— Może tak. A jak ty się z tym czujesz? Z tym, że wzywa cię, żeby ostatecznie wszystko skończyć? Powiedz prawdę.
— Prawdę? — Fulkari zawahała się chwilę. — Strasznie mi się to nie podoba. Nie chcę, żeby to był koniec. Mówiłam ci, wciąż go kocham, Keltryn.
— A jednak powiedziałaś mu, że nie chcesz za niego wyjść. Czego się po nim spodziewasz? Musi żyć dalej. Teraz nie potrzebuje kochanki, potrzebuje żony.
— Nie powiedziałam, że nie chcę za niego wyjść. Powiedziałam, że nie chcę wyjść za Koronala.
— Tak, tak, ciągle to powtarzasz. Ale to ta sama osoba, prawda, Fulkari?
— Kiedy mówiłam, to nie była ta sama osoba. Nie był jeszcze oficjalnie wybrany. Pewnie miałam nadzieję, że zrezygnuje ze wszystkiego dla mnie. Oczywiście tego nie zrobił.
— Wiesz, że szaleństwem było prosić o coś takiego.
— Wiem. Od piętnastu lat szykował się, by zostać następcą Lorda Prestimiona, a kiedy ta chwila nadeszła, mówię mu „nie, jestem od tego dużo ważniejsza, prawda, Dekkerecie?”. Jak mogłam być taka głupia? — Fulkari odwróciła się. Od tego wszystkiego zaczynała boleć ją głowa. Przybiegła do Keltryn zagubiona i po dziewczęcemu podekscytowana, bo „on chce mnie widzieć!”, a siostra metodycznie obnażyła wszystkie jej wątpliwości. To było cenne, ale i bardzo bolesne. Nie miała już siły na tę rozmowę.
— Fulkari? — powiedziała Keltryn po chwili ciszy. — Wszystko w porządku?
— Tak, o tyle o ile. Może pójdziemy popływać?
— Właśnie to chciałam zaproponować.
— Doskonale — powiedziała Fulkari. — Chodźmy. — Po chwili dodała, żeby zmienić temat: — Czy teraz, kiedy Septach Melayn pojechał do Labiryntu, dalej ćwiczysz fechtunek?
— W pewnym sensie — odpowiedziała Keltryn. — Dwa razy w tygodniu spotykam się na sali treningowej z jednym z chłopców z jego grupy.
— Z Audharim? Tym chłopakiem ze Stoienzar, o którym mi mówiłaś?
— Tak, z Audharim.
To było ciekawe. Fulkari czekała, aż siostra powie o nim coś więcej, ale nic takiego się nie stało. Z uwagą przyjrzała się jej twarzy, szukając jakichś oznak zażenowania czy dyskomfortu, czegokolwiek, co mogłoby zdradzić, że jej dziewicza siostrzyczka wreszcie znalazła sobie kochanka. Nic nie dostrzegła. Albo Keltryn była lepszą aktorką, niż Fulkari przypuszczała, albo między nią a Audharim nie było nic poza niewinnymi ćwiczeniami fechtunku.
Szkoda, pomyślała. W życiu siostry przyszła pora na mały romans.
Niespodziewanie, kiedy doszły na brzeg basenu, Keltryn zapytała:
— Powiedz mi, Fulkari, dobrze znasz Dinitaka Barjazida?
Fulkari zmarszczyła brew.
— Dinitak? Dlaczego o niego pytasz?
— Pytam, bo pytam — ku swemu ogromnemu zdumieniu Fulkari dopiero teraz zobaczyła w niej napięcie, którego nie było gdy rozmawiały o Audharim.
— Przyjaźnicie się? — zapytała Keltryn.
— Nie nazwałbym tego tak. Jesteśmy znajomymi. Nie można przebywać w towarzystwie Dekkereta i nie poznać Dinitaka. Wiesz, że nigdy nie są zbyt daleko od siebie. Ale nigdy nie byliśmy sobie szczególnie bliscy. Jesteśmy znajomymi, nie przyjaciółmi. Powiesz mi, o co ci chodzi, Keltryn? A może nie powinnam wiedzieć?
Keltryn przybrała wystudiowanie obojętną minę.
— Jestem po prostu ciekawa. Wpadłam na niego wczoraj w Rotundzie Lorda Haspara, po drodze na ćwiczenia, i rozmawialiśmy przez chwilę. Tylko sobie nic nie pomyśl, Fulkari! Tylko rozmawialiśmy.
— Pomyśleć? Co niby miałabym pomyśleć?
— Przyszło mi do głowy, że jest bardzo… niezwykły — powiedziała Keltryn. Zdawała się uważnie ważyć słowa. — Jest w nim coś dzikiego. Coś tajemniczego i surowego. Pewnie dlatego, że pochodzi z Suvraelu. Wszyscy Suvraelczycy, których poznałam, byli trochę dziwni. To pewnie przez to palące słońce. Ale on jest ciekawie dziwny, jeśli wiesz, co mam na myśli.
— Chyba tak — powiedziała Fulkari, oceniając błysk, który pojawił się w oczach siostry. Doskonale wiedziała, co taki błysk oznacza u siedemnastolatki.
Dinitak? Dziwne. Ciekawe. Niespodziewane.
Dekkeret powiedział:
— Jestem ci winien przeprosiny, Fulkari.
Fulkari zwlekała z odpowiedzią, zadyszana po długim, szaleńczym biegu przez niekończące się sploty i zakręty Biblioteki Lorda Stiamota. Raz za razem gubiła się wśród wielu mil regałów i wreszcie dotarła na audiencję spóźniona dwadzieścia minut. W życiu nie widziała tylu książek, co w czasie jednego biegu tymi korytarzami. Nie miała pojęcia, że tyle książek w ogóle istnieje. Czy ktokolwiek kiedyś je przeczytał? Czy te tysiące półek nigdy się nie skończą? Wreszcie stareńki, wyglądający jak żywa skamielina bibliotekarz zlitował się nad nią i przeprowadził przez ten labirynt do małego, odosobnionego gabinetu Lorda Dekkereta w Długiej Sali Methiraspa.
— Przeprosiny? — powiedziała wreszcie, tylko po to, by nie milczeć.
Biurko Dekkereta odgradzało ich od siebie. Leżały na nim wysokie stosy oficjalnych dokumentów — długie zwoje pergaminu przyozdobione poważnie wyglądającymi wstęgami i pieczęciami. Zdawało się, że pełzną do niego po lśniącej powierzchni mebla jak armia domagająca się uwagi.
Dekkeret wyglądał na zmęczonego i skrępowanego. Dzisiaj nie miał na sobie wspaniałych, królewskich szat, tylko zwykłą, szarą tunikę, przepasaną luźno w talii.
— Tak, Fulkari, przeprosiny — brzmiało to jakby siłą wydobywał z siebie głos. — Za wciągnięcie cię w tak nieszczęśliwy, niemożliwy związek.
To zdanie zdumiało ją.
— Niemożliwy? Być może. Ale stał się taki przeze mnie. Dlaczego miałbyś czuć potrzebę przepraszania mnie za cokolwiek? I dlaczego nazywasz go nieszczęśliwym, Dekkerecie? Czy to naprawdę był nieszczęśliwy związek? Tak uważasz?
— Nie. Ale przyznasz, że skończył się nieszczęśliwie.
Ta fraza odbijała się echem w jej duszy. Skończył się. Skończył się. Skończył się.
Tak, oczywiście, że się skończył. Ale nie chciała usłyszeć tych słów. Te kilka sylab, wypowiedzianych głośno, miało w sobie coś ostatecznego, jak spadające ostrze.
Fulkari czekała chwilę, by wrażenie osłabło.
— Nawet jeśli — powiedziała w końcu — wciąż nie rozumiem, dlaczego czujesz, że powinieneś mnie przepraszać.
— Bo skąd masz wiedzieć. Dlatego właśnie chciałem, żebyś dziś tu przyszła. Nie potrafię dłużej ukrywać przed tobą prawdy.
— O czym ty mówisz, Dekkerecie? — powiedziała niespokojnie.
Widziała, jak szuka słów, jak walczy, żeby ułożyć odpowiedź.
Wyglądał, jakby od ostatniego ich spotkania postarzał się o pięć lat. Jego twarz była blada i ściągnięta, miał cienie pod oczami, garbił swoje szerokie ramiona, jakby siedzenie prosto kosztowało go tego dnia za wiele wysiłku. To był Dekkeret, którego nigdy wcześniej nie widziała, zmęczony, nagle niezdecydowany. Chciała wyciągnąć do niego rękę, pogładzić go po skroni, pocieszyć najlepiej, jak umiała.
Przemówił z wahaniem.
— Kiedy się poznaliśmy, od razu coś mnie do ciebie przyciągało. Pamiętasz? Pewnie wyglądałem jak człowiek rażony piorunem.
Uśmiechnęła się.
— Tak, pamiętam. Nie mogłeś przestać się gapić. Gapiłeś się tak bardzo, że uznałam, że coś musi być nie tak z moim strojem.
— Nic nie było nie tak. Po prostu nie mogłem oderwać od ciebie wzroku. Kiedy poszłaś, spytałem kogoś, kim jesteś i załatwiłem, żeby zaproszono cię na audiencję u lady Varaile parę dni później. Tam zaś sprawiłem, żeby mi cię przedstawiono.