Aby powstrzymać falę występku, władze miasta wpadły na światłą myśl, która streszczała mechanizm zaprzeczenia, jaki wykazywały w podejściu do przestępczości: powołały do istnienia Biuro Ładu Publicznego, Dlaczego nie stworzyć biura wolności seksualnej do walki z falą gwałtów, skoro już przy tym jesteśmy? Albo biura zdrowego życia do walki z handlem narkotykami? Biuro miało zostać otwarte całkiem niedaleko, na placu, gdzie policja i celnicy dokonywali regularnych nalotów, których jedynym skutkiem było rozpędzenie dealerów i handlarzy papierosami z przemytu na kilka godzin. Po pewnym czasie wracali wszyscy na ten sam plac, jak mrówki na chwilę przepędzone tupnięciem.
Prawo natury, pomyślał Servaz, wstając. Przetrwanie najsilniejszego.
Adaptacja. Darwinizm społeczny. Ruszył korytarzem. Gdy znalazł się w łazience, podszedł do rzędu umywalek. W lustrze zobaczył bezmiar mozołu i zmęczenia: cienie pod oczami, zaczerwienione powieki. Wyglądał
jak trup. Spryskał twarz zimną wodą. Po tamtym e-mailu bardzo mało spał, a od kofeiny, która krążyła w jego żyłach, było mu niedobrze. Na zewnątrz przestało padać. W słońcu, które wpadało przez okienka nad pisuarami, tańczył kurz, przegrzane powietrze czuć było środkiem czyszczącym; Servaz zastanawiał się, czy firma sprzątająca pracuje tu także w niedziele. Duża przestrzeń za jego plecami sprawiała, że czuł się nieswojo. Lęk był tuż-tuż; policjant rozpoznał na karku jego elektryzujące muśnięcie.
Kiedy wrócił do sali, zauważył, że Vincent i Samira otworzyli już swoje laptopy. Dziewczyna miała jeszcze na szyi słuchawki i Servaz pomyślał przelotnie, w jakim wieku Samira zacznie mieć problemy ze słuchem. Dostrzegł, że nawet Pujol zaopatrzył się w smartfona i westchnął, wyciągając na stół swój notatnik i dobrze naostrzony ołówek.
Pujol jako czterdziestodziewięciolatek był weteranem grupy. Glina starej szkoły, twardziel, zwolennik metod siłowych. Silny, potężny facet, z gęstą czupryną siwiejących włosów, którą czochrał, kiedy się zastanawiał, co zdaniem Servaza niezbyt często mu się zdarzało. Ze względu na posiadane doświadczenie przydawał się w grupie, choć niektóre aspekty jego osobowości nie podobały się Martinowi: rasistowskie kawały, zachowanie niejednokrotnie na granicy dobrego smaku w stosunku do świeżo upieczonych funkcjonariuszek policji, maczyzm i podskórna homofobia. Te ostatnie cechy wyszły na jaw z chwilą pojawienia się w wydziale Vincenta i Samiry Cheung. Pujol wraz z kilkoma kumplami bez żadnych zahamowań obrażali i upokarzali nowych członków brygady, aż w końcu Servaz postanowił położyć temu kres.
Odwołał się przy tej okazji do metod, których generalnie nie pochwalał
i zyskał kilku wrogów. Ale jednocześnie zaskarbił sobie dozgonną wdzięczność dwójki młodych podwładnych.
Kawa wreszcie zabulgotała w ekspresie i Espérandieu zajął się nalewaniem. Pozostała dwójka siedziała pogrążona w lekturze e-maila.
– Theodor Adorno – odezwała się Samira – to panu coś mówi, szefie?
– Theodor Adorno to niemiecki filozof i muzykolog, wybitny znawca dzieł Mahlera – oświadczył.
– Czyli ulubionego kompozytora Juliana Hirtmanna i twojego – zauważył Espérandieu.
Servaz się zasępił.
– Miliony ludzi cenią muzykę Mahlera.
– Jaki jest dowód, że to nie ścierna? – zapytała Samira, podnosząc głowę, z kubkiem w dłoni. – Od czasu ucieczki Hirtmanna w wydziale odbierali dziesiątki fałszywych telefonów i całą masę trefnych e-maili.
– Ale ten przyszedł na jego prywatną pocztę – uściślił Espérandieu.
– O której?
– Koło osiemnastej – odpowiedział Servaz.
– Tutaj jest godzina wysiania. – Vincent wskazał górę strony jedną ręką, w drugiej trzymając kawę.
– I o czym to świadczy? Czy Hirtmann miał ten adres? Pan mu go podał, szefie?
– Oczywiście, że nie.
– A zatem to o niczym nie świadczy.
– Wróciliśmy do punktu wyjścia? – zainteresował się Pujol, odchylając się na krześle, by się przeciągnąć i strzelić kośćmi palców.
– Informatycy nad tym pracują – zasygnalizował Espérandieu.
– Jak długo to potrwa? – chciał wiedzieć Servaz.
– Nie wiem. Po pierwsze jest niedziela, specjalnie ściągnęli jednego technika. Po drugie gość się trochę stawiał i przypomniał, że już dostał
robotę przy twardym dysku Claire Diemar. Chciał wiedzieć, co jest ważniejsze. Po trzecie, mają jeszcze jedną sprawę na głowie i to jest ich priorytet: żandarmeria i wydział bezpieczeństwa publicznego rozpracowują siatkę pedofilską, której członkowie wymieniają się zdjęciami i filmami na terenie regionu, ale też w całej Francji i Europie. Mają do sprawdzenia setki adresów e-mailowych.
– A ja myślałem, że seryjny morderca, który znowu może zacząć działać, to też priorytet.
Ta uwaga nieco ostudziła temperaturę panującą w pomieszczeniu.
Samira wypiła łyk swojej herbaty i skrzywiła się, jakby napój był gorzki.
– Bo tak jest – powiedziała łagodnie. – Ale mimo wszystko tam chodzi o dzieciaki, szefie…
– Okay, okay – odpowiedział.
– Jeżeli to Hirtmann – zauważył Pujol.
– Jak to? – nastroszył się Servaz.
– Zgadzam się z Samirą – powiedział Pujol, wywołując powszechne zaskoczenie. – Ten e-mail absolutnie o niczym nie świadczy. Na pewno są ludzie, którzy potrafią zdobyć twój adres e-mailowy. Wszyscy wiedzą, że w Internecie nie ma czegoś takiego jak prywatność. Mój chłopak ma trzynaście lat i wie na ten, kurwa, temat więcej ode mnie. O ile się orientuję, wśród hakerów i informatycznych geniuszy jest sporo małych kawalarzy.
– A ile osób waszym zdaniem wiedziało, jaki utwór muzyczny leciał w celi Hirtmanna, kiedy tam byliśmy?
– Jesteś pewien na sto procent, że żaden dziennikarz tego nie zwęszył? Że taka wiadomość nigdzie się nie pojawiła? Oni wtedy dużo szperali. Prasa nagabywała wszystkich bohaterów tej sprawy. Może ktoś się wygadał. Naprawdę przeczytałeś wszystkie artykuły, które na ten temat wydrukowali?
Oczywiście, że nie, pomyślał wściekły. Artykułów było kilkadziesiąt.
Servaz wręcz starał się unikać ich czytania. I Pujol o tym wiedział.
– Pujol ma rację – przyznała Samira. – To na pewno jakiś kretyn sprytniejszy od innych. Od czasu ucieczki Hirtmann ani razu nie dał
znaku życia. Minęło osiemnaście miesięcy. Dlaczego miałby to zrobić akurat teraz?
– Dobre pytanie. A ja mam inne: co robił w międzyczasie?
To był głos Vincenta. Zmroził atmosferę.
– A co waszym zdaniem robi człowiek taki jak on, kiedy się znajdzie na wolności? – zapytał Servaz.
– W porządku, ile osób myśli, że to on?
Podniósł rękę, żeby dać przykład. Zobaczył wahanie Espérandieu, ostatecznie jednak jego ręka pozostała w dole.
– A ile osób uważa inaczej?
Tym razem zgłosili się Pujol i Samira. Dziewczyna była lekko zmieszana.
– Ja nie mam zdania – powiedział Espérandieu, widząc pytające spojrzenia pozostałych.