Выбрать главу

— Ech! Nigdy nie przypuszczałem, że znów wezmę do ręki to ohydne urządzenie. Raz niemal mnie zabiło, pamiętasz?

— Nigdy tego nie zapomnimy, wasza wysokość — powiedział Dinitak. — Widzieliśmy, jak wysiłek korzystania z niej rzuca cię na kolana, kiedy podróżowałeś umysłem po świecie i leczyłeś szaleństwo.

Prestimion uśmiechnął się blado.

— Tak było. A ty powiedziałeś Dekkeretowi „zdejmij mu go!”, o ile dobrze pamiętam, i Dekkeret odparł, że nie wolno tak dotykać Koronala, a ty mimo to kazałeś mu to zrobić, bo w przeciwnym razie świat będzie potrzebował nowego Koronala. I Dekkeret zdjął mi ten hełm… Zawsze się zastanawiałem, Dinitaku, czy zrobiłbyś to sam, gdyby Dekkeret jednak się nie zdecydował?

Dekkeret przemówił szybko, nie ukrywając gniewu:

— To niesprawiedliwe pytanie, Prestimionie. Czemu go o to pytasz? Kiedy zobaczyłem, co hełm z tobą robił, zdjąłem ci go.

Jednak Dinitak zwrócił się do Dekkereta i spokojnie oświadczył:

— Bez problemu odpowiem na pytanie Pontifexa — a do Prestimiona: — Tak, wasza wysokość, zdjąłbym go. Osoba Koronala jest święta do pewnego stopnia. Nie wolno stać bezczynnie, kiedy życie Koronala jest zagrożone. Rozumiem moc hełmu lepiej niż którykolwiek z was. Wlewałeś w niego całą siłę, wasza wysokość, i korzystałeś z niego już dość długo. Byłeś w ogromnym niebezpieczeństwie — ciemna twarz Dinitaka była mocno zarumieniona. — Bez wahania zdjąłbym ci hełm, gdyby Dekkeret nie był w stanie. A gdyby próbował mnie powstrzymać, odepchnąłbym go.

— Dobrze powiedziane — powiedział Prestimion, wykonując delikatny gest aprobaty. — Podoba mi się, jak powiedziałeś, że „byś go odepchnął”. Nigdy nie przejmowałeś się dyplomacją i taktem, co, Dinitaku? Ale jesteś uczciwym człowiekiem.

— Od dziesięciu tysięcy lat jedynym w rodzinie — powiedział Dekkeret i roześmiał się. Dinitak po chwili także wybuchnął szczerą, serdeczną wesołością.

Tylko Prestimion był wciąż poważny. Dziwne napięcie, którym emanował tego popołudnia, zwiększyło się jeszcze z chwilą odejścia Abriganta. Teraz był wyraźnie drażliwy, jakby była w nim gotowa do wybuchu siła, powstrzymywana tylko największym wysiłkiem.

Kiedy jednak położył hełm na stole, głos miał spokojny.

— Niech Bogini broni mnie przed koniecznością założenia tego ponownie! Aż za dobrze pamiętam jego moc. Ktoś w moim wieku nie ma po co się do niego zbliżać. Kiedy znów będziemy go potrzebować, to ty, Dinitaku, się nim zajmiesz. Nie ja — spojrzał znowu na Koronala. — Ani nie ty, Dekkerecie!

— Wierz mi, nie przyszło mi to do głowy — odpowiedział Dekkeret. Bardzo chciał wrócić do tematu, który Prestimion tak zręcznie pominął. — Minutę temu powiedziałeś, że będziemy dużo podróżować. Gdzie się wybieramy?

— Zamierzam zrobić coś, co Pontifeksi robią raczej rzadko. Chciałbym podróżować po świecie bez określonego planu. W ten sposób ochronię moją rodzinę przed zakusami naszego drogiego Mandraliski.

Dekkeret skinął głową.

— To brzmi rozsądnie.

— Oczywiście najpierw udam się na Wyspę, prawdopodobnie północną trasą, przez Alaisor. Ponoć o tej porze roku wiatry będą nam sprzyjać. Po odwiedzinach u matki wrócę na kontynent, pewnie południową drogą, przez Stoien albo Treymone. Raczej Stoien, tak będzie najlepiej. Jeśli postanowię wrócić do Labiryntu, tak będzie najprościej. Ale to, gdzie udam się po powrocie na Alhanroel zależy od tego, co zrobią Mandralisca i jego pięciu panów, jak duże problemy postanowią sprawiać i w jakim niebezpieczeństwie się znajdę.

— Mam nadzieję, że w żadnym — powiedział z zapałem Dekkeret. Przypatrywał się Prestimionowi z uwagą. Pontifex wciąż wyglądał dziwnie. W Prestimionie coś tykało, tykało, tykało… — A mogę spytać, jaką podróż przewidziałeś dla mnie?

— Przed pogrzebem sam powiedziałeś, że chcesz udać się na Zimroel i zbadać tamtejszą sytuację — powiedział Prestimion. — Tylko czas pokaże, czy to potrzebny krok. Mam nadzieję, że nie, bo nowy Koronal ma dość pracy na Zamku, żeby włóczyć się po innych kontynentach. Jestem jednak pewien, że w obecnej sytuacji powinieneś znaleźć się w miejscu, z którego z łatwością się tam udasz, gdy zajdzie taka potrzeba.

— Masz na myśli zachodnie wybrzeże?

— Tak. Kiedy ja ruszę na Wyspę, ty powinieneś podążać za mną, zygzakiem przez zachodnie ziemie aż do Alaisor.

— Chcesz więc, bym jechał lądem?

— Tak. Lądem. Pokaż się ludziom. Widok Koronala zawsze budzi pozytywne uczucia. Podróżuj pod pretekstem odbywania pewnego rodzaju procesji, nie pełnej, z bankietami i całym tym cyrkiem, ale wstępnej, ot, szybka wizyta Koronala w ważnych miastach zachodniego Alhanroelu. Weź ze sobą Dinitaka. Potrzebujesz dokładnie monitorować wydarzenia na zachodnim kontynencie, a hełm ci na to pozwoli. Kiedy dotrzesz do Alaisor, rusz wzdłuż wybrzeża, do Stoien, i tam poczekaj, aż wrócę od matki. Kiedy skończę swoje sprawy na Wyspie spotkamy się w Stoien albo w okolicy i przedyskutujemy sytuację. Może będziesz musiał udać się na Zimroel i zaprowadzić tam porządek. Może nie. Jak to brzmi?

— Pozostaje w idealnej zgodzie z moimi pomysłami.

— Dobrze. Dobrze — Prestimion złapał Dekkereta ze rękę i ścisnął jego nadgarstek ze straszną siła.

Wtedy wreszcie pękła lodowa zasłona jego samokontroli. Odwrócił się prędko i zaczął chodzić po pokoju krótkimi, wściekłymi krokami, z zaciśniętymi pięściami i napiętymi ramionami. Dekkeret zrozumiał nagle aurę napięcia, która otaczała Prestimiona — Pontifex z największym trudem powstrzymywał wściekłość. Było to teraz widoczne jak na dłoni. Atakowano jego własną rodzinę… żonę, córkę i oczywiście Teotasa… Nie mógł tego znieść. Twarz miał szarą ze zmęczenia, ale oczy lśniły gniewem.

Wylał się z niego gorący strumień słów, które za długo usiłował zatrzymać.

— Na Boginię, Dekkerecie, czy możesz sobie wyobrazić coś bardziej nieznośnego! Kolejna rebelia! Czy to się nigdy nie skończy? Ale tym razem skończymy zarówno z rebelią, jak i z rebeliantami. Schwytamy tego Mandraliskę i zakończymy rzecz raz na zawsze, tak samo tych pięciu braci i wszystkich, którzy przysięgli im wierność.

Prestimion wciąż chodził nerwowo po pokoju, prawie nie patrząc na Dekkereta.

— Mówię ci, Dekkerecie, wyczerpały się resztki mojej cierpliwości. Dwadzieścia lat rządów, jako Koronal i jako Pontifex, upłynęło mi na walce z wrogami, z jakimi nie musiał radzić sobie żaden władca Majipooru od czasów Stiamota. Doprowadzają mojego brata do szaleństwa? Wchodzą w sny mojej córeczki? Nie. Nie! Mam tego dość, bardziej, niż dość. Zniszczymy ich. Wykarczujemy do ostatniego korzonka. Do ostatniego korzonka, Dekkerecie!

Dekkeret nigdy nie widział Prestimiona w takim stanie. Potem jednak Pontifex odzyskał trochę równowagi. Przestał chodzić w kółko jak furiat i stanął pośrodku pokoju, opuszczając luźno ramiona, oddychając powoli. Potem bezceremonialnie machnął na Dekkereta i Dinitaka.

— Idźcie już. Idźcie! Muszę pomówić z Varaile, powiedzieć jej, co nas czeka.

Dekkeret był szczęśliwy, że mógł się oddalić. To był nowy Prestimion, przerażający. Wiedział, że Prestimion zawsze był impulsywny i pełen pasji, że przebiegłość i uwaga wciąż walczyły w nim z temperamentem i niecierpliwością. Zawsze jednak miał poczucie humoru i dowcip, które pozwalały mu znajdować siły w najtrudniejszych sytuacjach.

Umiarkowanie w obliczu przeciwności losu było jedną z charakterystycznych cech Prestimiona podczas jego długich rządów. Dekkeret zauważył, że z upływem lat Pontifex stał się zrzędliwy i konserwatywny, jak to często się zdarzało, i stracił sporo ze swojej dawnej wytrwałości. Traktował sprawę Mandraliski jak osobisty afront, nie jak atak na świetność wspólnoty, którym faktycznie był.