Выбрать главу

Umysł Mandraliski szybuje w górę… na zewnątrz… szuka… pamięta… nienawidzi…

Nie… nie… proszę…

Teotas śpi, kolejny raz pokonany przez sen. Nie może zrobić nic innego. Jego duch boi się snu, lecz ciało się go domaga. Co noc walczy, przegrywa, poddaje się. A teraz, pomimo conocnej walki, znowu leży, uśpiony. Śni.

Pustynia, gdzieś, w jakimś nierzeczywistym miejscu. Halucynacje unoszą się ze skał jak fale gorąca. Słyszy jęki, czasem łkanie i coś, co mogłoby być chórem dużych, czarnych żuków — suchy, szeleszczący dźwięk. Wiatr jest gorący, niesie pył. Świt wstaje z oślepiającą jasnością. Skały są niczym jasne węzły czystej energii, ich czerwone powierzchnie o bogatej fakturze wibrują nieustannie zmieniającymi się wzorami. Na jednej ze ścian każdej skały widzi krążące z gracją złote światła. Po przeciwnej stronie bladoniebieskie kule nieustannie pojawiają się niczym mydlane bańki i unoszą się w powietrze. Wszystko połyskuje. Wszystko lśni wewnętrznym światłem. Byłoby tu cudownie pięknie, gdyby nie to, że jest tak strasznie.

On sam zamienił się w coś paskudnego. Jego ręce stały się młotami. Palce u nóg to hakowate pazury. Jego kolana mają pozbawione brwi oczy. Język ma z atłasu. Ślinę ze szkła. Jego krew jest żółcią, a żółć krwią. Osacza go posępne poczucie nieuniknionej kary. Stwory, całe z pionowych żeber z szarej chrząstki, wydają w jego kierunku płaskie, dudniące dźwięki. Z jakiegoś powodu rozumie, co mówią: wyrażają pogardę, wyśmiewają jego liczne wady. Chce krzyczeć, ale nie potrafi wydać z siebie dźwięku. Nie może też uciec. Jest sparaliżowany.

— Fi-o-rin-da…

Z największym wysiłkiem udaje mu się wypowiedzieć jej imię. Czy ona go słyszy? Czy może ocalić?

— Fi-o-rin-da…

Szarpie skręconą, skłębioną kołdrę. Fiorinda leży koło niego niczym porzucona lalka naturalnych rozmiarów, odcięta ścianą snu. Wie, że tam jest, nie może jej sięgnąć, nie może w żaden sposób nawiązać z nią kontaktu. Jedno z nich jest w innym świecie. Nie wie, które. Pewnie ja, decyduje. Tak. Jest w innym świecie, śpi, śni, śni, że leży we własnym łóżku na Zamku, że śpi obok śpiącej Fiorindy, której nie może dosięgnąć. I że śni.

— Fiorinda?

Cisza. Samotność.

Teraz rozumie, że na pewno śni mu się, że nie śpi. Siada, sięga nocnej lampki. W jej słabym, zielonym świetle widzi, że jest sam w łóżku. Teraz sobie przypomina: Fiorinda jest z Varaile w Labiryncie, nie jest to permanentna separacja, a tylko odłożenie na później decyzji, krótka wizyta, by pomóc Varaile urządzić się w nowym domu. Potem zdecydują, które z nich obejmie proponowane stanowisko, czy Fiorinda zostanie damą dworu żony nowego Pontifexa, czy on będzie Wysokim Doradcą Lorda Dekkereta. Ale jak może być doradcą, skoro nie jest niczym więcej, jak tylko najbardziej ohydnym insektem?

Póki co, jest sam na Zamku. Atakowany przez bezlitosne sny.

Noc za nocą… Przerażenie. Szaleństwo. Gdzie mógłby się ukryć? Nigdzie. Nie ma gdzie się schować. Nigdzie. Nigdzie.

— Słyszałeś coś? — zapytała Varaile. — Jakby płacz jednego z dzieci.

— Co? Co?

— Obudź się, Prestimionie! Jedno z naszych dzieci…

Wydał z siebie kolejny pytający dźwięk, ale wyraźnie nie miał zamiaru się budzić. Po chwili Varaile zrozumiała, że właściwie nie miał po co. Było bardzo późno. Był wykończony. Od przybycia do Labiryntu dni — i niejedna noc — upływały mu na spotkaniach, konferencjach, dyskusjach. Trzeba było rozmawiać z urzędnikami Pontyfikatu Confalume’a i ich ocenić, włączyć do systemu nowych ludzi, którzy przyjechali z Prestimionem z Zamku. Na przeczytanie czekały aplikacje, petycje…

Niech śpi, pomyślała Varaile. To było coś, z czym mogła sobie sama poradzić.

Wtedy usłyszała to znów: dziwny, stłumiony dźwięk, który usiłował być krzykiem, ale zamiast tego brzmiał jak jęk. Po jego wysokości rozpoznawała Simbilona, który, pomimo wieku, wciąż miał czysty, jasny kontralt. Udała się wpierw do jego pokoju, niepewnie idąc przez skomplikowany kompleks pokoi rezydencji imperialnej. Tuż nad nią płynęła kulka pomarańczowego światła, rozjaśniając drogę.

Simbilon spał spokojnie pośród jakiegoś tuzina rozsypanych książek, które leżały wszędzie wokół niego. Jedna, wciąż otwarta, spoczywała mu na piersi, tam, gdzie spadła, gdy zapadał w sen. Varaile uniosła ją i położyła na poduszce, po czym wyszła z pokoju.

Znowu usłyszała dziwny dźwięk, teraz bardziej naglący. Przerażała ją myśl, że podobny dźwięk może wydawać jedno z jej dzieci. Przeszła szybko korytarzem i weszła do pokoju, w którym na stercie wypchanych zwierząt spała Tuanelys. Jej łóżko zasypane było włochatymi blavami, sigimoinami, bilantoonami, canavongami i ghalvarami. Był tam nawet długonosy manculain, jej obecny ulubieniec, przekształcony ręką rzemieślnika w coś milutkiego i uroczego, choć prawdziwe manculainy z dżungli Stoienzar, pokryte trującymi, żółtymi kolcami, były tak mało milutkie, jak tylko to możliwe.

Teraz jednak nie otaczały jej wypchane zwierzęta. Tuanelys rozrzuciła je na wszystkie strony, jakby były czymś okropnym, co nawiedziło ją w łóżku. Odrzuciła nawet ukochanego manculaina, Varaile dostrzegła go, leżącego do góry nogami na toaletce, z której przy lądowaniu zrzucił jakiś tuzin małych, szklanych naczynek, które dziewczynka lubiła zbierać. Kilka z nich się potłukło. Sama Tuanelys skopała kołderkę i leżała zwinięta w ciasny kłębek, z kolanami podciągniętymi niemal pod brodę, sztywna, z koszulką nocną podciągniętą pod pachy, naga. Jej ciało lśniło od potu, jak w gorączce. Kałuża potu plamiła prześcieradło wokół niej.

— Tuanelys, kochanie…

Kolejny jęk, który chciał być wrzaskiem. Przez dziewczynkę przebiegały konwulsyjne wstrząsy, drżała i trzęsła się, kopnęła wpierw jedną, potem drugą nogą, zacisnęła piąstki, wciągnęła głowę w ramiona. Varaile delikatnie dotknęła jej ramienia. Skórę miała chłodną, normalną, nie gorączkowała. Odsunęła się jednak pod dotykiem. Zaczęła znów jęczeć, po chwili jęk przemienił się w rozdzierający szloch. Rysy dziecka zamieniły się w okropną maskę, mocno zaciskała oczy, nozdrza miała rozdęte, usta ściągnięte, wyszczerzone ząbki.

— To tylko ja, skarbie. Ciii… Ciii… wszystko jest dobrze. Mamusia jest przy tobie. Ciii, Tuanelys. Ciii…

Poprawiła koszulkę nocną córki, ściągnęła ja z powrotem na talię i uda. Odwróciła ją, by mała leżała na plecach, delikatnie gładziła ją po czole, cały czas uspokajająco mrucząc. Stopniowo ciśnienie, które opanowało Tuanelys, zaczęło opadać. Chwilami znów wstrząsały nią dreszcze w odpowiedzi na jakąś straszliwą wizję, ale coraz rzadziej, a straszna maska rozluźniła się i rysy dziewczynki stały się normalne.

Varaile zdała sobie sprawę, że ktoś za nią stoi. Prestimion? Nie, to była Fiorinda. Obudziła się i przyszła z własnego pokoju, by zobaczyć, co się dzieje.

— Koszmar — powiedziała Varaile. — Mogłabyś przynieść jej czarkę mleka?

Oczy Tuanelys otworzyły się gwałtownie. Zdawała się być skołowana, zagubiona, bardziej zszokowana, niż można się spodziewać po dziecku, które obudzono w środku nocy. Mieszkała w Labiryncie dopiero drugi tydzień. Próbowali urządzić jej pokój tak, żeby jak najbardziej przypominał ten na Zamku, ale nawet pomimo tego… ogrom zmiany, jaką przechodziła…

— Mamusiu…

Głos miała zachrypnięty. Nie używała tego słowa od ponad dwóch lat.

— Już dobrze, Tuanelys. Wszystko w porządku.

— Nie mieli twarzy… Tylko oczy…

— Nie byli prawdziwi. To był sen, kochanie.

— Były ich setki. Bez twarzy. Tylko… oczy. Och, mamusiu, mamusiu…