Выбрать главу

— I gapiłeś się dalej.

— Tak. Na pewno. Pamiętasz, co wtedy powiedziałem?

Nie pamiętała dokładnie. Cokolwiek wtedy powiedział, zniknęło, wymazane zmieszaniem i podnieceniem, które wtedy czuła.

— Zapytałeś, czy jeszcze się zobaczymy — powiedziała niepewnie.

— To później. Co powiedziałem najpierw?

— Naprawdę uważasz, że pamiętam takie szczegóły? To było tak dawno temu, Dekkerecie!

— Cóż, ja pamiętam — powiedział. — Zapytałem, czy nie pochodzisz z Normork. Powiedziałaś, że z Sipermit. Odparłem, że przypominasz mi bardzo kogoś, kogo znałem dawno temu w Normork, moją kuzynkę Sithelle. Przypominasz sobie coś z tego? Niesamowite podobieństwo, twoje oczy, włosy, usta, broda, twoje długie ręce i nogi… Jesteś tak podobna do Sithelle, że myślałem, iż widzę ducha.

— A więc Sithelle nie żyje?

— Od dwudziestu lat. Zabita na ulicy Normork przez zamachowca, który chciał dosięgnąć Prestimiona. Byłem tam. Zmarła w moich ramionach. Dopiero wiele lat później zrozumiałem, jak bardzo ją kochałem. A wtedy, gdy ujrzałem cię na Zamku… Patrzyłem na ciebie, nic o tobie nie wiedziałem, myślałem tylko „oto zwrócono mi Sithelle… „.

Przerwał. Odwrócił wzrok.

Fulkari poczuła jak płoną jej policzki.

— Nie pociągałam cię tym, jaka jestem? — zapytała. W jej głosie też był ogień, którego nie potrafiła powstrzymać. — Pragnąłeś mnie tylko dlatego, że wyglądam jak ktoś, kogo kiedyś znałeś? Och, Dekkerecie… Dekkerecie…!

— Mówiłem, że jestem ci winien przeprosiny — powiedział ledwo słyszalnym głosem.

Poczuła wzbierające łzy — łzy wściekłości.

— Więc nie byłam nikim więcej, jak tylko repliką kogoś, kogo nie mogłeś mieć? Kiedy na mnie patrzyłeś, widziałeś Sithelle, kiedy mnie całowałeś, całowałeś Sithelle, a kiedy szedłeś ze mną do łóżka, to…

— Nie, Fulkari. To wcale nie tak — Dekkeret mówił teraz z większą siłą. — Kiedy mówiłem, że cię kocham, mówiłem to Fulkari z Sipermit. Kiedy trzymałem cię w ramionach, trzymałem ciebie, Fulkari. Sithelle i ja nigdy nie byliśmy kochankami. Pewnie nigdy byśmy nie byli, nawet gdyby przeżyła. Kiedy poprosiłem cię o rękę, prosiłem ciebie, nie ducha Sithelle.

— Dlaczego więc mówimy o przeprosinach?

— Bo nie mogę zaprzeczyć, że na początku, niezależnie od tego, co wydarzyło się później, ciągnęło mnie do ciebie ze złego powodu. To, że pragnąłem cię zanim zdążyliśmy zamienić słowo, wynikało z faktu, że jakaś głupia część mnie szeptała, że jesteś jak zmartwychwstała Sithelle, że otrzymałem drugą szansę. Nawet wtedy wiedziałem, że to idiotyczne. Ale wpadłem w sidła swojej własnej, idiotycznej wyobraźni. Dlatego się o ciebie starałem. Nie dlatego, że byłaś sobą, nie na początku, tylko dlatego, że tak bardzo przypominasz Sithelle. Ale kobieta, w której się zakochałem, to ty. Kobieta, którą poprosiłem o rękę, to ty. Fulkari.

— A kiedy Fulkari ci odmówiła, czułeś się, jakbyś drugi raz tracił Sithelle? — zapytała. W jej tonie była tylko czysta ciekawość. Zdumiała się, jak szybko przechodził jej gniew.

— Nie. Wcale tak nie było — odpowiedział. — Sithelle była dla mnie jak siostra, nigdy bym się z nią nie ożenił. Kiedy mi odmówiłaś, a wiedziałem, że to zrobisz, bo wcześniej dałaś mi już milion wskazówek, że tak będzie, byłem zdruzgotany, bo wiedziałem, że tracę ciebie. Wtedy zrozumiałem, że mój pierwszy pomysł, by wykorzystać cię jako namiastkę Sithelle sprawił, że stopniowo zakochałem się w prawdziwej kobiecie, która nie chce zostać moją żoną. Fulkari, zmarnowałem trzy lata naszego życia. To za to przepraszam. Najpierw przyciągała mnie do ciebie fantazja, błędny ognik, ale wpadłem w nią jak w metalowy potrzask. Trzymała mnie tak długo, aż zakochałem się w prawdziwej Fulkari, która nie mogła odwzajemnić mojej miłości, i tak… Zmarnowane, Fulkari, wszystko zmarnowane…

— Nie jest tak, Dekkerecie — mówiła stanowczo, patrzyła mu w oczy ze spokojem. Cały gniew gdzieś zniknął. Poczuła nową pewność.

— Nie myślisz tak?

— Może ty uważasz, że coś zmarnowałeś. Ale nie ja. To, co do ciebie czułam, było prawdziwe. Wciąż jest — przerwała tylko na chwilę, potem dzielnie kontynuowała. Co miała do stracenia? — Kocham cię, Dekkerecie. Nie dlatego, że kogokolwiek mi przypominasz.

Był zdumiony.

— Nadal mnie kochasz?

— Kiedy powiedziałam, że przestałam?

— Ledwie chwilę temu wyglądałaś na wściekłą, kiedy mówiłem, że do pierwszych starań o ciebie przywiódł mnie obraz Sithelle, który wciąż miałem w głowie.

— Którą kobietę ucieszyłyby podobne słowa? Ale dlaczego mam pozwolić, by to dalej było ważne? Sithelle to przeszłość. Podobnie jak chłopiec, który kiedyś, może, bo sam tego nie wie, był w niej zakochany. Ale ty i ja wciąż tu jesteśmy.

— O ile to cokolwiek daje — powiedział Dekkeret.

— To może dać bardzo wiele. Powiedz mi, Dekkerecie, jak myślisz: jak ciężkie tak naprawdę jest życie żony Koronala?

14

— Panie? — powiedział Teotas, zaglądając przez otwarte drzwi. Stał na progu przedsionka apartamentów Koronala, wielkiego pokoju, którego olbrzymie, łukowe okna dawały widok na zapierającą dech w piersiach otchłań, otaczającą tę stronę Zamku.

Kiedy Teotas poprosił Dekkereta o to spotkanie, ten zaproponował, by brat Prestimiona odwiedził go w komnacie w Długiej Sali Methiraspa, która służyła mu za biuro. Teotas nie był zachwycony tą propozycją. Wydało mu się to dziwne. Ten pokój za to kojarzono z wielkością i potęgą Lorda Koronala. Wiele razy za rządów Prestimiona bracia spotykali się tu, by omawiać kryzysowe sytuacje. Chciał teraz omówić z Koronalem sprawę najwyższej wagi i to w tym pokoju i tylko w nim chciał to uczynić. Zazwyczaj nie stawiało się Koronalowi żądań, ale Dekkeret wdzięcznie przystał na tę prośbę.

— Wejdź, Teotasie — powiedział. — Siadaj.

— Mój panie — powtórzył Teotas i zrobił znak rozbłysku gwiazd.

Koronal siedział za pysznym, starożytnym biurkiem, wykonanym z jednego kawałka palisandru, którego naturalny układ słojów przypominał znak rozbłysku gwiazd, używany przez Koronalów od czasów Lorda Dizimaule’a, czyli przez jakieś pięćset lat albo i więcej. Teotas poczuł lekki szok, widząc za nim Dekkereta, a nie Prestimiona, który siadywał tam przez tyle lat. Potrzebował tego szoku. Przy każdej okazji powinien sobie przypominać, że wielka zmiana w rządzie naprawdę nastąpiła, że Prestimion udał się do Labiryntu zostać Pontifexem i że to piękne biurko, kiedyś należące do niego, wcześniej do Confalume’a, a jeszcze wcześniej do Prankipina, teraz było Dekkereta.

Dekkeret do niego pasował lepiej, niż Prestimion. Dla małego Prestimiona biurko to zawsze wydawało się za duże, a większy Dekkeret lepiej komponował się z majestatycznym rozmiarem mebla. Był ubrany w tradycyjny strój królewski, zielone i złote szaty obrębione gronostajami, i promieniował taką siłą i pewnością siebie, że Teotas, wyczerpany i bliski granic wytrzymałości, poczuł się nagle stary i słaby przy człowieku zaledwie parę lat od niego młodszym.

— No — powiedział Dekkeret. — Oto jesteśmy.

— Tak, oto jesteśmy.

— Wyglądasz na zmęczonego, Teotasie. Dinitak mówił mi, że ostatnio słabo sypiasz.

— Wolałbym nie sypiać w ogóle. Kiedy zapadam w sen, mam potworne sny, sny tak straszne, że nie chce mi się wierzyć, że mój umysł jest w stanie tworzyć podobne rzeczy.