mógł wiecznie walczyć z sennością.

Mimo wszystko, przejmowała nad nim władzę właśnie teraz.

— Tak, Teotasie, tak, śpij… — Fiorinda głaskała go po czole, policzkach, szyi. — Odpocznij. Zapomnij, Teotasie, na chwilę zapomnij o wszystkim.

Co mógł powiedzieć? Nie odważam się spać? Boję się demonów, Fiorindo? Nie chcę zdawać się na ich łaskę?

Jej objęcia były słodkie i kojące. Złożył głowę na jej miękkich, ciepłych piersiach. Jaki sens miała walka? Sen był konieczny. Sen był nieunikniony. Sen był…

Upadkiem, swobodnym lotem w dół, spadaniem wbrew woli.

Oto idzie przez pusty, czarny płaskowyż, miejsce pokryte żużlem i popiołem, pełne otwartych szczelin w podłożu, smętnych, martwych drzew, a z każdym krokiem staje się starszy, dużo starszy. Wdycha starość niczym trujący dym. Jego skóra marszczy się i pokrywa bruzdami. Na piersi, brzuchu i lędźwiach wyrastają mu szorstkie, białe włosy. Występują mu żyły. Kości bolą. Oczy zachodzą mgłą. Kolana są ugięte. Serce przyspiesza i zwalnia. Oddech świszczy.

Brnie naprzód. Walczy z przemianą i zawsze przegrywa, przegrywa, przegrywa. Blade słońce zaczyna powoli chować się za horyzontem. Ścieżka, którą idzie, choć nie wie dlaczego, prowadzi teraz pod górę. Każdy krok jest męczarnią. Gardło ma suche, a język niczym kawał starej szmaty w ustach. Z kącików oczu spływa mu gumiasta ropa, spływa aż na pierś. W skroniach dudni, w brzuchu czuje zimno.

W powietrzu wokół niego tańczą istoty będące ledwie czymś więcej niż oparem. Wskazują go palcami, śmieją się, kpią. Nazywają go tchórzem. Głupcem. Robakiem. Żałosnym, pełzającym stworzeniem.

Słabo potrząsa w ich stronę pięścią. Śmieją się tym ochrypłej. Obrażają dotkliwiej. Obnażają jego całkowitą bezużyteczność na pięćdziesiąt różnych sposobów, a on nie ma sił, by się sprzeciwiać, a po chwili wie, że sprzeciw jest niemożliwy, bo one mówią prawdę.

Wtedy, jakby nie chciały już interesować się czymś tak banalnym i godnym pogardy, jak on, rozpływają się w powietrzu, zostawiając za sobą tylko chmurę dźwięczącej wesołości.

Brnie dalej. Dwa razy upada i dwa razy z trudem wstaje, czując, jak kości zgrzytają o siebie, jak ciemna krew z chrzęstem przepycha się przez zwężone arterie. Nie przypuszczał, że starość może być takim cierpieniem. Powoli zapada ciemność. Nagle otacza go bezgwiezdna, bezksiężycowa noc, a on cieszy się, że nie musi już dłużej oglądać swego ciała.

— Fiorinda? — skrzeczy, ale nikt nie odpowiada. Jest sam. Nigdy nie było inaczej.

W oddali gwałtownie pojawia się światełko, które szybko nabiera intensywności i staje się stożkiem jaśniejącej zieleni, rozszerzającym się, wypełniającym niebo, strzelającym w powietrze gejzerem bladego światła. Rozbłyskowi temu towarzyszy szepczący dźwięk, niczym pomruk odległych wód. Słyszy też odgłosy podziemnego śmiechu, rezonujące, śliskie. Idzie dalej, wchodzi w unoszącą się z ziemi zieloną chmurę. Powietrze jest naelektryzowane. Każdy por skóry łaskocze. W nozdrza wdziera mu się kwaśny zapach. Jego wygięte, obolałe ciało spływa potem. Przed nim jest jakby góra, ale gdy Teotas brnie przez chmurę, pojmuje, że w rzeczywistości widzi gigantyczną, żywą istotę, przysadzistą, olbrzymią, niepojętą, siedzącą prosto na czymś podobnym do tronu.