Выбрать главу

W przeszłości wielcy Koronalowie popełniali ten błąd. Prestimion był jednak pewien, że nikt mu tego nie zarzuci. Dekkeret spełni wszelkie oczekiwania. Będzie innym królem niż jego poprzednik, to prawda, szczerym i prostolinijnym, a Prestimion często polegał na sprycie i manipulacji. Dekkeret był potężną, heroiczną postacią, budził respekt, kiedy tylko wchodził do pomieszczenia, zaś Prestimion, zbudowany przez Boginię w dużo mniejszej skali, musiał osiągać królewskość czystą siłą osobowości.

Cóż, te różnice ułatwią przyszłym pokoleniom rozróżnianie ich. Będą mówić „w czasach Prestimiona i Dekkereta”, wspominając złoty wiek, tak jak czasem mówiono o czasach Thrayma i Vildivara, Signora i Melikanda, Agisa i Klaina. Tamci jednak istnieli tylko jako pary wymiennych imion, nie jako jednostki. Prestimion miał nadzieję na łaskawszy los. Od Dekkereta różniło go tak wiele, że ci, którzy będą żyli w przyszłości, z konieczności będą widzieli szybkiego, gibkiego, małego Prestimiona, mistrza łucznictwa, wielkiego stratega, a obok niego dużego Dekkereta o szerokich ramionach i na zawsze będą wiedzieli, który jest który. Na to przynajmniej liczył Prestimion.

— Wyjdziemy na Parapet Morvendila? — zapytał, wskazując w kierunku północno-zachodniej bramy. — Często podziwiałem nocny widok stamtąd.

— I jeszcze nie raz go zobaczysz — powiedział Dekkeret. — Będziesz często przyjeżdżał z wizytą?

— Pewnie tak często, jak często Pontifexowi wypada pokazywać się na Zamku. A to raczej nieczęsto, prawda? Poza tym, nie będziesz chciał mnie tu oglądać. Nieważne, co czujesz teraz, ale kiedy poczujesz, że to miejsce naprawdę należy do ciebie, nie będziesz chciał, żebym węszył na twoim terenie.

Dekkeret zachichotał, ale nie odpowiedział.

Szybko przeszli przez sale i wyszli w zmierzch. Pozdrawiali ich stojący daleko strażnicy. Inni, ciemne sylwetki, być może książęta, również przyglądali im się z daleka, ale nikt nie ośmielał się podejść. Któż przerwałby prywatną rozmowę Pontifexa z Koronalem? Zadaszonym przejściem z inskrypcją z czasów Lorda Dulcinona doszli na Dziedziniec Gaznivna zakończony balkonem, z którego można było przejść na Parapet Morvendila.

Jakim władcą był Morvendil, kiedy żył — o tym Prestimion nie miał pojęcia, ale sam parapet, długi, wąski, wykonany z czarnego kamienia z Velanthynu, od dawna był jedną z jego kryjówek, do których uciekał przez problemami tronu. W tym miejscu Góra zwężała się i opadała stromo pod Zamkiem. Dawało to wspaniały widok na kilka Miast Wysokich i część położonego niżej pierścienia Miast Wewnętrznych. Tam w dole szybko zapadała ciemność i na zboczu gigantycznej góry pojawiały się wyspy światła. Kształcące było przypomnieć sobie, że ta mała plamka po lewej była w rzeczywistości miastem o sześciu milionach mieszkańców, a tamta kropka domem dla kolejnych siedmiu milionów. Kolejna zaś, wciśnięta w bok góry i otoczona półkolem atramentowej czerni, to ukochane Muldemar Prestimiona.

W jego umyśle kłębiły się wspomnienia młodości w tym pięknym mieście, szczęśliwego życia rodzinnego, kochającej matki, silnego, szlachetnego ojca, zmarłego tak wcześnie, a nie mniej królewskiego od każdego Koronala. Jakże ciepłe to było środowisko, jakie przyjemne życie! Nigdy nie zaznał tam smutku ani rozpaczy. Gdyby nie wezwał go Zamek, byłby teraz Księciem Muldemar, pracującym szczęśliwie wśród winorośli i piwniczek.

Opuszczenie łona rodziny i książęcych obowiązków w ojczystym mieście, by służyć ludzkości, wydawało mu się czymś naturalnym i normalnym. Zapragnął więc być Koronalem, trzymać cały Majipoor w ciepłym, przyjaznym uścisku, być w centrum wszystkich snów, być łaskawym przywódcą, ojcem świata.

Czy właśnie tak to wtedy widział, czy to zwyczajny głód władzy pchał go po tron? Nie potrafił powiedzieć. Oczywiście w jego ciągłym wznoszeniu się w hierarchii Zamku był jakiś czynnik pragnienia potęgi. Był jednak pewien, że nie był to główny czynnik — absolutnie pewien. Prestimion zrozumiał to podczas wojny z Korsibarem.

Wtedy walczył o tron, walczył desperacko, ale nie dlatego, że go pragnął, jak Korsibar, ale dlatego, że był pewien, iż na niego zasługuje, że jest mu potrzebny, że jest niezastąpionym i wyjątkowym człowiekiem swojej epoki. Bez wątpienia niejeden przerażający tyran i straszliwy zbrodniarz myślał o sobie dokładnie to samo w ciągu długich wieków historii, sięgającej aż do czasów Starej Ziemi. Cóż, niech i tak będzie, Prestimion polegał na zrozumieniu swoich motywów przez siebie samego. Wiedział, że na tym też polegał cały Majipoor. Był powszechnie kochany, a to potwierdzało, że dokonał słusznego wyboru. Służył dobrze jako Koronal, tak samo będzie służył teraz, jako Pontifex.

Spojrzał na Dekkereta, który stał w pewnym oddaleniu, wyraźnie nie chcąc przeszkodzić mu w rozmyślaniach.

— Zastanawiałeś się już, jak rozpoczniesz rządy?

— Masz na myśli nowe dekrety i prawa? Zrywanie z prastarą tradycją, zmianę obecnego protokołu, stawianie świata na głowie? Pomyślałem, że chwilkę poczekam, nim obiorę ten kurs.

Prestimion roześmiał się.

— Sądzę, że to rozsądne założenie. Najmądrzej rządzi ten Koronal, który rządzi najmniej. Lord Prankipin przywrócił świat na właściwe tory, zmniejszając kontrolę rządu, podobnie postępował Confalume i ja również. Ze wszystkich stron widać tego zalety. Ale nie, nie mówiłem o zmianach legislacyjnych, tylko o symbolicznych gestach. Zamierzasz ukryć się na Zamku, póki w pełni nie wdrożysz się w swoje nowe zajęcia, czy pokażesz się ludziom?

— Jeśli miałbym się ukrywać tutaj, być może zestarzałbym się i umarł nim świat zobaczyłby moją twarz. Ale, Prestimionie, na pewno jest za wcześnie na Wielką Procesję!

— Też tak uważam. O ile okoliczności nie zmuszą cię, byś postąpił inaczej, poczekaj z Procesją do tradycyjnego, piątego roku. Ja jednak, kiedy zostałem Koronalem, szybko zacząłem odwiedzać okoliczne miasta. Rzecz jasna, zawsze byłem niespokojnym duchem, ty lepiej znosisz widok tych samych drzwi i okien przez kilka tygodni, nieprawdaż? Jest jeden powód, dla którego dobrze jest, żeby Koronal ruszał się z Zamku tak często, jak to możliwe: kiedy jest się trzydzieści mil nad światem, ma się bardzo niewyraźny widok.

— Tak przypuszczam — powiedział Dekkeret. — Gdzie podróżowałeś w pierwszych miesiącach?

— Na samym początku po prostu wykradałem się z Septachem Melaynem i Gialaurysem, nikomu nic nie mówiąc. Udawaliśmy się nocami do miejsc takich jak Banglecode, Greel czy Bibiroon. Nosiliśmy peruki i sztuczne wąsy i słuchaliśmy uważnie, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej o świecie, którym przyszło nam rządzić. Nocny Targ w Bombifale… ach, to były czasy! Próbowaliśmy potraw, których może nie jadł wcześniej żaden Koronal. Odwiedziliśmy handlarzy magicznymi sprzętami. To tam poznałem Maundiganda-Klimda, który bez trudu przejrzał moje przebranie. Choć nie znaczy to, że tobie polecam podobne wybiegi.

— Nie. Peruki i sztuczne wąsy to nie w moim stylu.

— Nieco później podróżowałem bardziej oficjalnie. Brałem ze sobą Teotasa, Abriganta, Gialaurysa, Navigorna albo kogoś innego z Rady. Odwiedzaliśmy miasta Góry, Peritole, Strave, Minimool, dotarliśmy nawet do Gimkandale. Nigdy nie zostawałem w jednym miejscu zbyt długo z powodu kosztów, jakie by to za sobą pociągało. Po prostu przyjeżdżaliśmy, wygłaszaliśmy przemowę albo dwie, słuchaliśmy skarg, obiecywaliśmy cuda i ruszaliśmy dalej. To w tej fazie rządów, jak pewnie pamiętasz, odwiedziłem Normork.