Выбрать главу

— Mógłbyś dać mi przykład?

Teotas potrząsnął głową.

— To bez sensu. Ciężko mi się o nich opowiada. Kiedy się budzę, niewiele z nich pozostaje, poza poczuciem, że były straszliwe. Widzę w nich dziwaczne, okropne krajobrazy, potwory, demony. Ale nie będę próbował ich opisać. To, co wydaje się tak przerażające dla śniącego nie ma władzy nad innymi. W każdym razie, mój panie, nie przyszedłem tutaj rozmawiać o moich snach. Ważniejsza jest kwestia mojego mianowania Wysokim Doradcą.

— I co z nią? — zapytał Dekkeret tak spokojnie i pozornie obojętnie, że Teotas zrozumiał, iż spodziewał się rozmowy na ten temat. — Przypominam ci, Teotasie, że oficjalnie nie przyjąłeś jeszcze tej nominacji.

— I nie przyjmę. Przyszedłem poprosić cię, byś nie brał mnie pod uwagę przy wyborze kandydatów.

Było wyraźnie widać, że Dekkeret też się tego spodziewał. Przemówił bardzo spokojnym głosem:

— Nie wybrałbym cię, Teotasie, gdybym nie uważał, że jesteś najlepszym człowiekiem na to stanowisko.

— Zdaję sobie z tego sprawę. Ogromnie smuci mnie, że nie mogę przyjąć tego wielkiego zaszczytu. Ale nie mogę.

— Czy mogę poznać powód?

— A czy muszę go podać, mój panie?

— Nie, nie „musisz”. Ale wyjaśnienie byłoby wskazane.

— Mój panie…

Teotas nie mógł mówić dalej, bał się tego, co może powiedzieć. Poczuł głęboko w sobie płomyk sławnego gniewu, którego kiedyś wszyscy się obawiali. Dlaczego Dekkeret nie może po prostu cofnąć propozycji i zostawić go w spokoju? Wściekłość słabła jednak, przygnieciona zmęczeniem przyniesionym przez rozpacz. Znalazł w sobie tylko ślad zirytowania, a i on szybko przeminął. Był pusty, samotny, odrętwiały.

Ukrył twarz w dłoniach.

— Mój panie… — powiedział po chwili, słabo, niewyraźnie. — Czy widzisz, panie, jak wyglądam? Jak się zachowuję? Czy to ten sam Teotas, którego pamiętasz z dawnych czasów? Czy nawet sprzed sześciu miesięcy? Czy wyglądam jak ktoś nadający się do pełnienia obowiązków Wysokiego Doradcy Królestwa? Czy nie widzisz, że na wpół tracę rozum? Bardziej, niż na wpół. Tylko głupiec wybrałby kogoś tak niestabilnego jak ja na tak ważne stanowisko. A ty na pewno nie jesteś głupcem.

— Widzę, że wyglądasz na chorego, Teotasie. Ale choroby się leczy. Czy rozmawiałeś o tej decyzji z twoim bratem?

— Nie. Nie widzę powodu, by obarczać Prestimiona moimi problemami.

— Gdyby Bogini dała mi brata — powiedział Dekkeret — sądzę, że z chęcią słuchałbym o wszelkich jego problemach o każdej porze dnia i nocy. Myślę, że podobnie czuje Prestimion.

— Mimo to do niego nie pójdę — to stawało się męczarnią. — Na Boginię, Dekkerecie! Znajdź sobie innego Wysokiego Doradcę, pozwól mi już o tym nie myśleć! Na pewno nie jestem niezastąpiony.

Koronal wreszcie zauważył cierpienie Teotasa.

— Nikt nie jest niezastąpiony — powiedział łagodnie — nawet Pontifex i Koronal. Skoro nie dajesz mi wyboru, wycofam nominację.

— Dziękuję, panie. — Teotas wstał do wyjścia.

Dekkeret wcale nie skończył.

— Powinienem ci jednak powiedzieć, że Dinitak wierzy, że te twoje sny, które na pewno są straszliwe, nie są dziełem twojego umysłu. Uważa, że zostały zesłane przez wroga z zewnątrz, jego krewniaka, Barjazida. Podejrzewa, że używa on jakiejś wersji hełmu kontrolującego umysły, który kiedyś wykorzystaliśmy przeciwko Dantiryi Sambailowi.

— Czy to możliwe? — Teotas westchnął.

— Dinitak szuka potwierdzenia swojej teorii. Jeśli odkryje, że jest prawdziwa, zrobi wszystko, co będzie konieczne.

— To wszystko mnie zdumiewa, panie. Czemu ktoś miałby zsyłać złe sny? Wydaje mi się, że twój przyjaciel Dinitak marnuje czas.

— Może i tak, ale pozwoliłem mu zbadać tę sprawę.

Teotas poczuł, że dotarł do kresu sił. Musiał zakończyć tę rozmowę.

— Cokolwiek odkryje, nie wpłynie to na naszą rozmowę — oświadczył. — Prawdziwym problemem stało się moje małżeństwo. Wiesz, jak sądzę, że Fiorinda pojechała z Varaile do Labiryntu?

— Tak.

— Jest dla niej równie ważna, jak ja ponoć jestem dla ciebie. Nie mogę żyć bez niej nie wiadomo jak długo. Nie ma innego rozwiązania, któreś z nas musi zrezygnować z królewskiej nominacji, a ja zawsze stawiałem pragnienia Fiorindy ponad moimi. Dlatego też nie będę twoim Wysokim Doradcą.

— Może zmienisz zdanie — powiedział Dekkeret — kiedy uwolnisz się od tych snów. Zrezygnowanie ze stanowiska Wysokiego Doradcy to nie błaha sprawa. Obiecuję ci, jeśli po tym, jak pozbędziesz się snów, będziesz dalej czuł, że nie chcesz tej pracy, zwolnię cię. Ale czy do tego czasu możemy wstrzymać się z decyzją?

— Panie, jesteś nieubłagany. Ja jednak będę nieugięty. Sny czy nie, chcę być z żoną, a ona pragnie być w Labiryncie z Varaile.

Znowu ruszył w stronę drzwi.

— Daj mi jeszcze tydzień — powiedział Dekkeret. — Spotkamy się równo za tydzień i, jeśli dalej będziesz się tak czuł, wybiorę kogoś innego. Możemy się tak umówić? Jeszcze tydzień?

Upór Dekkereta doprowadzał do szaleństwa, Teotas nie mógł go już znieść.

— Cokolwiek sobie życzysz, panie — wymamrotał. — Tak, jeszcze tydzień. Cokolwiek sobie życzysz.

Wykonał szybki znak rozbłysku gwiazd i prędko wyszedł, zanim Koronal zdążył cokolwiek dodać.

Tej nocy Teotas godzinami leży, nie śpiąc, zbyt zmęczony na sen i zaczyna mieć nadzieję, że choć raz będzie mu darowane, że przeżyje noc od północy do świtu nie schodząc ani na chwilę do świata snów. Myśli, że lepiej w ogóle nie spać, niż znosić tortury, którymi stały się sny.

Nieświadomie przechodzi od przytomności do snu. Nie ma gwałtownej zmiany, nie ma poczucia przekraczania granicy. W jakiś sposób jednak wkroczył w kolejne dziwne miejsce i wie, że będzie tu cierpiał. W miarę jak je przemierza, moc tego miejsca objawia mu się stopniowo, zbiera się powoli, wzrasta z każdym jego krokiem, z początku ciąży mu tylko trochę, potem dużo, dużo bardziej.

Nagle Teotas czuje cały ciężar tego miejsca. Jest w okolicy pełnej niskich, szarych krzewów o grubych pniakach i szerokich liściach. Wszędzie unosi się gęsta mgła. Wszystko tutaj jest pozbawione kolorów, jakby barwy stąd wyciekły. Ziemia przyciąga w okropny sposób, grawitacja czepia się każdego kawałka jego ciała z nieubłaganą siłą. Powieki ma z ołowiu. Policzki mu zwisają. Brzuch opada. Gardło wisi jak luźne wole. Kości wyginają się pod ciężarem. Idzie na ugiętych kolanach. Ile tu waży? Osiemset funtów? Osiem tysięcy? Osiem milionów? Jest niewyobrażalnie ciężki. Ciężki. Ciężki.

Jego waga przykuwa mu stopy do ziemi. Za każdym razem, gdy je unosi, by zrobić krok, słyszy wibrujący dźwięk, którym planeta protestuje przed rozłąką. Czuje krew, która leży, ciemna i gęsta, w słabych żyłach jego klatki piersiowej. Zdaje sobie sprawę z wielkiego, żelaznego garbu, który niesie na ramionach. To miejsce musi się gdzieś kończyć.

Ale końca nie ma.

Teotas zatrzymuje się. Klęka, żeby złapać oddech. Kiedy nieco odciąża ciało, z oczu tryskają mu łzy ulgi, spływające po policzkach jak rtęć i łomoczące o ziemię.

Kiedy czuje, że może iść dalej, próbuje wstać.

Udaje mu się za piątym razem. Podnosi się, kiwając się, opierając na kostkach palców, zad w górze, brzuch zwisa do ziemi, kręgosłup trzeszczy, szyja trzaska. W górę. W górę. Pcha. Wstaje. Łapie oddech. Idzie. Znajduje ścieżkę, którą przed chwilą szedł, widzi odciski swoich stóp w piaszczystej ziemi, głębokie prawie na cal. Wstawia w nie stopy i idzie dalej.