Выбрать главу

— Jesteś o tym przekonana?

— Bezdyskusyjnie. To coś więcej niż sen. To staje się częścią mojego życia, równie prawdziwą, jak imię i twarz twojego ojca. Częścią mnie, której nie mogę wyplenić.

Ostatnie wątpliwości Prestimiona co do natury i źródła tych snów już go opuściły. Jak mógłby dalej opierać się prawdzie? Słyszał to już wcześniej, od Dekkereta opowiadającego o snach Teotasa. Wina… Wstyd… Głębokie poczucie bycia niegodnym, poniesienia porażki, zdrady tych, którym przysięgło się służyć…

Patrzyła na niego. Te oczy… te oczy!

— Milczysz, Prestimionie. Czy rozumiesz choć trochę, co ci opowiadam?

Ze zmęczeniem pokiwał głową.

— Tak. Tak, rozumiem. Rozumiem aż za dobrze. Matko, odbierasz przesłania. Złowroga siła sięga z zewnątrz do twojego umysłu i umieszcza w nim myśli, podobnie jak Pani Wyspy umieszcza sny w głowach tych, którym służy. Ale Pani zsyła dobre sny, które mają tylko moc sugestii. Twoje sny mają o wiele większą moc. Mają moc rzeczywistości. Nie masz wyboru, musisz wierzyć w ich prawdziwość.

Lady Therissa była lekko zaskoczona.

— Już to wszystko wiesz!

Znów skinął głową.

— Wiem też, kto je zsyła.

— Ja też — powiedziała, dotykając czoła. — Wciąż mam diadem, który nosiłam, gdy byłam Panią Wyspy. Użyłam go, by sięgnąć do źródła moich snów i je zidentyfikować. To Mandralisca. Znów zajmuje się swoimi niecnymi sprawkami.

— Wiem.

— Sądzę, że zabił Teotasa, zsyłając mu sny, których nie mógł znieść.

— To też wiem — powiedział Prestimion. — Dekkeret rozgryzł to po kawałku z pomocą swojego przyjaciela, Dinitaka Barjazida. Jest inny Barjazid, brat tego, którego zabiłem w Stoienzar. Sprzymierzył się z praegustatorem, ten zaś z krewniakami Dantiryi Sambaila i znowu produkują te diabelskie hełmy kontrolujące umysły. Użyli ich przeciwko Teotasowi, przeciwko tobie, zdaje się, że Varaile także, a możliwe, że i przeciwko mojej małej córeczce, Tuanelys.

— Ale póki co nie przeciwko tobie.

— Nie. I nie spodziewam się, że to zrobią. Możliwe, że boją się rzucić mi bezpośrednie wyzwanie. Atak na Pontifexa jest atakiem na sam Majipoor, ludzie tego nie poprą. Nie, matko, sądzę, że chce mnie zastraszyć, atakując moich najbliższych. Ma nadzieję, że zmusi mnie do jakiejś ugody z tymi, którym służy. Może do przyznania im władzy. Do przywrócenia tego, co odebrałem Dantiryi Sambailowi.

— Jeśli będzie mógł, zabije cię — powiedziała lady Therissa.

Prestimion odrzucił ten pomysł szerokim ruchem ręki.

— To coś, czego w ogóle się nie boję. Wątpię, czy tego spróbuje, a jeśli tak, nie uda mu się — wstał i kucnął przy niej, położył rękę na jej ramieniu i spojrzał w jej umęczone oczy. Przemówił pewnie. — Matko, tym, który umrze, będzie Mandralisca. Możesz być tego pewna. Zabiłbym go tylko za to, co zrobił Teotasowi. A teraz, kiedy wiem, co zrobił tobie…

— Zamierzasz więc wypowiedzieć mu wojnę — to było stwierdzenie, nie pytanie.

— Tak.

— Zebrać armię, najechać Zimroel i własnoręcznie zniszczyć tego człowieka? Słyszę to w twoim głosie. Czy to właśnie zamierzasz zrobić?

— Nie osobiście — powiedział szybko, pojmując, do czego zmierzała. Na jej twarzy wyraźnie widać było sprzeczne uczucia, nienawiść do Mandraliski i wszystkiego, czym był oraz strach o życie pierworodnego syna. — Bardzo wiele bym dał, by móc być tym, który odbierze mu życie. W tej kwestii ci nie skłamię. Ale obawiam się, że moje dni na polach bitew już dawno się skończyły i teraz, matko, Dekkeret jest moim mieczem.

6

To był szesnasty dzień podróży Dekkereta przez szeroką równinę centralnego Alhanroelu do Alaisor, wielkiego miasta na północno-zachodnim wybrzeżu. Przybył właśnie do miasta Shabikant nad rzeką Haggito, która właściwie była błotnistym, płynącym na południe strumieniem, jedną z odnóg Iyann. Dekkeret wiedział o Shabikant tylko tyle, że rosły tu sławne Drzewa Słońca i Księżyca.

— Skoro mamy taką szansę, powinniśmy je obejrzeć — powiedział do Fulkari. — Być może nigdy tu nie wrócimy.

Tak, jak zasugerował Prestimion, Koronal i jego świta podróżowali do Alaisor drogą lądową. Dużo szybciej byłoby ruszyć łodzią, spłynąć Uivendak i jej dopływami do szybkiej rzeki Iyann, a ona zaniosłaby ich do brzegów Morza Wewnętrznego. Nie mieli powodów do pośpiechu, gdyż przed powrotem na kontynent Prestimion odbywał długą podróż na Wyspę i obaj zgodzili się, że lepiej będzie, jeśli nowy Koronal pokaże się oficjalnie w kilku większych miastach po drodze na zachód, niż gdyby miał przemknąć obok nich rzeczną łodzią i tylko pomachać i uśmiechnąć się do stojących na brzegu milionów ludzi.

Dlatego wybrał trasę prowadzącą Wielką Zachodnią Drogą przez ponure miasto handlowe, Sisivondal, leżące pośród zakurzonych równin Camaganda. Była to wyjątkowo brzydka podróż, ale oszczędziła im trudnej przeprawy przez góry Trikkala. Z Sisivondal ruszyli przez ogromną, zakrzywioną połać Majipooru, przez miasta Skeil, Kessilroge, Gannamunda i Hunzimar na trawiaste równiny Doliny Gloyn, gdzie na miedzianych sawannach porośniętych trawą gatta spokojnie pasły się olbrzymie stada przedziwnych zwierząt. Gloyn znajdowała się w połowie drogi pomiędzy Górą Zamkową a Alaisor. Stamtąd udali się w kierunku północno-zachodnim. Zatrzymywali się tu i tam, by zaszczycić jakiegoś prowincjonalnego diuka albo burmistrza obecnością nowego Koronala. Oczywiście po drodze nie wspominali nikomu o kłopotach w Zimroelu. Na razie nie była to niczyja rzecz, poza samym Koronalem. Dobrzy ludzie z zachodniego Alhanroelu nie mieli potrzeby wiedzieć o drobnych niepokojach na drugim kontynencie.

Dinitak codziennie korzystał ze swojego hełmu i informował Dekkereta o rozwoju wydarzeń. Pięciu bratanków Dantiryi Sambaila wróciło z pustyni i urządzili swoją kwaterę główną w Ni-moya. Teoretycznie wolno im było tak postąpić, ale było to prowokacyjne zachowanie. Zdawało się, że przejęli kontrolę nad Ni-moya i otaczającymi je ziemiami. Jeśli ta część dinitakowych raportów była prawdą, to było to jawne pogwałcenie liczącego dobre już dwadzieścia lat dekretu Prestimiona, na mocy którego Dantirya Sambail i wszyscy jego spadkobiercy po wsze czasy mieli być pozbawieni władzy na Zimroelu.

Dekkeret nie uważał, by te wydarzenia wymagały natychmiastowej reakcji ze strony rządu. Spodziewał się wkrótce otrzymać potwierdzenie raportów Dinitaka bardziej konwencjonalnymi kanałami, a także odkrycia szczegółów tego, co właściwie działo się na Zimroelu i postanowił na nie czekać. Kiedy zgodnie z ustaleniami spotka się z Prestimionem za miesiąc czy dwa w nadmorskim mieście Stoien, wspólnie ustalą właściwą strategię rozprawienia się z kłopotliwymi mieszkańcami Ni-moya.

Królewski orszak przybył do Shabikant chwilę po południu, kiedy miasto, rozpostarte przed nimi na wiele mil na północ i południe na szerokiej, piaszczystej równinie, położonej na wschodnim brzegu Haggito, pławiło się w cieple jasnego słońca.

Shabikant miało cztery, może pięć milionów mieszkańców, więc jak na standardy tutejszych miast było wręcz metropolią. Było ładne, pełne zgrabnych budynków tynkowanych na różowo i niebiesko i krytych ozdobną, zieloną dachówką. Burmistrz i miejscowi oficjele wyjechali na powitanie Dekkereta i jego towarzyszy i zanim zaprowadzili ich do miasta nie obyło się bez mnóstwa ukłonów i przemówień.