Выбрать главу

— Jakże mógłbym zapomnieć? — głos Dekkereta był poważny.

— Znalazłem Maundiganda-Klimda podczas jednej podróży, ciebie podczas innej, a w czasie trzeciej, do Stee, poznałem lady Varaile. Trzy szczęśliwe spotkania, całkowicie przypadkowe, a jednak jak zmieniły moje rządy i moje życie! A jeśli zostaniesz na Zamku…

Dekkeret skinął głową.

— Tak. Pojmuję.

— Jeszcze jedno pytanie i wracamy do środka — powiedział Prestimion. — Maundigand-Klimd opowiedział ci swoją historię o Barjazidzie będącym Potęgą Królestwa? Co o niej sądzisz?

— Bardzo niewiele — Dekkeret był zdziwiony, że Prestimion chce rozmawiać o czymś tak nierealnym. — Trzy trony są zajęte i miejmy nadzieję, że przez wiele lat nie nastąpią żadne zmiany.

— Widzę, że bierzesz jego słowa bardzo dosłownie.

— Su-Suheris skomentował to tak samo. Jak inaczej mam odbierać słowa, jeśli nie jako rzeczy, które coś znaczą? Ciebie widać bawi od czasu do czasu posłuchać mamroczących czarowników, ale dla mnie są tylko bezwartościowymi nierobami i pasożytami, nawet twój drogi Maundigand-Klimd, a ich przepowiednie znaczą dla mnie tyle, co dym. Kiedy przychodzi do mnie mag i mówi, że we śnie zobaczył Barjazida z aurą Potęgi Królestwa, czemu mam szukać w tym ukrytych znaczeń i zakopanych wyjaśnień? Najpierw patrzę na samą wiadomość. A ona akurat zdaje mi się być uderzająco głupia. Zapominam więc o niej.

— Ignorując ostrzeżenie Maundiganda-Klimda robisz sobie krzywdę.

W głosie Dekkereta pojawiła się nuta irytacji.

— Nie kłóćmy się w tym szczęśliwym dniu, Prestimionie. Ale, wybacz mi, jaki sens mam widzieć w tej przepowiedni? Wszyscy Barjazidowie to ohydne łotry, za wyjątkiem mojego przyjaciele Dinitaka. Świat nigdy nie przyjmie takich królów.

— A może Dinitak?

— To daleko idące przypuszczenie. Fakt, mógłbym wybrać go na mojego następcę, co faktycznie uczyniłoby go Potęgą Królestwa, a gdybym to zrobił, byłby dobrym władcą, choć może nieco surowym. Ale zapewniam cię z całą stanowczością, Prestimionie, że minie wiele lat, nim zacznę myśleć o znalezieniu sobie następcy, a kiedy już to uczynię, nie sądzę, by mój wybór padł na Dinitaka. System może nie znieść dwóch władców z ludu pod rząd. Dinitak ma wiele zalet i jest chyba moim najbliższym przyjacielem, ale nie wydaje mi się, by był dość wielkoduszny, aby choć potencjalnie zostać Koronalem. Jest twardym człowiekiem, niewiele w nim miłosierdzia. Dlatego też…

Prestimion uniósł dłoń.

— Wystarczy! Błagam cię, Dekkerecie, zapomnij zupełnie o tej części przepowiedni, która mówi o Potędze Królestwa. Właśnie wykluczyłeś Dinitaka, a żaden z nas nie wyobraża sobie Khaymaka Barjazida jako Koronala. Zamiast tego skup się na ostrzeżeniu Maundiganda-Klimda, że na początku rządów czekają cię trudności i że będzie w nie zamieszany jakiś Barjazid.

— Jestem gotów zmierzyć się z każdym problemem. Najpierw jednak pozwólmy mu się pojawić.

— Ale będziesz czujny?

— Oczywiście. To powinno być jasne. Nie będę jednak zbroił się przeciwko duchom, mimo wszystkiego, co mówisz o mądrości swojego maga. I mówię ci, Prestimionie, że w ogóle niechętnie będę się zbroił, niezależnie od możliwych problemów, jeśli tylko będę mógł wybrać pokojowe rozwiązanie. Czy możemy teraz zostawić ten temat? Powinniśmy szykować się do pożegnalnej kolacji.

— Tak. Powinniśmy.

Prestimion widział, że nie było sensu ciągnąć tej rozmowy. Rozumiał, że to, co próbował zrobić, było równie owocne co tłuczenie głową w wielki mur Normork. Mogłeś tłuc ile chcesz, ale mur nie puszczał. Podobnie Dekkeret.

Może jestem zbyt przewrażliwiony, pomyślał Prestimion, po dwóch buntach, które przeżyłem w pierwszych latach rządów. Po własnych, nieszczęśliwych doświadczeniach nauczyłem się zawsze spodziewać się kłopotów, a kiedy ich nie ma, tak jak było przez wiele lat od czasu śmierci Dantiryi Sambailla, nie ufam temu spokojowi. Dekkeret ma pogodniejszego ducha, niech więc radzi sobie z ponurą przepowiednią Maundiganda-Klimda, jak mu się podoba. Być może Bogini rzeczywiście da mu szczęśliwy początek rządów, mimo wszystko. Poza tym, czeka nas kolacja.

11

Khaymak Barjazid powiedział:

— Mam pewną myśl, wasza miłość. Wspominałeś kiedyś o swoich trudnych stosunkach z ojcem i braćmi.

Mandralisca rzucił mu wystraszone, gniewne spojrzenie. Na chwilę zapomniał, że kiedykolwiek opowiadał o swoim bolesnym dzieciństwie Barjazidowi czy komukolwiek innemu. Nie był też przyzwyczajony, by mówiono do niego w sposób przełamujący mur, który zbudował wokół swojego życia.

— No i? — warknął głosem najeżonym ostrzami.

Barjazid zaczął się wić. W próżnych oczach małego człowieczka pojawiło się przerażenie.

— Nie chciałem urazić, panie! Nie miałem na myśli nic złego. Chodzi tylko o to, że widzę sposób, by zwiększyć moc hełmu, który trzymasz w dłoniach. Sposób wykorzystuje pewne… doświadczenia… które posiadasz.

Mandralisca pochylił się w przód. Wciąż odczuwał nieprzyjemne ukłucie, spowodowane niespodziewanym wtargnięciem do jego duszy, ale mimo to był głęboko zainteresowany.

— Jak to?

— Niech się zastanowię — powiedział ostrożnie Barjazid. Miał postawę człowieka, który zamierza przeprowadzić filozoficzną dysputę z przypadkowo spotkanym na pustej, wiejskiej drodze parskającym, wściekłym khulpoinem z żółtymi ślepiami i miotającymi płomienie oczami. — Użytkownik hełmu tworzy moc wewnątrz siebie samego. Wierzę, że można zwiększyć moc urządzenia poprzez czerpanie z jakiegoś zbiornika bólu, furii, mógłbym wręcz powiedzieć „nienawiści”.

— Powiedz to więc. Nienawiść. Rozumiem to słowo.

— Tak, nienawiść. W związku z tym przyszły mi do głowy pewne pomysły, panie, kiedy przypomniało mi się, co mówiłeś o swoim dzieciństwie… o ojcu. O wczesnym… nieszczęściu. — Barjazid z trudem dobierał słowa, wyraźnie rozumiał, że stąpa po grząskim gruncie. Rozumiał, że Mandralisca może nie chcieć, by przypominano mu rzeczy, które niechcący wygadał tego dnia, kiedy z Barjazidem i Jacominem Halefice’em szli po targu. Jednak Mandralisca opanował się i gestem nakazał mu, by mówił dalej. Barjazid zrobił to nader zręcznie: posługując się napomknięciami, aluzją i eufemizmami, namalował portret Mandraliski jako chłopca, wiecznie obawiającego się dzikiego, pijanego ojca i pewnych siebie, dręczących go braci, codziennie zadających mu nowe cierpienie; chłopca, który zbiera w sobie nienawiść do nich, aż pewnego dnia wyleje ją na świat. Nienawiść, która może zmienić się w atut, którą można opanować i uczynić z niej źródło wielkiej mocy. Dał kilka wskazówek, jak można to osiągnąć.

To była bardzo cenna wiedza. Mandralisca był wdzięczny, że Barjazid zechciał się nią podzielić. Mimo to żałował, że choć na chwilę odsunął zasłonę, która skrywała wczesne lata jego życia. Zawsze uważał, że wygodnie jest być przez świat postrzeganym jako potwór wyrzeźbiony z lodu. Pozwolenie, by ktoś dojrzał ukrytego gdzieś za tą fasadą wrażliwego chłopca z dawnych czasów wiązało się zawsze z ogromnym ryzykiem. Gdyby mógł, chętnie cofnąłby każde słowo, które tamtego popołudnia powiedział temu małego człowieczkowi.

— Wystarczy — powiedział w końcu Mandralisca. — Wytłumaczyłeś wszystko dość dokładnie. Idź teraz i pozwól mi zająć się moją pracą.

Sięgnął po hełm.