Выбрать главу

Dopiero gdy spojrzał w jej oczy, zobaczył, gdzie nastąpiła zmiana.

W oczach. Nigdzie indziej, tylko w oczach. Kto inny, ktoś, kto nigdy w nie nie zaglądał, może w ogóle nie zauważyłby różnicy, ale dla Prestimiona przemiana matczynych oczu była tak zdumiewająco, tak porażająco ogromna, że ledwie był stanie w nią uwierzyć.

W jej pięknej twarzy płonęły intensywną, przerażającą dziwnością oczy, które przeczyły otaczającemu je pięknu. To były oczy kobiety, która przeżyła sto lat. Tysiąc. Były teraz zapadnięte głęboko, otaczała je skomplikowana siateczka drobnych linii, wpatrywały się w niego zimno, sztywno, bez mrugania; były zbyt jasne, dziwnie intensywne. To były oczy kogoś, przed kim na chwilę rozstąpiły się ściany świata, pozwalając mu dojrzeć leżącą za nimi niewyobrażalnie straszliwą krainę.

Gdzieś zniknął ten cudowny spokój, blask, który był zewnętrznym wyrazem wewnętrznej doskonałości — w jego oczach jej najważniejsze cechy. Prestimion widział teraz w oczach matki głębokie udręczenie. Widział w nich wielki ból, ból nieznośny, ale wciąż znoszony. Musiał się z całych sił powstrzymywać przed odwróceniem wzroku od tych straszliwych oczu.

Wziął ją za rękę. Poczuł drżenie, którego wcześniej nie było. Jej dłonie były zimne. Zrozumiał w pełni, jak stara była, jak zmęczona.

Jej słabość go zdumiała. Zawsze widział w niej niewyczerpane źródło siły. Tak było w czasie wojny z Korsibarem, tak było, kiedy stłumili powstanie Dantiryi Sambaila. Teraz widział, że to źródło wyschło.

Zemszczę się za to, pomyślał.

— Matko… — jego głos był chrapliwy, stłumiony, niewyraźny.

— Boisz się mnie, Prestimionie?

Postanowił nie okazać konsternacji, zmusił się więc do nienaturalnie pogodnego tonu i parodii uśmiechu.

— Oczywiście, że nie, matko — pochylił się i lekko ją pocałował. — Jak mógłbym się ciebie bać?

Nie dała się oszukać.

— Widziałam to w twojej twarzy, kiedy tylko podszedłeś dość blisko, by dobrze mi się przyjrzeć. Drgnął ci kącik ust. To wystarczyło, żebym wszystko wiedziała.

— Jestem może nieco zaskoczony — przyznał. — Ale wystraszony? Nie. Nie. Wyglądasz troszkę starzej. Cóż, ja też. I wszyscy inni. To normalne. To nic ważnego.

Uśmiechnęła się, a jej lodowato ostre spojrzenie na moment złagodniało.

— Och, Prestimionie, Prestimionie, Prestimionie, czy to naprawdę właściwy moment na okłamywanie matki? Myślisz, że nie mam tu luster? Czasem, kiedy w nie spojrzę, boję się samej siebie.

— Matko… och, matko… — przestał udawać, przytulił ją, objął, trzymał w delikatnym uścisku, próbując ją pocieszyć.

Zauważył, że bardzo schudła. Była niemal krucha, jakby zostały z niej same kości. Bał się, że jeśli przytuli ją za mocno, zrobi jej krzywdę. Jednak ona z radością przyjęła jego uścisk. Usłyszał coś, co brzmiało prawie jak płacz, coś, czego nigdy wcześniej od niej nie słyszał, ale może tylko brała głębszy wdech.

Kiedy ją puścił i zrobił krok w tył, z radością zauważył, że jej spojrzenie jeszcze trochę złagodniało i powróciła odrobina dawnego, ciepłego blasku.

Ruchem głowy nakazała, by za nią szedł i poprowadziła go do prostego pokoiku, gdzie na małym, kamiennym stoliku, inkrustowanym przy brzegach masą perłową, stała butelka wina i dwa kielichy. Prestimion zauważył, że kiedy je napełniała, ręka drżała jej tylko odrobinę.

Z początku pili w milczeniu. Patrzył na nią i nie próbował już odwracać wzroku, choć wiele go to kosztowało.

— Czy to strata Teotasa tak na ciebie wpłynęła, matko?

Odpowiedziała równym, statecznym tonem.

— Już wcześniej straciłam syna, Prestimionie. Dla matki nie ma rzeczy straszniejszej, niż przeżyć swoje dziecko, ale wiem, jak radzić sobie z żalem — potrząsnęła głową. — Nie, Prestimionie. Nie tylko z powodu Teotasa tak się postarzałam.

— Wiem coś o twoich snach. Taliesme mi powiedziała.

— Nic o nich nie wiesz, Prestimionie. Nic — twarz jej pociemniała, głos zniżył się o oktawę. — Póki sam ich nie doświadczysz, nie będziesz miał o nich pojęcia. A modlę się, żeby Bogini ci ich oszczędziła. Nie masz takich snów, prawda?

— Nie sądzę. Czasem śnię o Thismet. Albo że chodzę sam po nieznanych częściach Zamku. Parę nocy temu śniłem, że podróżowałem małym lataczem na Trzeci Próg, wciąż w górę i w górę, ale nie mogłem się tu dostać. Ale wszyscy miewają takie sny, matko. Zwyczajne, irytujące sny, których wolałoby się nie mieć, ale o których zapomina się w pięć minut po przebudzeniu.

— Moje sny są inne. Ranią głęboko i pozostają w głowie. Pozwól, że ci o nich opowiem, Prestimionie. Może zrozumiesz.

Łyknęła wina i patrzyła w kielich, delikatnie nim obracając. Prestimion czekał w milczeniu. Miał mgliste pojęcie o tym, jak wyglądały zabójcze sny Teotasa, wiedział coś o snach Varaile i, do pewnego stopnia, o Tuanelys. Wolał jednak, zanim coś o nich powie, usłyszeć, co jego matka mówi o swoich.

Milczała długo. Potem znowu na niego spojrzała. W jej oczach znów był ten zimny, ostry, straszny błysk, który zobaczył, gdy pierwszy raz w nie zajrzał. Gdyby nie znał sytuacji, mógłby pomyśleć, że to oczy wariatki.

— Prestimionie, to wygląda tak. Kładę się, zamykam oczy, zasypiam tak, jak robiłam to już przez wiele lat — mówiła cicho, spokojnie, bezosobowo, jakby opowiadał historię, bajkę o kimś, kto żył pięćset lat temu. — I wtedy — to dzieje się raz na tydzień, czasem dwa razy, czasem trzy — wkrótce po tym, jak przyjdzie sen, czuję dziwne ciepło za czołem, ciepło, które rośnie, rośnie i rośnie, aż czuję się tak, jakby mózg mi płonął. Głowa mi pulsuje, tu, tu… — dotknęła skroni. — Mam też uczucie jakby jasny, gorący promień przecinał moje czoło i wchodził głębiej. Aż do mojej duszy, Prestimionie.

— Och… to straszne, matko…

— Na razie usłyszałeś łatwiejszą część. Po gorącu i bólu przychodzi sam sen. Jestem w sądzie. Sądzi mnie rozwrzeszczany tłum. Oskarża mnie o najohydniejszą zdradę zaufania, najpodlejsze kłamstwa, o zdradę tych, którym miałam służyć. Usuwają mnie ze stanowiska Pani Wyspy, ponieważ zaniedbałam moje obowiązki.

Przerwała, dolała sobie wina, piła je niespiesznie. Wysiłek związany z opowiadaniem tej historii wyraźnie ją wyczerpywał.

Prestimion był już właściwie pewien, że dotknęły ją przesłania Mandraliski. Jakaś jego część nie chciała w to wierzyć, chciał mieć nadzieję, że praegustatorowi nie udało się nawiązać kontaktu z umysłem jego matki.

Odezwał się, łapiąc się resztek nadziei.

— Wybacz mi, matko, ale nie widzę wielkiej różnicy między tym snem a tymi, w których ścigam Thismet korytarzem pełnych zatrzaskujących się drzwi. Nasze umysły tworzą niedorzeczności, którymi nas męczą. Kiedy jednak budzę się ze snu o Thismet, wiem, że ona umarła już dawno i sen znika jak złuda, którą był. Kiedy ty budzisz się ze swojego snu o sądzie wiesz, że nigdy…

— Nie — ta pojedyncza sylaba ucięła jego słowa jak nożem. — Zgadzam się, twój sen jest tylko wspomnieniem gruzów przeszłości, niczym śmieci niesione przypływem. Budzisz się i znika, jego pozostałości męczą cię tylko przez chwilę. Mój jest czymś innym, Prestimionie. Niesie z sobą siłę rzeczywistości. Budzę się przekonana o swojej winie i wstydzie, przekonana całkowicie i niezachwianie. To uczucie pozostaje. Przenika mnie jak trucizna węża. Leżę w łóżku, zlana potem, drżąca, bo wiem, że zawiodłam mieszkańców Majipooru, że jako Pani Wyspy nie przyniosłam nic dobrego, a jedynie zaszkodziłam milionom ludzi.