Выбрать главу

Ciążenie wciąż rośnie. Każdy oddech jest walką. Żebra nie chcą się unosić, chyba że największym wysiłkiem, płuca ma napięte jak gumowe opaski. Policzki zwisają mu na ramiona. W piersiach ma głaz. A robi się coraz gorzej. Wie, że jeśli zostanie tu jeszcze chwilę, ciążenie zgniecie go na placek. Zgniecie, aż nie pozostanie po nim nic, tylko cienka warstwa kurzu na ziemi.

Robi się coraz gorzej. Nie może już stać. Najbardziej ciąży mu góra ciała, masa jego czaszki wygina mu plecy do tyłu, kręgi przemieszczają się, trą o siebie i trzeszczą. Marzy, by się położyć, ale wie, że jeśli to zrobi, nie wstanie już nigdy.

Niebo osuwa się na niego. Szara tarcza naciska mu na plecy. Jego kolana zapuszczają korzenie. Pełznie. Pełznie. Pełznie.

— Pomocy! — krzyczy. — Fiorinda! Prestimion! Abrigant!

Jego słowa są jak kulki ołowiu. Wysypują się z ust i spadają na ziemię.

Pełznie.

W boku czuje nieznośny ból. Boi się, że wnętrzności przebiły mu skórę. W łokciach i kolanach rozłażą się kości. Pełznie. Pełznie.

Pełznie.

— Pres… ti… mi… on!

To imię opuszcza jego usta niespójnym bełkotem. Przełyk ma z ołowiu. Usta ma z ołowiu. Pełznie. Ręce zapadają się w ziemi. Uwalnia je szarpnięciem. Jest u kresu sił. Umrze. To koniec, umrze powolną, ohydną śmiercią. Zgniata go szara pokrywa nieba. Jest uwięziony pomiędzy ziemią i powietrzem. Wszystko jest niemożliwie ciężkie. Ciężkie. Ciężkie. Ciężkie. Pełznie. Widzi tylko nierówną, nagą ziemię o cale od swego nosa.

Wtem, cudem, otwiera się przed nim brama, połyskujący, złoty owal, zawieszony w powietrzu tuż przed nim.

Teotas wie, że jeśli do niego dojdzie, wydostanie się z tej krainy nieznośnego ciśnienia. Ale dotarcie do niego jest wyzwaniem niemal ponad siły. Przesunięcie się o cal jest zwycięstwem nad strasznymi mocami.

Sięga do niej. Powoli brnie naprzód, drapie ziemię, wbija w nią paznokcie i ciągnie swoje niemożliwie ciężkie ciało w stronę złotej bramy, ma ją tuż przed sobą, opiera dłonie o jej krawędź i wstaje, wkłada w nią jedno ramię, za nim szyję i głowę, jakoś unosi jedną nogę i przekłada przez próg. Udało się. Czuje, że spada, ale leci tylko kilka stóp, a potem ląduje rozciągnięty na ceglanej platformie i leży tam, walcząc o oddech.

Tu, po drugiej stronie, waży tyle, ile powinien. Tu jest prawdziwy świat. Wciąż śpi, ale czuje, że wyszedł ze swojej sypialni i porusza się po jakimś zewnętrznym gzymsie Zamku.

Nic tu nie wygląda znajomo. Widzi iglice, odległe wieże, otwory strażnicze. Znajduje się na wąskiej, krętej ścieżce, która zdaje się iść w górę, spiralą otaczając wysoki budynek, którego Teotas nie kojarzy. Czarne niebo obsypane jest gwiazdami, na horyzoncie świecą zimno dwa czy trzy księżyce. Wspina się dalej. Wyobraża sobie, że słyszy ponure wycie wiatru bijącego w szczyt Góry, choć wie, że na tej wyjątkowej wysokości nie może słyszeć nic takiego.

Ceglana ścieżka, którą idzie, robi się coraz bardziej stroma i węższa. Schodki pod jego stopami są pokruszone i połamane, jakby nikt nie bywał tu od stuleci i wszystko powoli niszczało. Zdaje mu się, że wspina się po zewnętrznej stronie jednej z wież na obrzeżach Zamku, wchodzi po przerażającym, niepewnym przejściu, a po obu stronach ma gigantyczne spadki. Zaczyna się niepokoić.

Nie ma odwrotu. Czuje się, jakby wspinał się po kręgosłupie olbrzymiego potwora. Ścieżka jest za wąska, by mógł zawrócić i spróbować zejść, nie da się iść tyłem, nie może się wycofać. Zimny pot zaczyna mu spływać po bokach.

Mija zakręt i nagle niebo wypełnia Wielki Księżyc. Dziś rośnie, świeci oślepiająco, przed Teotasem wisi para jasnych, białych rogów. W lodowatym blasku księżyca widzi, że wspiął się na samotną iglicę kolosalnego Zamku i znajduje się blisko jej czubka. Daleko po prawej widzi dachy Wewnętrznego Zamku. Po lewej tylko czarną otchłań.

Stąd nie da się iść wyżej. Nie da się też wrócić. Może tylko stać, drżąc, w tym jednym punkcie, smagany wiatrem i czekać na przebudzenie. Może też zrobić krok w pustkę i zlecieć w dół, do tego, co tam na niego czeka.

Tak. To właśnie zrobi.

Teotas obraca się w lewo, spogląda w ciemność, po czym przekłada nogę nad linią cegieł, która jest końcem ścieżki i robi krok.

Ale to nie sen. Naprawdę spada.

Nie obchodzi go to. To jak latanie. Chłodne powietrze przeczesuje jego włosy jak pieszczota. Będzie spadał, spadał i spadał, tysiąc stóp, dziesięć tysięcy, może aż do podnóża Góry Zamkowej. A kiedy znajdzie się na dole, wie, że zazna spokoju. Wreszcie. Spokój.

Część trzecia

Księga Potęg

1

Pontifex Prestimion nie spodziewał się, że tak szybko wróci na Górę Zamkową, a tym bardziej nie podejrzewał, że będzie się to wiązało ze smutnym wydarzeniem, jakim był pogrzeb jego brata. A jednak znowu płynął w gorę rzeki z Labiryntu, tym razem dławiony rozpaczą, na pogrzeb Teotasa. Ceremonia ta nie miała się odbywać na samym Zamku, lecz w Domu Muldemar, ich rodzinnej posiadłości, gdzie Teotas urodził się i gdzie miał teraz spocząć na zawsze wśród swoich przodków.

Prestimion nie był w Muldemar od wielu lat. Nie miał powodu, by tam jeździć. Kiedy był jeszcze księciem na Zamku odwiedzał swoją matkę, lady Therissę, ale gdy został Koronalem, na nią automatycznie przeszedł tytuł i obowiązki Pani Wyspy Snu i od tego czasu mieszkała na Wyspie. W podobny sposób koronacja Prestimiona sprawiła, że Dom Muldemar przeszedł na jego brata, Abriganta. Prestimion nie chciał swoją obecnością przyćmiewać autorytetu brata w jego własnym domu.

Wtedy przyszła szokująca, tragiczna wiadomość o śmierci Teotasa i Prestimion musiał pędem wyruszyć do rodzinnego domu. Kiedy świta Pontifexa przybyła pod bramy miasta Muldemar przywitał ich sam Abrigant. Wyglądał imponująco w ciemnoniebieskim dublecie i pelerynie w czarno-białe pasy, z żółtym symbolem żałoby przypiętym do ramienia. Jego oczy były czerwone i opuchnięte od żalu. Był wysoki, najwyższy z czterech braci, którzy dorastali tu razem przed dziesięcioleciami, a kiedy wziął Pontifexa w ramiona, niemal zmiażdżył go w uścisku.

Puścił Prestimiona i zrobił krok w tył.

— Witaj w Muldemar, bracie. Czuj się tu jak w domu, bo to nigdy nie przestał być twój dom.

— Wiem i jestem wdzięczny za te słowa, Abrigancie.

— Teraz, kiedy tu jesteś, możemy zająć się pogrzebem.

Prestimion ponuro skinął głową.

— Czy były jakieś wiadomości od matki?

— Przesyła nam słowa miłości i pisze, że łączy się z nami w bólu, ale tu nie przyjedzie.

To nie była niespodzianka. Nikt nie przypuszczał, że lady Therissa przybędzie na pogrzeb. Była już za stara na ciężką podróż morzem i lądem z Wyspy Snu na Górę Zamkową, a prócz tego nie udałoby się jej dotrzeć na czas ze względu na olbrzymie odległości. Abrigant i tak poważnie opóźnił ceremonię, by pozwolić dojechać Prestimionowi. Lady Therissa będzie opłakiwać najmłodszego syna z daleka.

Prestimion zdumiał się, widząc, jak bardzo Abrigant postarzał się od ich ostatniego spotkania, które miało miejsce całkiem niedawno, podczas koronacji Dekkereta. Podobnie jak Teotas, Abrigant posunął się w latach bardzo gwałtownie. Teraz lekko się garbił. W ciągu paru ostatnich miesięcy jego złote włosy straciły połysk, a pionowe zmarszczki po obu stronach nosa nagle stały się bardzo głębokie. Bez wątpienia śmierć Teotasa była dla niego strasznym ciosem. Abrigant i Teotas, dwaj najmłodsi bracia, byli bardzo blisko, szczególnie przez te lata, kiedy Prestimion był daleko z powodu królewskich obowiązków.