Выбрать главу

Problem polegał na tym, że nic nie pamiętał. Kołatało mu po głowie, że ukrywał się w jakimś ciemnym miejscu, bardzo wysoko. Może na poddaszu stodoły? Słyszał krzyki mężczyzn i szczekanie psów, a za drzewami tańczyły płomienie pochodni. Wpełzł jeszcze głębiej w ciemność, ale nie pamiętał, co się działo potem.

– Ratunku! – krzyknął ponownie i znów załomotał pięścią w wieko. – Nie umarłem! Musicie mnie stąd wydostać!

Nagle trumna, w której tkwił, zabujała się w prawo i uderzyła w coś – też drewnianego. Może w inną trumnę. Frank nastawiał uszu, szeroko otwierał oczy w ciemności, próbował usłyszeć, co się dzieje na zewnątrz. Trumna znów kiwnęła się na bok i poleciała w dół, i odniósł wrażenie, że unosi się na wodzie.

– Musicie mnie stąd wydostać! – zawył. – Nie mogę oddychać! Na Boga, wyciągnijcie mnie stąd, zanim się uduszę!

Udało mu się wyrwać także lewą rękę i załomotać wściekłym, oburęcznym staccato w pokrywę. Nikt jednak nie reagował, a ruch w górę i w dół stał się wyraźniejszy. Jego trumna unosiła się przez chwilę, potem zamierała i opadała w dół.

Usłyszał basowe skrzypienie, potem spowodowany wiatrem łopot – mogły to być żagle. Zrozumiał, że jego trumna znajduje się na statku, który właśnie wypływa w morze. Zdawało mu się, że słyszy wrzask mew – a może były to rozpaczliwe krzyki innych zamkniętych w trumnach ludzi.

Zamierzał znów wrzasnąć, powiedział sobie jednak: nie panikuj. Nikt cię nie wypuści. Możesz tylko leżeć i czekać, oszczędzając energię. Może i zamknięto cię w trumnie, ale nie zabito i dokądś cię zabierają – niezależnie od powodu.

Poczuł, że statek obraca się na wietrze i przez chwilę siła odśrodkowa przyciskała mu boleśnie bark do deski, zaraz jednak wyrównał kurs i zrobiło się nieco spokojniej. Niestety, unoszenie się i opadanie trwało dalej i wkrótce poczuł mdłości. Próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jadł i co, ale nie był w stanie.

Nagle ktoś zaczął łazić po trumnach.

– Ratunku! Pomocy, ja żyję!

Człapanie zamilkło, był jednak pewien, że ten ktoś jest cały czas w pobliżu. Czekał ze wstrzymanym oddechem.

– Pomocy… – szepnął. – Proszę, na litość boską, wyciągnij mnie stąd…

Minęło kilka minut, a potem usłyszał wysoki, drżący głos.

– Tatal nostru carele esti in ceruri… sfinteasca-se numek tau…

Tatal nostru! Słowa te trafiły go z taką siłą, jakby ktoś walnął go pięścią w brzuch. Tatal nostru! To samo nuciła Susan Fireman i młody człowiek na izbie przyjęć!

– Wypuśćcie mnie stąd! – wrzasnął i jeszcze energiczniej załomotał o pokrywę. – Wypuśćcie mnie! Chcę stąd wyjść!

– Ciii… – powiedział kobiecy głos, bardzo łagodny i uspokajający. – Ciii, Frank, miałeś zły sen, to wszystko.

Machnął wściekle prawą ręką, ale zamiast w wieko trumny trafił w nocny stolik i zrzucił na podłogę budzik.

– Ccco? Co się stało? – wycharczał i otworzył oczy. Była noc, lecz przez uchylone okno wpadało do środka światło ulicznych latarni. Na zewnątrz musiało padać, bo po suficie niczym ameby pełzły krople wody. Słyszał wycie syren i krzyki.

Usiadł. Na krawędzi łóżka siedziała Susan Fireman – w jednej z jego białych koszul. Wbił w nią wzrok. Nie pamiętał, czy dziewczyna żyje, czy umarła. Jej oczy błyszczały tak blado, jakby była niewidoma.

– Frank? To tylko ja. Miałeś zły sen.

– Która godzina? – Ponieważ nie odpowiedziała, wychylił się za krawędź łóżka i popatrzył na tarczę leżącego na podłodze zegarka. Dwudziesta trzecia pięćdziesiąt siedem. Za trzy minuty północ.

– Dobrze się czujesz? – spytała Susan Fireman.

Usiadł i pomasował sobie kark. Całe ciało miał zesztywniałe, posiniaczone i podrapane, jakby faktycznie przez kilka godzin leżał w trumnie.

– Sądziłem, że wyszłaś.

– Oczywiście, że nie. Będą się tobą opiekowała.

– Czy to też jest senny koszmar?

– Co?

– Ty, cała ta epidemia, wszystko. To jak senny koszmar Wewnątrz sennego koszmaru.

Susan Fireman wyciągnęła do niego rękę, wnętrzem do góry, jakby chciała dać mu odpowiedź na wszystkie pytania.

– Całe życie jest koszmarem sennym, Frank. Różnica lega jedynie na tym, że niektórzy z nas nigdy się nie budzą.

Frank siedział bez ruchu, ze spuszczoną głową. Może to nie działo się naprawdę. Może wciąż trwała wczorajsza noc, a on wcale się nie obudził i wcale nie szedł do szpitala przez Herald Square. Może nie było pomalowanej na srebrno dziewczyny, która odgrywała pantomimę, i żadnego wymiotowania krwią. Może na mieście nie odbywała się masakra. Może „Tatal nostru” to jedynie słowa, które usłyszał od jednego z pacjentów albo w radiu, kiedy jechał taksówką, i które zarejestrowała jego podświadomość.

Popatrzył na Susan Fireman. Wyglądasz, jakbyś siedziała na skraju mojego łóżka, ale może wcale cię tu nie ma. Wstał bez słowa, poszedł do kuchni i zapalił światło. Kuchnia była urządzona nowocześnie, dość surowo – blaty zrobiono z czarnego granitu, pośrodku stała kuchenka z nierdzewnej stali. Jedyną dekoracją był wysoki trójkątny wazon, w którym stała samotna krwistoczerwona kalijka etiopska.

Podszedł do lodówki i wyjął butelkę perriera. Kiedy sięgnął w kierunku błyszczącej czarnej półki po szklankę, dostrzegł w niej odbicie Susan Fireman. Stała po przeciwnej stronie kontuaru, ręce miała opuszczone wzdłuż ciała.

– Posłuchaj, Susan – zaczął, nie odwracając się. – Nie wiem, czy żyjesz, czy umarłaś, czy śnię, ale wolałbym, żebyś zostawiła mnie samego.

– Nie mogę, Frank.

Nalał sobie szklankę wody i odwrócił się do niej.

– To jest mój senny koszmar, co oznacza, że muszę zrobić wszystko, czego ode mnie zażądasz, prawda?

– To nie jest „twój” senny koszmar. To senny koszmar wszystkich ludzi.

– Co masz na myśli?

– Zrozumiesz, kiedy przejdziesz na drugą stronę.

– Nie mam zamiaru przechodzić na żadną drugą stronę Susan Fireman podeszła bliżej i uniosła doń, aby dotknąć jego policzka. Machnął ręką jak na natarczywą muchę.

– Ale Frank… nie masz wyboru. Nikt z nas nie ma wyboru.

– Muszę iść spać. – Powiedział to nie do niej, a do siebie. – Muszę znów zasnąć i naprawdę się obudzić. Jest poniedziałkowa noc i nic z tego wszystkiego się nie wydarzyło.

– Możesz wszystkiemu zaprzeczać, ale im prędzej się z tym pogodzisz, tym lepiej. Zaczyna na nas nadpływać ciemna chmura jak wielkie czarne skrzydło i bardzo szybko się porusza. Długo już nie potrwa i dzienni ludzie odejdą na zawsze.

– Bzdura – odparł Frank. – Nic z tego się nie wydarzyło. – Uniósł szklankę, ale nie wiadomo dlaczego myśl o napiciu się wody sprawiła, że poczuł niesmak w ustach. Wylał wodę do zlewu, odstawił szklankę na półkę i wrócił do sypialni, zostawiając Susan Fireman w kuchni. Położył się w pomiętej pościeli i zamknął oczy. Jeśli uda mu się zasnąć, Susan Fireman zniknie i wszystko wróci do normy.

Minęło pięć minut, ale sen nie przychodził. Wszystko wokół było jakieś inne – musiało się stać coś złego. Po północy Manhattan zawsze dudnił klaksonami i słychać było pędzące dokądś wozy strażackie, nigdy jednak nie było tak hałaśliwie jak teraz. Dziś wycie syren nie milkło nawet na sekundę, jedna nakładała się na drugą, co brzmiało jak piekielne chóralne alleluja. Rozlegały się też tępe uderzenia, jakby rozbijano drzwi siekierami, a na to nakładał się chrzęst rozbijanego szkła i basowe dudnienie niewiadomego pochodzenia.