— Może — odparła Varaile.
Szeroko otworzył oczy.
— Brzmi, jakbyś mówiła poważnie.
— Czemu nie? To takie niemożliwe?
— Załóżmy, że możliwe. Istnieją zaklęcia, które naprawdę działają. Ale któż miałby rzucić na mojego brata czar samozagłady?
— Właśnie, kto? — zapytała ostro. — Czy nie tego powinieneś się dowiedzieć?
Prestimion skinął głową, pogrążony w myślach. Trzeba było rozwiązać tę tajemnicę. Ale jak? Jak? Kto mógł wejrzeć w martwy umysł Teotasa i wydobyć z niego odpowiedzi? Poruszali się po bardzo tajemniczym terenie.
— Muszę porozmawiać o tym wszystkim z Dekkeretem — oświadczył. — To on jako ostatni widział Teotasa żywego, zaledwie na kilka godzin przed śmiercią. Abrigant mówi, że wie coś na temat tego, co się stało.
— W takim razie porozmawiaj z nim. Koniecznie.
Prestimion dowiedział się od Abriganta, że Dekkeret wciąż przebywa na Zamku, ale wkrótce wyruszy do Domu Muldemar, gdyż wie, że Prestimion już tu przybył. Po południu z zewnątrz dobiegł go hałas i zamieszanie, znak, że pod Dom zajechała procesja królewskich lataczy. Prestimion wyjrzał przez okno i dostrzegł wysoką postać Koronala w oficjalnym stroju, wchodzącą do budynku. Z niemałym zainteresowaniem dostrzegł, że przy jego boku szła lady Fulkari.
Dekkeret był poważny, zdeterminowany i wyraźnie starał się mieć wszystko pod kontrolą. Widać było, że już teraz, we wczesnych dniach swego panowania, zaczął nabierać królewskich cech. Prestimion był z tego zadowolony. Nigdy nie wątpił, że wybór Dekkereta na swojego następcę był mądry, ale aura wielkości, która otaczała teraz Koronala dodatkowo to potwierdzała.
Ani przed kolacją, ani podczas niej nie było okazji do rozmowy. W ciągu wieków Koronalowie nie byli rzadkimi gośćmi w Domu Muldemar, we wschodnim skrzydle były dla nich specjalne apartamenty — tak daleko od komnat zajmowanych przez Prestimiona, jak było to możliwe w tym budynku. Pierwszą okazję do spotkania mieli przy stole, ale kolacja była poważnym, ponurym, oficjalnym wydarzeniem, podczas którego nie dało się porozmawiać prywatnie. Prestimion i Dekkeret wymienili tradycyjny uścisk, wymagany od Pontifexa i Koronala, kiedy zdarzało im się uczestniczyć w jednym wydarzeniu, po czym zajęli miejsca na przeciwnych końcach długiego stołu. Fulkari siedziała obok Dekkereta, Varaile przy Prestimionie z Fiorindą u boku.
Towarzystwo obecne w wielkiej sali bankietowej było nieliczne. Abrigantowi i jego żonie, Cirophan, towarzyszyło dwóch nastoletnich synów. Byli też dwaj starsi synowie Prestimiona. Oprócz nich jedynymi gośćmi byli Septach Melayn i Gialaurys, którzy przyjechali do Muldemar z Pontifexem. Abrigant krótko wspomniał o ponurej okazji, z której zebrali się tego wieczora i wznieśli toast upamiętniający Teotasa. Później podano dobrą kolację, jednak w tej dziwacznej grupie panował żałobny nastrój i mało kto się odzywał.
Po posiłku Dekkeret przyszedł do Prestimiona i powiedział:
— Powinniśmy porozmawiać po kolacji, wasza wysokość.
— To prawda. Czy mam przyprowadzić Septacha Melayna?
— Chyba lepiej, żebyśmy byli we dwóch — powiedział Dekkeret. — Jeśli sobie życzysz, możesz później podzielić się z Wysokim Rzecznikiem tym, co ci powiem, ale Abrigant uważa, że najpierw powinniśmy porozmawiać na osobności.
— Abrigant wie, co chcesz mi powiedzieć? — zapytał Prestimion.
— Częściowo. Nie wie wszystkiego.
Na miejsce spotkania Prestimion wybrał salę degustacyjną Domu Muldemar, która zawsze wydawała mu się urocza, choć niektórzy twierdzili, że jest ponura. Leżała na najniższym poziomie budynku, przy wejściu do głębokiej, chłodnej pieczary z zielonego bazaltu, ciągnącej się aż do trzewi Góry. Po obu stronach przejścia znajdowały się stojaki, od podłogi po sklepienie wypełnione rzędami butelek win z Muldemar z roczników sprzed wielu stuleci, sięgających mgieł czasów. Stare, żelazne drzwi odcinały ten pokój od reszty budynku. W całym Domu Muldemar nie było miejsca, gdzie Prestimion i Dekkeret mieliby większy spokój.
Polecili podczaszemu Abriganta, by zostawił im na stole w sali degustacyjnej butelkę brandy. Widok butelki, którą dla nich wybrano rozbawił Prestimiona. Ręcznie zrobiona, okrągła flaszka była absurdalnie droga. Pokrywał ją stuletni kurz, spod którego wyzierała spłowiała etykieta z okresu rządów Lorda Gobryasa, poprzednika Prankipina. Prestimion szczodrze nalał do dwóch kielichów i przez chwilę pili w milczeniu, smakując brandy z namysłem.
Po dłuższej chwili odezwał się Dekkeret.
— Jest mi ogromnie przykro z powodu twojej straty, Prestimionie. Bardzo kochałem Teotasa. Przykro mi, że jeśli kiedykolwiek jeszcze będę miał szansę skosztować tego znakomitego napoju, będzie mi się zawsze kojarzył z jego śmiercią.
Prestimion poważnie skinął głową.
— Nigdy nie przypuszczałem, że go przeżyję. Wprawdzie starzał się szybko i wyglądał na starszego, niż był, ale dzieliło nas wiele lat. A stało się coś takiego…
— Tak — powiedział Dekkeret. — Ale może długie życie nie było mu pisane. Sam powiedziałeś, że prędko się starzał. Zawsze płonął w nim ogień. Było tak, jakby miał w piersi palenisko i on sam był do niego paliwem. Ten jego temperament… niecierpliwość…
— Wiesz, że sam też mam te cechy. Ale tylko trochę. On miał pełną miarę — przez jakiś czas w zamyśleniu sączył brandy. Była cudownie gładka, ale jej długo pozostający w zamknięciu smak eksplodował w ustach niczym wybuchająca galaktyka. Kiedy uznał, że cisza trwała już dość długo, powiedział:
— Zabił się, prawda, Dekkerecie? Co to mogło być, jeśli nie samobójstwo? Ale czemu? Czemu? Tak, przeżywał ogromne stresy, ale jaki stres mógłby doprowadzić kogoś takiego, jak Teotas do samobójstwa?
— Sądzę, Prestimionie, że został zamordowany — powiedział Dekkeret bardzo cicho.
— Zamordowany’?
Prestimion nie byłby bardziej zdumiony, gdyby Dekkeret uderzył go w twarz.
— Albo raczej powiedzmy, że został przez coś z zewnątrz wprowadzony w taki stan umysłu, że śmierć wydawała mu się lepsza niż życie, a potem wmanewrowany w miejsce, gdzie łatwo było tę śmierć znaleźć.
Prestimion pochylił się i patrzył na Dekkereta bardzo uważnie. Jego słowa wzbudziły mu w głowie huragan myśli. Nie chciał w to wierzyć, ale świat nie pozwala wierzyć tylko w to, w co się chce.
— Mów dalej — powiedział. — Opowiedz mi.
— Przyszedł do mojego gabinetu — powiedział Dekkeret — ostatniego popołudnia swojego życia. Jak wiesz, zaproponowałem mu stanowisko mojego wysokiego doradcy — widzisz, Prestimionie, tak bardzo go szanowałem — ale ani go nie przyjął, ani nie odrzucił i wreszcie poprosiłem, by się zdecydował.
— Dlaczego tak się wahał? Czy chodziło o Fiorindę?
— Ten powód podał oficjalnie. Mówił, że lady Varaile poprosiła lady Fiorindę o dotrzymywanie jej towarzystwa w Labiryncie i że nie będzie jej robił trudności przez swoją ambicję. Ale była jeszcze kwestia jego snów. Podobno co noc przeżywał nieopisane koszmary.
— Tak. Varaile słyszała o tym od Fiorindy. Wiesz, ostatnio wiele osób ma złe sny. Choćby moja córka, Tuanelys. Ostatnio także Varaile.
— Nawet ona? — zdumiał się Dekkeret. Ta informacja wyraźnie bardzo go zaciekawiła. — Mam nadzieję, że nie są tak potworne, jak te, które miał Teotas. Kiedy się z nim spotkałem, był w tragicznym stanie. Blady, drżący, z przekrwionymi oczami. Powiedział mi wprost, że boi się chodzić spać z powodu snów. Nie mogliśmy poszukać rozwiązania kwestii Fiorindy, bo te sny całkowicie go wykończyły. Powiedział, że przez nie jest przekonany, że jest niegodny stanowiska Wysokiego Doradcy. Błagał, żebym cofnął propozycję. Powinienem był to zrobić, biorąc pod uwagę, w jakim był stanie. Ale potrzebowałem go, Prestimionie, bardzo go potrzebowałem. Wreszcie poprosiłem go, żebyśmy odłożyli temat jeszcze na tydzień i kiedy wychodził, zdawało mi się, że na to przystał.