Выбрать главу

– Nie mogę za tobą nadążyć. – Servaz usłyszał głos Francisa, nie umiał jednak dokładnie określić kierunku, z którego dochodził. – Czy próbowałem sugerować, że to Hirtmann jest winny czy Hugo? Twoja…

teoria jest jakaś niejasna.

– Elvis cię szantażował, prawda?

– Prawda.

Znowu wyczuł drobny ruch za plecami.

– Zapłaciłem mu. I zostawił mnie w spokoju.

– Naprawdę chcesz, żebym to kupił?

– Ale tak było.

– Elvis to nie jest typ gościa, który się pozbywa dojnej krowy.

– Chyba że któregoś dnia znajdzie w klatce swojego ulubionego psa z podciętym gardłem i karteczkę: „Następnym razem twoja kolej”.

– Ty to zrobiłeś?

– A czy ja coś takiego powiedziałem? Są ludzie, którzy mają prawdziwy talent do tych rzeczy, choć ceny mają nieco… wygórowane. Ale to nie ja ich zatrudniłem. Zrobiła to inna ofiara. Wiesz tak samo dobrze jak ja, że w Marsac mieszka pełno ważnych ludzi. I bogatych. Po tym zdarzeniu Elvis zakończył działalność szantażysty. Psiakrew, Martin.

Policja! Co za bagno! A miałeś taki talent…

Servaz zobaczył, że w werniksie obrazu znowu pojawiło się odbicie Francisa. Mężczyzna zrobił krok w jego kierunku i zatrzymał się. W żyłach policjanta buzowała adrenalina – mieszanka paniki i podniecenia. Miał

wrażenie, że serce wyskoczy mu z piersi.

– Pamiętasz tamto opowiadanie? Pierwsze, które dałeś mi do przeczytania. Miało tytuł „Jajo”. To było… To było coś… naprawdę wspaniałego. – W głosie Francisa usłyszał autentyczne drżenie. – Klejnot.

Na tych stronach było wszystko… W s z y s t k o. Czułość, delikatność, drapieżność, impertynencja, witalność, styl, przesada, intelekt, emocje, powaga i lekkość. Można by pomyśleć, że to tekst napisany przez autora, który osiągnął szczyt artystycznego rozwoju, a ty miałeś dopiero dwadzieścia lat! Zostawiłem sobie te kartki. Ale nigdy nie miałem odwagi, żeby przeczytać je po raz drugi. Ryczałem, kiedy to czytałem, Martin.

Przysięgam ci: chlipałem w łóżku, trzymałem twoje kartki, trzęsła mi się ręka, a ja wyłem z zazdrości, przeklinałem Boga, bo wybrał ciebie, naiwne-go i sentymentalnego dupka. Rozumiesz, trochę jak w tych gadkach o Mozarcie i Salierim. Ty z tym swoim wyrazem grzecznego roztargnienia na twarzy, miałeś wszystko: miałeś talent i miałeś Marianne. Bóg to straszna świnia, kiedy już zaczyna działać, nie sądzisz? Wie, gdzie nacisnąć, żeby zabolało. No więc tak, postanowiłem odebrać ci Marianne, bo wiedziałem, że nigdy nie będę miał twojego pieprzonego talentu. A wiedziałem, jak się do tego zabrać. To było łatwe. Zrobiłeś wszystko, żeby ktoś ci ją odebrał.

Servaz miał wrażenie, że pokój wiruje wokół niego, że jakaś ogromna pięść ściska jego klatkę piersiową gotową w każdej chwili eksplodować. Za wszelką cenę musi zachować kontrolę, to nie jest właściwy moment, by ulegać emocjom. Francis tylko na to czeka.

– Martin, Martin… – odezwał się Van Acker za jego plecami.

Na dźwięk słodkiego, smutnego i ostatecznego tonu jego głosu Servaza przebiegł dreszcz.

W jego kieszeni zabrzęczał telefon. Nie teraz! Odbicie stojącego za nim mężczyzny znowu się poruszyło. Komórka wibrowała natarczywie.

Sięgnął do kieszeni i wyjął telefon, kątem oka wciąż obserwując odbicie w werniksie.

– Servaz!

– Co się dzieje? – zapytał zaniepokojony Vincent, który wyczuł

napięcie w jego głosie.

– Nic. Słucham cię.

– Mamy wynik porównania grafologicznego.

– I…?

– Jeśli to Van Acker zrobił notatki na marginesie wypracowania Margot, to pismo w tamtym zeszycie nie jest jego.

Margot i Elias, zaparkowawszy na poboczu, obserwowali wąską drogę, w którą skręcili Sarah, David i Virginie. Odchodziła po drugiej stronie głównej szosy i natychmiast wspinała się pod górę. Stała przy niej tablica: ZAPORA NÉOUVIELLE, 7 KM. Przez otwarte okno Margot słyszała szum rzeki, która płynęła tuż obok, poniżej drogi.

– Co robimy? – zapytała.

– Czekamy.

– Jak długo? Spojrzał na zegarek.

– Pięć minut.

– Ta droga jest ślepa?

– Nie. Prowadzi do innej doliny przez przełęcz, która leży na wysokości tysiąca ośmiuset metrów. A wcześniej przejeżdża przez zaporę Néouvielle i biegnie wzdłuż jeziora o tej samej nazwie.

– Możemy ich zgubić.

– Istnieje pewne ryzyko.

– Myślałeś, że to ja.

Francis wypowiedział to zdanie bez emocji. Servaz popatrywał na butelkę w jego ręku. Złotawy napój. Whisky. Piękna szklana karafka.

Ciężka… Czyżby zamierzał jej użyć? W drugiej ręce Van Acker trzymał

szklankę. Napełnił ją do połowy. Jego dłoń zadrżała. Następnie wzrok mężczyzny spoczął na Servazie. Pełen bólu i pogardy.

– Idź stąd.

Servaz się nie ruszył.

– Mówię ci, spieprzaj. Wynoś się! Dlaczego ja właściwie jestem zaskoczony? W końcu jesteś tylko gliną.

Tak jest, pomyślał Servaz. Tak jest, jestem gliną. Ciężkim krokiem ruszył w stronę drzwi. Kładąc dłoń na klamce, obejrzał się. Van Acker na niego nie patrzył. Pił swoją whisky, wpatrując się w jakiś punkt na ścianie, który widział tylko on. Wyglądał na bezgranicznie samotnego.

38

JEZIORO

W lustrze wody odbijały się chmury, zachodzące słońce i postrzępione górskie grzbiety. Margot miała wrażenie, jakby słyszała dźwięki: karillonu, niskiego dzwonu, tłuczonego szkła, podczas gdy chodziło tylko o grę światła. Fale jeziora lizały strome brzegi w wieczornej poświacie.

Elias zgasił silnik i wysiedli.

Margot poczuła nagle, jak jej środek ciężkości opada na wysokość kolan i zawrót głowy odbiera jej siły: zauważyła, że drugi brzeg drogi stromo opada w dół. Znajdowali się na krawędzi.

– To się nazywa zapora łukowa – wyjaśnił Elias, nie zauważywszy jej słabości. – Ta jest największa w Pirenejach. Ma sto dziesięć metrów wysokości, a zalew obok ciebie sześćdziesiąt siedem milionów metrów sześciennych.

Zapalił papierosa. Margot unikała spoglądania w przepastną pustkę za plecami Eliasa, starając się skoncentrować na jeziorze. Z tej strony do jego powierzchni było mniej niż cztery metry.

– Ciśnienie jest ogromne – powiedział Elias, podążając wzrokiem za jej spojrzeniem. – Jest przenoszone do brzegów przez zjawisko rozprowadzania naprężeń, rozumiesz, tak jak działają łuki przyporowe w katedrach.

Droga – zdaniem Margot stanowczo zbyt wąska – biegła łukowatą krawędzią zapory, po czym łączyła się z drugim brzegiem. W powietrzu słychać było pomruki burzy, ale ciągle nie padało. Powierzchnię jeziora jeżył jednak lekki wiatr, wprawiając w drżenie igły rosnących wszędzie dookoła sosen. W miejscach, gdzie nie było drzew, rozciągały się płaskie, trawiaste połacie, poprzecinane strumykami i usiane kupkami kamieni.

Wyżej widać było strome górskie zbocza.

– Patrz tam.

Podał jej lornetkę. Powiodła wzrokiem wzdłuż drogi, która wznosiła się i biegła dookoła jeziora dziesięć metrów nad brzegiem. Na parkingu, mniej więcej w połowie długości zbiornika, stało kilka samochodów, wśród nich nawet jeden minivan. Margot rozpoznała forda fiestę.