– Pokaż – rozkazał książę Lechaille'owi. Służący dotknął ściany i natychmiast otworzyły się w nich małe drzwi.
Gondi zdziwił się niepomiernie.
– Ależ on mógł przez cały czas podsłuchiwać naszą rozmowę!
– Podsłuchiwałeś, Lechaille? – zapytał książę.
– Nie, Wasza Wysokość. Układałem stroje Waszej Wysokości i przygotowywałem wodę do mycia – odparł spokojnie służący.
– Widzisz, Gondi, mówiłem ci już, że za bardzo się martwisz. – Wstał z krzesła. – Życzę dobrej nocy. Muszę przygotować się do kolacji ze szwagierką. – Lechaille, odprowadź pana, a potem wróć i pomóż mi się ubrać.
– Od jak dawna jesteś w służbie u księcia? – zapytał Gondi, gdy Lechaille odprowadzał go do drzwi komnaty w królewskim pałacu.
– Od dwóch lat służę Jego Książęcej Mości. Przede mną mój wuj, Pierre Lechaille służył mu prawie czterdzieści lat. Mój dziadek był służącym ojca księcia, króla Henryka IV.
– Kim był twój ojciec? – zapytał z ciekawością Gondi.
– Zmarł przed moimi narodzinami – padła szybka odpowiedź. – To drzwi na podwórze, monseigneur. Będzie tam czekał na pana pański powóz – dodał. Skłonił się i oddalił pospiesznie.
Gondi wzruszył ramionami i wyszedł z budynku. Książę miał rację, węszył podstęp tam, gdzie go nie było. Duchowny wsiadł do powozu i szybko odjechał.
Lechaille szedł w stronę komnaty swego pana. Wszedł i dostrzegłszy swego syna, który był jego pomocnikiem, odezwał się do niego:
– Renę, jak najszybciej znajdź d'Alberta. – Wszedł do garderoby księcia i rzekł: – Wasza Wysokość, odprowadziłem pańskiego gościa.
Młody człowiek narzucił pelerynę i szybko wyszedł z komnaty, po czym oddalił się z pałacu. Szedł ulicami miasta w stronę zajazdu, w którym często zatrzymywał się d'Albert, kiedy przebywał w Paryżu.
Gdy wszedł do “Le Coq d'Or", z ulgą stwierdził, że człowiek kardynała je właśnie kolację.
– Wina! – krzyknął René rzucił monetę na stół. Wziął cynowy kielich i stanął przy wielkim palenisku, tyłem do stołu, przy którym siedział d'Albert. – Mój ojciec musi się z panem zobaczyć – mruknął cicho.
– Dziś wieczorem – usłyszał odpowiedź.
– Późnym wieczorem – dodał René.
– Będę na pewno.
Młodszy mężczyzna dopił wino i pośpiesznie opuścił gospodę, by znaleźć się w pałacu, nim ktokolwiek zauważy jego nieobecność.
Po północy Robert Lechaille wszedł do “Le Coq d'Or". Natychmiast zauważył d'Alberta, który dyskretnie wskazał mu schody na tyłach gospody. Tam, z dala od zgiełku typowego dla jadalni w gospodzie, służący księcia opowiedział mu o podsłuchanej rozmowie swego pana z Gondim.
– Jak najszybciej trzeba przekazać mu tę wiadomość – stwierdził Lechaille. – Oni planują zdradę, niezależnie od pięknych słów, w jakie ubrali swoje prawdziwe zamiary!
– Mówili, kiedy chcą to zrobić? – zapytał d'Albert. Służący potrząsnął przecząco głową.
– Nie wiem, co mógłbym zrobić, prócz ostrzeżenia królowej – powiedział d'Albert. – Wydaje mi się jednak, że nie odważą się jej skrzywdzić. Mamy swoich ludzi niedaleko Chenonceaux i będziemy wiedzieli przynajmniej, że nasza pani jest bezpieczna. Poza tym, będziemy ją mogli w każdej chwili z łatwością uratować.
– Mogę ją ostrzec! – zaofiarował się Lechaille.
– Jeśli to uczynisz, nie będziemy już mieli z ciebie pożytku, Robercie. Narazisz życie swoje i swojego syna. Potrzebujemy cię tam, gdzie jesteś. To wszystko nie skończy się, dopóki król będzie w stanie wezwać naszego pana znów do siebie i pozbyć się tych krętaczy. To wszystko wymaga czasu. Obiecaj mi teraz, że nie uczynisz nic niemądrego. Ufasz mi, Robercie?
Służący potaknął.
– Ufam, choć nawet nie wiem, jak masz właściwie na imię – rzekł z uśmiechem.
– Francoise – odparł rozbawiony d'Albert. – Zaraz wyślę kogoś z Paryża z wiadomością. Wracaj teraz do pałacu i miej dalej baczenie na wszystko.
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie, a Lechaille powiedział:
– Z Bogiem, Francoise. – Zszedł po schodach i zniknął.
D'Albert westchnął w samotności. Nienawidził jeździć po nocy, ale nie mógł nic na to poradzić. Czekała go długa podróż do księstwa Cologne, ale chciał udać się tam osobiście i trzeba się było śpieszyć. Dopiero pod koniec sierpnia d'Albert w końcu dotarł do rezydencji kardynała w Cologne.
– Nie ma rady, muszę wracać do Francji – rzekł do swego sługi Jules Mazarin, kiedy usłyszał wieści.
– Panie mój, błagam cię, nie czyń tego – zaklinał d'Albert. – Zabiją cię. Gondi jest najbardziej bezwzględnym z ludzi.
– Kogo zaufanego mamy w pobliżu Chenonceaux? Czy w ogóle tam kogoś mamy? – zapytał kardynał ignorując prośbę sługi.
D'Albert zastanowił się chwilę.
– Jest markiz d'Auriville, ale niedługo ma się żenić i powiedział mi, że nie będzie już więcej ci służył. Jego zamek, Chermont leży kilka mil w górę rzeki od Chenonceaux. To dobry człowiek, monseigneur, wierny królowi, ale zakochał się i obawia się o bezpieczeństwo swojej przyszłej żony.
– Jeśli to dobry człowiek, d'Albercie, to będzie nam służył póty, póki będzie potrzebny – odparł spokojnie kardynał. – Zorganizujesz wszystko. Wrócisz do Francji przede mną i ustalisz z nim, że zatrzymam się w Chermont. Będę podróżował incognito. – Sięgnął po dzwonek i wezwał służącego, który zjawił się natychmiast. – Poproś mego kuzyna, seigneur Carlo, żeby do nas dołączył.
Kardynał wstał i podszedł do skrzyni z mapami. Wyjął jedną i rozłożył na stole.
– Kiedy przyjeżdżałem do Cologne, jechałem przez Francję do księstwa Luksemburg. To była najprostsza droga i najszybsza. Nikt nie spodziewa się, ze wrócę, ale na wypadek gdyby na granicy ktoś na mnie czekał, pojadę zupełnie inną drogą. – Przyłożył palec do mapy i prześledził planowaną trasę. – Do Colmat, Vesoul, Dijon i Nevers, stamtąd do Bourges i wiejskimi drogami do Chermont. – Spojrzał na d'Alberta. – Co ty o tym sądzisz, stary przyjacielu?
– Rozpoznają cię, panie.
– Nie. Będę podróżował jak zwykły dżentelmen z kilkoma ludźmi ze straży przybocznej.
– Twoja nieobecność w Cologne zostanie zauważona, panie. Ta rezydencja nie jest zamknięta dla ludzi z zewnątrz. Szpiedzy d'Orleansa będą się prześcigali, żeby jak najszybciej go powiadomić, że wyjechałeś z Cologne. Monseigneur, cała Francja zostanie z tego powodu postawiona na nogi – martwił się d'Albert.
Drzwi do biblioteki otworzyły się i weszła postać w masce. Przybyły skłonił się i odezwał:
– Posłałeś po mnie kuzynie? Czym mogę ci służyć?
– Zdejmij maskę, Carlo – rozkazał kardynał, a mężczyzna natychmiast wykonał polecenie.
D'Albert westchnął i z otwartymi ze zdziwienia ustami wpatrywał się w mężczyznę. Potem spojrzał na kardynała i znów na jego kuzyna. W końcu potrząsając głową, wykrzyknął:
– Mon Dieu! Mon Dieu! Mógłby być twoim bliźniakiem, monseigneur. Gdyby was tak samo odziać, nawet ja, który służę panu już od tak dawna, nie potrafiłbym was odróżnić. Kto jeszcze wie o obecności tego pana tutaj? Kto wie o jego istnieniu?
– Tylko mój sługa, Luigi. Zna mnie od dziecka – odparł kardynał. – Mój kuzyn nie wychodzi ze swojej komnaty. Luigi przynosi mu posiłki. Kiedy wychodzi do ogrodu, ja się chowam, żeby nikt nie wiedział, że mam tak podobnego krewnego. – Kardynał uśmiechnął się, rozbawiony zaskoczeniem d'Alberta. – Carlo uczył się w seminarium, choć nigdy nie przyjął święceń. Mogę go tu zostawić i będzie wyglądało na to, że wciąż przebywam w Cologne. Luigi zostanie z Carlem, żeby mu pomóc utrzymać iluzję. Dlatego właśnie mogę ruszyć do Francji, żeby przygotować powrót na stanowisko i obronić królową przed ludźmi, którzy chcą ją skrzywdzić. To dobry plan.