Выбрать главу

Po raz pierwszy Dekkeret zaczął rozumieć, na co przez cały czas próbował go naprowadzić Dinitak.

— A kto, jak sądzisz, jest w posiadaniu hełmu, którym znęca się nad biednym Teotasem?

Oczy Dinitaka zalśniły.

— Młodszy brat mojego ojca, Khaymak, był mechanikiem, który skonstruował dla niego hełmy kontrolujące umysły. Przez wszystkie te lata Khaymak pozostawał w Suvraelu i zajmował się jakimiś ciemnymi sprawkami. Ale może pamiętasz, że zaledwie z zeszłym roku pojawił się na Górze Zamkowej…

— Oczywiście — powiedział Dekkeret. — Oczywiście! — wszystko zaczynało się układać w całość.

— Pojawił się na Górze Zamkowej — kontynuował Dinitak — pragnąc wstąpić na służbę u Lorda Prestimiona. Przyznaję, że powodowała mną niechęć przeżywania zażenowania obecnością tak nieciekawego krewniaka na Zamku, więc osobiście zadbałem, by zabroniono mu choćby zbliżyć się do Zamku. Teraz widzę, że to był poważny błąd.

— Sądzisz, że zbudował kolejny hełm?

— Albo to, albo sporządził projekt i szukał kogoś, kto sfinansuje konstrukcję. Jestem prawie pewien, że po to chciał widzieć się z Prestimionem. Przewidywałem, że nie wyniknie z tego nic dobrego, więc zamknąłem przed nim bramy Zamku. Sądzę jednak, że znalazł sponsora gdzie indziej, zbudował nowy hełm i wykorzystuje go na Teotasie. A możliwe, że także na wielu innych.

Dekkeret poczuł zimny dreszcz.

— Tuż przed moją koronacją — powiedział powoli — przyszedł do mnie mag Su-Suheris i powiedział, że miał jakby wizję, w której członek klanu Barjazidów w jakiś sposób stał się Potęgą Królestwa. Wydawało mi się to bezsensowne, więc przestałem się nad tym zastanawiać. Nigdy ci o tym nie mówiłem, bo w moich oczach miało to zdradzieckie konotacje, jakbyś planował pozbawienie mnie tronu i zostanie Koronalem zamiast mnie. To było zbyt absurdalne, by w ogóle o tym myśleć.

— Nie jestem jedynym Barjazidem na świecie, mój panie.

— Faktycznie. A Maundigand-Klimd przestrzegał mnie przed zbyt dosłowną interpretacją tej wizji. Ale co będzie, jeśli oznaczała ona nie to, że Barjazid zostanie Potęgą — a jaką inną Potęgą mógłby zostać, jeśli nie Koronalem? — ale że zdobędzie potęgę, w ogólnym znaczeniu tego słowa?

— Albo że sprzeda swój hełm i swoje usługi komuś, kto będzie z tej potęgi korzystał — zasugerował Dinitak.

— Ale kto to może być? Na świecie panuje pokój. Prestimion poradził sobie z naszymi wrogami wiele lat temu.

— Praegustator prokuratora wciąż żyje.

— Mandralisca? Nie myślałem o nim od lat! Musi być teraz starym człowiekiem… O ile w ogóle żyje.

— Nie sądzę, żeby był taki stary. Ma najwyżej pięćdziesiąt lat. I podejrzewam, że wciąż może być niebezpieczny. Wiesz, że dotknąłem jego umysłu podczas ostatecznej bitwy w Stoienzar. Tylko na chwilę, ale to wystarczyło. Nigdy tego nie zapomnę. W jego umyśle jest nienawiść, zwinięta jak ogromny wąż… I gniew na cały świat, pragnienie czynienia krzywdy, niszczenia…

— Mandralisca! — wymamrotał Dekkeret, potrząsając głową. Był zagubiony w zdumieniu, przerażeniu i wspomnieniach.

— Był, jak sądzę, większym potworem niż jego pan, Dantirya Sambail — powiedział Dinitak. — Prokurator umiał pohamować swoją ambicję. Zawsze była granica, której nie chciał przekroczyć, a kiedy do niej docierał, znajdował kogoś, kto wykona zadanie za niego.

— Choćby Korsibara — skinął głową Dekkeret. — Dantirya Sambail, wiecznie głodny władzy, nie próbował sam zostać Koronalem. Znalazł sobie zastępcę, marionetkę.

— Właśnie tak. Prokurator wolał pozostawać bezpiecznie za kulisami, unikał najgorszego ryzyka, pozwalał innym wykonywać za niego brudną robotę. Mandralisca jest inny. Jest zawsze gotów postawić wszystko na jeden rzut kością.

— Choćby służąc jako praegustator. Kto przy zdrowych zmysłach podjąłby się takiej pracy? Ale on chyba nie martwi się o własne życie.

— Chyba nie. Albo uznał, że warto było zaryzykować. Mógł wygrzebać sobie drogę do serca Dantiryi Sambaila, dając mu do zrozumienia, że gotów jest dla niego ryzykować życiem. Musiało mu się to wydać opłacalne. A kiedy znalazł się przy boku prokuratora, myślę, że prowadził go od jednego strasznego czynu do kolejnego, może dla samej zabawy.

— Nie rozumiem tego człowieka — oświadczył Dekkeret.

— Ani ja, niestety. Miałem bliższą niż ty styczność z potworami. Ale to ty będziesz musiał go powstrzymać.

— Zaczekaj! Bardzo szybko doszliśmy do wniosków, a nasze przypuszczenia idą bardzo daleko — Dekkeret wskazał palcem Barjazida. — Co właściwie próbujesz mi powiedzieć? Wspomniałeś tego starego demona, Mandraliskę, znowu dałeś mu do rąk broń twojego ojca, kontrolującą umysły, zasugerowałeś, że Mandralisca planuje kolejną wojnę ze światem. Ale gdzie dowód, że cokolwiek z tego jest prawdą? Wydaje mi się, że to wszystko opiera się na złych snach Teotasa i wieloznacznej wizji Maundiganda-Klimda!

Dinitak uśmiechnął się.

— Wciąż mamy oryginalny hełm. Pozwól, że wyciągnę go ze Skarbca i za jego pomocą zwiedzę świat. Jeśli Mandralisca wciąż żyje, dowiem się, gdzie jest. I dla kogo pracuje. Co powiesz, panie?

— A co mogę powiedzieć? — głowa Dekkereta pulsowała bólem. Zasiadał na tronie ledwo miesiąc, Prestimion nic o tym jeszcze nie wiedział i nie było Wysokiego Doradcy, do którego mógłby się zwrócić. Był całkiem sam, nie licząc Dinitaka Barjazida. A teraz okazało się, że być może gdzieś daleko wichrzy stary wróg. Głosem ponurym, pełnym obawy i frustracji, Dekkeret powiedział:

— Mówię, co następuje: znajdź mi go, Dinitaku. Odkryj, co zamierza. Spraw, by nie mógł nam zagrażać, w dowolny sposób. Zniszcz go, jeśli trzeba. Rozumiesz. Zrób, cokolwiek będzie trzeba.

13

Fulkari przechodziła przez Balkony Vildivara w kierunku Dziedzińca Pinitora, kiedy nadeszła chwila, której bała się od tygodni. Przez bramę z Wewnętrznego Zamku po drugiej stronie Balkonów wyszedł Koronal Lord Dekkeret, wspaniały w oficjalnych szatach, otoczony, jak zawsze ostatnio, grupą poważnie wyglądających mężczyzn, należących do wewnętrznego kręgu jego rządów. Jedyna droga prowadziła prosto w jego kierunku. Nie można było tego uniknąć, musieli stanąć naprzeciw siebie.

Ona i Dekkeret nie rozmawiali w ogóle w ciągu tych tygodni, które minęły od jego wstąpienia na tron. Widziała go zaledwie parę razy i zawsze z dużej odległości, podczas wydarzeń dworskich, na które wysoko urodzone panienki, takie jak Fulkari, pochodzące od dawnych rodzin królewskich, musiały chodzić. Nie kontaktowali się. Ledwo na nią spoglądał. Zachowywał się, jakby była niewidzialna. Ona też unikała wszelkiego kontaktu. Podczas jednej z królewskich audiencji, kiedy zdawało się, że trasa, którą poruszał się przez wielką salę tronową nieuchronnie zaprowadzi go do niej wśliznęła się w tłum, zanim podszedł. Bała się tego, co mógłby jej powiedzieć.

Wszyscy wiedzieli, że jakiś związek istniał kiedyś między nimi, ale już się zakończył. Może on nie chciał tego wyrazić wprost, ale Fulkari wiedziała, że to koniec. Tylko fakt, że jeszcze nie zdobył się na oficjalne zerwanie, trzymał ją przy życiu. Wiedziała, że to głupie. Byli razem przez trzy lata, a teraz w ogóle nie rozmawiali. Czy można było prosić o jaśniejszy dowód? Dekkeret poprosił ją o rękę, ona odmówiła. To był koniec. Czy naprawdę musiał formalnie potwierdzać coś, co było dla wszystkich jasne?

A teraz był tutaj, oddalony o nie więcej niż sto jardów, i szedł w jej kierunku.