Выбрать главу

Czy będzie dalej udawał, że jest niewidzialna, kiedy spotkają się na tym wąskim balkonie? To by było nie do zniesienia. Takie poniżenie przed Dinitakiem, księciem Teotasem, ministrami Rady Dembitave i Vandimainem i przed resztą tych ludzi. Sama sobie stworzyła to cierpienie, nie miała co do tego wątpliwości, ale cierpiała nie mniej, bo została napiętnowana jako porzucona kochanka króla. Właściwie nawet tym nie była. Kiedy kochali się po raz ostatni, Dekkeret nie był jeszcze Koronalem. Była więc tylko kimś, kto był kochanką nowego Koronala, kiedy ten był jeszcze zwykłym obywatelem, jedną z wielu kobiet, które w ciągu lat przewinęły się przez jego łóżko.

Postanowiła stanąć z tą sytuacją twarzą w twarz. Pomyślała, że nie jest tylko odrzuconą konkubiną. Jest lady Fulkari z Sipermit, w której żyłach płynie krew Koronala Lorda Makhario, króla sprzed pięciuset lat. Co robili przodkowie Dekkereta pięćset lat temu? Czy w ogóle znał ich imiona?

Dzieliło ich teraz nie więcej niż pięćdziesiąt stóp. Fulkari patrzyła prosto na niego. Ich spojrzenia spotkały się i tylko największym wysiłkiem woli powstrzymała się od odwrócenia wzroku.

Dekkeret zdawał się być spięty i zmęczony. I nieufny. Zniknął gdzieś jego radosny, otwarty sposób bycia optymisty, który przez ostatnie trzy lata był jej kochankiem. Teraz wyglądał, jakby był pod wielką presją. Usta miał zaciśnięte, czoło zmarszczone, lewy policzek mu pulsował. Czy była to konsekwencja trosk bycia Koronalem, czy tak reagował na to przypadkowe spotkanie w obecności wszystkich jego towarzyszy?

— Fulkari — powiedział, kiedy byli już blisko. Mówił cicho, a jego głos był równie napięty i z trudem kontrolowany jak wyraz twarzy.

— Mój lordzie — Fulkari pochyliła głowę i wykonała salut rozbłysku gwiazd.

Zatrzymał się przed nią. Na ciasnej przestrzeni małego przejścia na balkonie stała tak blisko niego, że widziała cienką linię potu na jego górnej wardze. Dwaj mężczyźni, którzy szli najbliżej Dekkereta, Dinitak i Vandimain, zrobili krok w tył i wtopili się w tło. Książę Teotas, potwornie zmęczony i spięty, znękany i z przekrwionymi oczami, patrzył na nią jakby była duchem.

Teotas, Dinitak i Vandimain wtopili się w tło jeszcze bardziej, jakby w ogóle zniknęli i Fulkari widziała tylko Dekkereta, zajmującego gigantyczną przestrzeń pośrodku jej świadomości. Stała przed nim twardo. Była wysoka, ale jemu sięgała zaledwie do piersi.

Cisza między nimi trwała i trwała. Gdyby tylko wyciągnął rękę i dotknął jej dłoni, myślała, rzuciłaby się w jego ramiona na oczach ich wszystkich, wielkich panów królestwa, książąt, hrabiów i diuków. Ale nie wyciągał ręki.

Zamiast tego przemówił znowu tym samym napiętym tonem po czasie, który trwał może pięć, sześć sekund, ale dla niej był jak lata.

— Chciałem kogoś po ciebie posłać, Fulkari. Wiesz, że musimy porozmawiać.

Najgorsze słowa. Słowa, których miała nadzieję nie usłyszeć.

Musimy porozmawiać? O czym, panie? Co jeszcze możemy sobie powiedzieć?

Chciała to powiedzieć. A potem przejść koło niego i szybko iść dalej. Wytrzymała jednak jego spojrzenie i odpowiedziała chłodnym, oficjalnym tonem.

— Tak, panie. Kiedy tylko zapragniesz, panie.

Czoło Dekkereta lśniło teraz od potu. Musi być mu tak samo ciężko jak mi, zrozumiała Fulkari. Odwrócił się do swojego szambelana.

— Zeldorze Luudwidzie, zaaranżuj lady Fulkari prywatną audiencję jutro po południu. Spotkamy się w Sali Methiraspa.

— Doskonale, panie — powiedział szambelan.

— Chce się ze mną widzieć, Keltryn! — zawołała Fulkari. Znajdowały się w skromnym, zagraconym mieszkanku Keltryn w Arkadzie Setiphona, dwa piętra poniżej bardziej imponującego apartamentu zajmowanego przez Fulkari. Zaraz po spotkaniu z Dekkeretem pobiegła do siostry. — Szłam jednym z Balkonów Vildivara, a on przechodził z drugiej strony z Vandimainem i Dekkeretem i mnóstwem innych ludzi i nie mieliśmy wyboru, musieliśmy do siebie podejść — szybko opisała krótkie spotkanie, zaniepokojenie Dekkereta, swoje własne, sprzeczne emocje, zdystansowany charakter tamtej krótkiej rozmowy, umówienie się na spotkanie następnego dnia.

— Cóż, czemu miałby nie chcieć cię oglądać? — zapytała Keltryn. — Nie jesteś brzydsza, niż byłaś miesiąc temu, a nawet ktoś tak zajęty, jak Koronal, lubi pewnie czasem mieć kogoś do towarzystwa w łóżku. Zobaczył cię więc i pomyślał „O, tak, Fulkari… pamiętam ją”.

— Ale z ciebie dzieciak, Keltryn.

Keltryn wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

— Nie sądzisz, że mam rację?

— Oczywiście, że nie. Sam ten pomysł jest ohydny. Wyraźnie myślisz, że i on, i ja jesteśmy prości, że on nie widzi we mnie nic poza praktyczną zabawką na samotne noce i że ja polecę do niego na jedno skinięcie palcem…

— Ale pójdziesz się z nim spotkać, tak?

— Jasne. Mam powiedzieć Koronalowi Majipooru, że nie chce mi się przyjąć jego zaproszenia?

— Skoro tak, szybko przekonasz się, czy mam rację — odparła Keltryn. Oczy lśniły jej tryumfalnie. Dobrze się bawiła. — Idź do niego. Posłuchaj, co ma do powiedzenia. Obstawiam, że nie minie pięć minut, nim cię dotknie. A kiedy to się stanie, zrobisz się miękka jak budyń.

Fulkari patrzyła na siostrę zarazem ze wściekłością i rozbawieniem. Naprawdę była dzieckiem. Cóż ona mogła wiedzieć o mężczyznach, skoro nigdy się żadnemu nie oddała? A jednak… jednak… Stała poza skomplikowanymi sprawami damsko-męskimi, mogła mieć więc lepszy obraz niż sama Fulkari, uwikłana po uszy.

Siedemnastoletnia Keltryn wcale nie była zupełnie zielona i nieopierzona. W jej słowach była pragmatyczna mądrość, którą Fulkari uczyła się doceniać. Błędem było wciąż widzieć w niej małą dziewczynkę. Zmieniała się. Widać to było w jej twarzy. Fulkari, zdumiona, zauważyła, że była mniej chłopięca, jakby w końcu zmieniała się z małej chłopczycy w prawdziwą kobietę.

Fulkari nerwowo chodziła po pokoju, bezmyślnie podnosząc i odkładając butelki z rżniętego szkła, które jej siostra chętnie kolekcjonowała. Tonęła w powodzi sprzecznych uczuć.

W końcu odwróciła się i zaczęła mówić dziwnym, wysokim głosem, który sprawiał, że miała wrażenie, iż to Keltryn jest starszą siostrą.

— Jakie są szanse, że on zechce zacząć wszystko od początku? Po tym, co powiedziałam, kiedy poprosił mnie o rękę? Nie. Nie, to niemożliwe. Wie, że nie ma sensu znowu wszystkiego rozgrzebywać. A jeśli po prostu szuka kogoś do łóżka, bez zbędnych komplikacji, to Zamek jest pełen kobiet nadających się do tego lepiej niż ja, które z przyjemnością na to przystaną. Ja i on przeżyliśmy razem zbyt wiele, żeby pozwolić sobie na coś takiego.

Keltryn patrzyła na nią poważnie, z szeroko otwartymi oczami.

— A co, jeśli wciąż cię pragnie? Czy ty tego nie chcesz?

— Nie wiem, czego chcę. Wiesz, że go kocham.

— Tak.

— Ale on szuka żony, a ja już powiedziałam, że nie chcę poślubić Koronala — Fulkari potrząsnęła głową. Czuła, że jej znękany umysł trochę się rozjaśnia. — Nie, Keltryn, nie masz racji. Ostatnią rzeczą, której chce Dekkeret, jest ponowne wiązanie się ze mną. Sądzę, że poprosił, żebym do niego przyszła, ponieważ przypomniał sobie, że nigdy oficjalnie ze mną nie zerwał i czuje się z tego powodu trochę winny, bo przynajmniej tyle jest mi winien. Był tak zajęty koronacją, że zostawił mnie w zawieszeniu, a teraz przyszła pora, by zrobił, co do niego należy. Kiedy wpadliśmy na siebie na balkonie pomyślał pewnie: „no cóż, chyba nie mogę już dłużej zostawiać niedokończonych spraw”.