— Zostaliśmy tylko my dwaj — powiedział Abrigant z zadumą w głosie, jakby sam nie wierzył we własne słowa. Mówił ponurym, grobowym głosem, brzmiącym jak podmuchy dalekiego wiatru. — Jakie to dziwne, jakie straszne, że nasi bracia odeszli tak młodo! Ile lat miał Taradath, kiedy poległ na wojnie z Korsibarem? Dwadzieścia cztery? Dwadzieścia pięć? A teraz Teotas, młodszy nawet ode mnie, umiera na tak długo przed swoim czasem…
Strasznie było patrzeć na cierpienie w oczach Abriganta.
— Czy masz pojęcie, co mogło go do tego skłonić? — zapytał Prestimion. Sam dopiero zaczynał się godzić z tą tragedią.
Abrigant odpowiedział ostrożnie.
— To był atak szaleństwa, miewał je coraz częściej. Tylko tyle odważę się powiedzieć, bracie. Dekkeret później porozmawia z tobą o szczegółach. Chodź, latacze zabiorą nas do Domu Muldemar — skinął na Varaile i Fiorindę, które podczas rozmowy stanęły przy lewym boku Prestimiona. — Chodźcie, siostry…
Podczas podróży z Labiryntu te dwie kobiety rzadko się rozstawały. Obie miały na sobie żółte, żałobne szaty i obie wciąż były tak zrozpaczone, że nikt obcy nie zgadłby, która z nich była wdową po księciu, a która tylko jego szwagierką. Trójka małych dzieci Fiorindy, dwie dziewczynki i pięcioletni chłopiec, szły tuż za matką i zdawały się nie rozumieć, jaka tragedia dotknęła ich rodzinę.
— Oto wasz latacz — powiedział Abrigant, prowadząc je do pojazdu. Lady Tuanelys i młody książę Simbilon również podróżowali z matką, ciotką i kuzynami. — A ja i Pontifex pojedziemy tym — powiedział, wskazując własny latacz. Prestimion wsiadł, za nim jego dwaj starsi synowie, a Abrigant rozkazał ruszać.
Podczas podróży z miasta do Domu Muldemar Abrigant jakby odprężał się i rozkręcał. Może poczuł ulgę, że w tej czarnej godzinie starszy brat przejmie część jego brzemienia.
Pogratulował Prestimionowi, że jego dzieci bardzo urosły i wyglądają świetnie. Młody Taradath faktycznie zaczynał wyglądać jak prawdziwy książę, podobnie Akbalik, ale Simbilon musiał jeszcze podrosnąć. Zdaniem Prestimiona mała lady Tuanelys, ostatnio cierpiąca z powodu koszmarów niepokojąco podobnych do tych, które ponoć nękały Teotasa, wcale nie wyglądała dobrze. Złe sny zaczęły także męczyć Varaile. Prestimion nie mówił o tym Abrigantowi.
— A tegoroczne wina! — mówił Abrigant. Brzmiał teraz wręcz entuzjastycznie. — Poczekaj aż ich spróbujesz, Prestimionie! Najlepszy rocznik od lat, od stuleci! Szczególnie czerwone, mówiłem o nim Teotasowi w zeszłym… miesiącu…
Zwolnił, a potem zamilkł w pół zdania. Jego entuzjazm znikł, a w oczach znów pojawił się niepokój.
Prestimion odezwał się prędko.
— Spójrz, Abrigancie! Dom Muldemar! Jaki on piękny! Ależ ja za nim tęskniłem! — czuł, że nie tylko jako Pontifex, ale i najstarszy z braci ma obowiązek bronić Abriganta przez popadnięciem w przygnębienie.
— Tutaj się urodziłem — powiedział swoim dwóm synom. — Pokażę wam dzisiaj pokój, w którym kiedyś mieszkałem — wprawdzie już kiedyś tu byli, ale teraz chciał przede wszystkim podtrzymać Abriganta na duchu.
On sam, choć wyraźnie odczuwał ból po wielkiej stracie, rozchmurzył się na widok rodzinnego domu.
Czy można było nie zareagować na cudowne piękno doliny Muldemar? Wśród cudów Góry Zamkowej było to miejsce tchnące wyjątkowym spokojem. Z jednej strony przylegało do zbocza Góry, a z drugiej do Grzbietu Kudarmar, jednego z mniejszych szczytów Góry Zamkowej, który w każdym innym miejscu na świecie zostałby z racji swojego majestatu i wielkości uznany za pełnoprawną górę. Położona pomiędzy tymi dwoma szczytami dolina Muldemar przez cały rok cieszyła się delikatną bryzą i lekkimi mgłami, a ziemia tu była żyzna i głęboka.
Przodkowie Prestimiona osiedlili się tutaj zanim jeszcze zbudowano Zamek. Byli rolnikami, przybyli z nizin z sadzonkami winorośli, którą tam hodowali. Przez stulecia ich wina zdobyły reputację najlepszych na Majipoorze, a wdzięczni Koronalowie nadali winiarzom z Muldemar tytuł szlachecki, a z czasem uczynili ich diukami i książętami. Prestimion jako pierwszy w rodzinie został Koronalem, a potem zasiadł na tronie Pontifexa.
Rodzinne ziemie ciągnęły się przez wiele mil najlepszych gruntów w całej dolinie, był to szeroki, zielony teren położony między rzeką Zemulikkaz a Grzbietem Kudarmar. W głębi majątku wznosiły się białe ściany i wysokie, czarne wieże samego Domu Muldemar, budynku o trzech skrzydłach i dwóch setkach pokoi.
Abrigant przygotował dla Prestimiona pokoje, które niegdyś do niego należały: apartamenty na drugim piętrze, z których przez okna z fasetowego kwarcu można było podziwiać wspaniały widok na Wzgórze Sambattinola. Niewiele zmieniło się od czasu, kiedy tu mieszkał ponad dwadzieścia lat temu. Na ścianach były te same delikatne malowidła w łagodnych odcieniach ametystu, lazuru i topazowego różu, a koło siedziska pod oknem, gdzie młody Prestimion spędził tyle miłych godzin, leżały te same książki, które czytał tak dawno temu.
Służący, których Prestimion nie rozpoznawał, zapewne synowie i córki tych, których znał, czekali, by pomóc Pontifexowi i jego rodzinie rozgościć się w Domu. Spowodowało to drobny konflikt z własną służbą Prestimiona, ponieważ zgodnie z tradycją Pontifex podróżował zawsze z własną świtą i jej członkowie zazdrośnie strzegli swoich przywilejów.
— Nie możecie tu wejść — powiedział twardy, mocno zbudowany Falco, noszący teraz tytuł Pierwszego Gospodarza Imperium i traktujący go bardzo poważnie. — Te pokoje należą do Pontifexa i nie wolno wam na niego spoglądać.
Prestimionowi zrobiło się przykro na widok tych dobrych ludzi z Muldemar, nieśmiało spoglądających na niego ponad ramieniem Falca z podziwem i czcią, jakby on sam nie pochodził z Muldemar, lecz przybył z jakiejś odległej planety. Poinformował Falca, że w tym domu zamierzał zrezygnować ze zwyczajowych przywilejów Pontifexa i pozwolić zwykłym obywatelom znajdować się w jego obecności. Falcowi nie podobało się to ani trochę.
Varaile i Prestimion zajęli główną sypialnię. Varaile umieściła Tuanelys, teraz często budzącą się w środku nocy z płaczem, w pokoju obok. Taradath, Akbalik i Simbilon mogli decydować za siebie. W apartamencie nie brakowało pokoi.
— Chciałabym mieć blisko Fiorindę — powiedziała Varaile.
Prestimion uśmiechnął się.
— Wiem, że przyzwyczaiłaś się do jej obecności, ale ten apartament nie był zaprojektowany z uwzględnieniem dam dworu. Chciałbym, żeby tak było, ale nie.
— Nie proszę o bliskość Fiorindy dla własnego kaprysu — powiedziała Varaile dość ostro. — To ona potrzebuje pocieszenia i chciałabym móc przy niej być.
— Umieszczą ją w pokojach, które zazwyczaj zajmowali z Teotasem. Na pewno będzie miała służącą, która się nią zaopiekuje.
Jednak Varaile nie potrafiła przestać myśleć o Fiorindzie.
— Ona tak cierpi, Prestimionie. Ja także. Teotas nigdy nie udałby się na ten tragiczny nocny spacer, gdyby przy nim była. Ale nie byli razem przez ostatnie tygodnie przed… przed jego śmiercią i to moja wina. Nie powinnam była zabierać jej z Zamku.
— To miała być tylko chwilowa rozłąka. Kto mógł przypuszczać, że Teotas może ze sobą skończyć?
— A tak zrobił? — Varaile spojrzała na niego dziwnie.
— Po co ktoś miałby wchodzić na niebezpieczną i niemal niedostępną wieżę w środku nocy, jeśli nie po to, by ze sobą skończyć?
— Teotas nie miał skłonności samobójczych, Prestimionie.
— Zgadzam się. Ale co tam w takim razie robił? Lunatykował? Tak się nie lunatykuje. Był pijany? Teotas nigdy nie przesadzał z piciem. Może go ktoś zaczarował?