Выбрать главу

Bóg? Demon? Bożek? Brązowa, twarda skóra tego stwora jest gruba i połyskliwa, jak u gada. Wielkie ciało jest niskie, długie, z tępym pyskiem, wyłupiastymi oczami, wysokim, wygiętym grzbietem, grubymi bokami, wystającym brzuchem, podbrzuszem podobnym do postumentu. Teotas nigdy nie widział tak wielkiego stwora. Sam pysk…

Ten pysk…

Ten otwarty pysk…

Teotas nie może się powstrzymać. Ten pysk otwiera się jak wejście do największej z jaskiń, a on idzie dalej. Już nie porusza się z trudem, raczej szybuje, pędzi w kierunku pyska, leci w jego stronę…

Szerzej i szerzej. Wielka jaskinia wypełnia niebo. Dobywa się z niej potworny ryk, dość głośny, by zatrząść ziemią, która zaczyna się osuwać. Skały spadają grzmiącymi lawinami, nie ma gdzie się schować, jak tylko w samej paszczy, w tej czekającej na niego paszczy, tej wiecznie otwartej paszczy…

Teotas rusza naprzód, w ciemność.

— Wszystko w porządku — mówi ktoś. — Sen, tylko sen! Teotasie! Proszę, Teotasie!

Był mokry od potu, drżący, zwinięty w kłębek. Fiorinda trzymała go w ramionach, mrucząc niekończące się, kojące słowa. Czuł, jak powoli powraca z koszmaru, choć jego pozostałość wciąż trzymała się krawędzi jego mózgu jak plama oleju.

— To tylko sen, Teotasie! To nie była prawda!

Skinął głową. Cóż miał powiedzieć? Jak wyjaśnić?

— Tak. Tylko sen.

10

— Teraz, kiedy wreszcie jest po wszystkim, koniec ze świętowaniem i rozrywkami. Teraz zaczyna się prawdziwa praca, co, Dekkerecie? — powiedział Prestimion.

Tygodnie oficjalnych ceremonii, które wyznaczały koniec starych rządów i wejście w nowe, przeniosły go do dawnych lat. Już kiedyś przeżył to wszystko, tylko wtedy to jego wstąpienie na tron świętowano. Napływ koronacyjnych podarków z całego świata — czy kiedykolwiek odpakował więcej niż ułamek z tego mnóstwa pudełek i skrzyń? — rytuał przekazania korony, bankiet koronacyjny, odczytywanie „Księgi Zmian”, śpiewanie „Księgi Potęg”, przekazywanie w tę i z powrotem kielichów pełnych wina, zebrani panowie królestwa wstający, by wykonywać salut rozbłysku gwiazd i witać nowego Koronala…

— Prestimion! — wołali. — Lord Prestimion! Chwała Lordowi Prestimionowi! Niech żyje Lord Prestimion!

To było tak dawno temu! Zdawało mu się teraz, że cały okres jego rządów minął w mgnieniu oka i że nagle w tajemniczy sposób zmienił się w męża w średnim wieku, już nie tak optymistycznego i impulsywnego, jak kiedyś, ani tak radosnego — musiał przyznać, że bywał czasem nieco drażliwy — i teraz zrobili to wszystko znowu, kolejny raz odprawili odwieczne rytuały, lecz tym razem wołali imię Dekkereta, Dekkereta, Lorda Dekkereta, a on patrzył z boku, uśmiechał się i dobrowolnie oddawał swój przydział chwały nowemu monarsze.

Wiedział jednak, że jakaś jego część na zawsze pozostanie Koronalem.

W lustrze pamięci widział samego siebie, młodszego, chłopięcego, jak kogoś obcego. Młody, zręczny Prestimion sprzed dwóch dekad, niezwykle wytrzymały młody człowiek, który przetrwał poniżenie uzurpacji Korsibara i potworny rozlew krwi podczas wojny domowej i pomimo wszystko zdołał zostać Koronalem. Jak on walczył! Kosztowało go to brata, kochankę i niemało fizycznego cierpienia, noce spędzone w obozach na błotnistych brzegach, dni na przemierzaniu najbardziej śmiercionośnej pustyni poza Suvraelem, wierzchowce, które zabijano pod nim w czasie bitew, rany, po których wciąż nosił blizny. Dekkeret miał szczęście, że oszczędzono mu każdej z tych rzeczy, nie mówiąc już o wszystkich naraz. Jego wstąpienie na tron było uporządkowane i normalne. Był to dużo prostszy sposób na zostanie królem.

W mojej historii też wszystko powinno być proste, pomyślał Prestimion. Bogini wymyśliła mi jednak inne przeznaczenie.

Stał z Dekkeretem — Lordem Dekkeretem — w sali tronowej Confalume’a. Byli tylko we dwóch, otoczeni echem. Spoglądali przez salę z jaśniejącego, żółtego drewna gurna na tron, wielki blok żyłkowanego rubinem czarnego opalu na schodkowym piedestale z czarnego mahoniu, kiedy Dekkeret powiedział:

— Wiem, że będziesz za nim tęsknił. Proszę, Prestimionie, wdrap się na niego jeszcze raz, jeśli chcesz. Nikomu nie powiem.

Prestimion uśmiechnął się.

— Nigdy nie lubiłem na nim siadać, gdy byłem Koronalem. Jeszcze gorzej byłoby usiąść na nim teraz.

— Kiedy byłeś królem, zajmowałeś go dość często i robiłeś wtedy dobrą minę.

— Moje zadanie polegało na robieniu dobrej miny, Dekkerecie. Ale teraz to twoja praca. Nie mam tam nic do roboty, nawet z sentymentu.

Mimo to przez jakiś czas wciąż patrzył na wielki tron. Nawet teraz bawiła go pretensjonalność szokująco kosztownej sali tronowej, wepchniętej przez Confalume’a w serce Zamku i sam tron, który był jej centrum. Zarazem jednak doceniał jego wartość jako symbolu prawowitej władzy, i fakt, że przypominał o samym Confalumie, który w pewnym sensie był mu bliższy niż własny ojciec.

Po dłuższym czasie powiedział:

— Wiesz, Dekkerecie, musimy brać tron staruszka bardzo na poważnie, gdy na nim siedzimy. Każdą cząstką duszy musimy wierzyć w jego majestat. Ponieważ, wiesz, tak naprawdę jesteśmy aktorami, a to jest nasza scena. Przez ten krótki czas, kiedy po niej stąpamy, musimy wierzyć, że przedstawienie jest prawdziwe i ważne, bo jeśli my nie będziemy w to wierzyć, któż inny zechce?

— Tak, rozumiem, Prestimionie.

— Ale teraz mam inną, własną scenę i nikt nie zobaczy, jak po niej chodzę. Czy moglibyśmy stąd wyjść? — Prestimion po raz ostatni, niemal z czułością, spojrzał na tron.

Przez salę tronową przeszli do sali sądowej, pokoju, który sam kazał zbudować. On również był wcale majestatyczny. Czy kiedyś ludzie pomyślą, że starożytny Lord Prestimion umiłował ostentację i wystawność tak samo jak jego poprzednik, Confalume? Cóż, niech tak myślą. Nie było nad czym się zastanawiać. Historia stworzy swojego własnego Prestimiona, tak samo, jak wymyśliła swojego Stiamota, Arioca, Guadelooma. Był to proces, którego nie dało się powstrzymać. Pewnie już sam przebył większość drogi do stania się mitem.

— Dalsze pokoje… — powiedział Dekkeret — zamierzam je wyburzyć i zbudować kaplicę dla Koronala. Tak myślę. Czuję, że się tu przyda.

— Dobry pomysł.

— Masz na myśli kaplicę?

— Ogólny pomysł budowania. Podoba mi się, że już o tym myślisz. Jeśli chcesz mieć tu kaplicę, wybuduj ją. Zostaw swój ślad na Zamku, Dekkerecie. Weź go w dłonie. Kształtuj, jak ci się spodoba. To miejsce jest sumą wszystkich władców, którzy tu żyli. Nigdy nie ukończymy jego budowy. Póki trwa świat, coś będzie tu budowane.

— Tak. Majipoor tego od nas wymaga.

Prestimion cieszył się, że ogląda te pokoje po raz ostatni z twardym, obdarzonym silną wolą mężczyzną, którego wybrał na swego sukcesora. Dekkeret będzie znakomitym Koronalem, był tego pewien. Dobrze było wiedzieć, że dał światu takiego następcę. Cokolwiek by osiągnął, to gdyby zostawił Majipoor w rękach słabeusza lub głupca, świat by mu tego nie wybaczył.