Otworzył oczy. Było jedenaście minut po północy. Susan Fireman stała cały czas w drzwiach sypialni i obserwowała go.
George Gathering prosił, aby zjawił się w Sisters of Jerusalem o drugiej w nocy. Cóż, nawet jeśli to koszmar senny, nie potrafię w nim spać, więc mogę tak samo dobrze wziąć prysznic, ubrać się i iść do szpitala.
Usiadł.
– Nic z tego? – spytała Susan Fireman.
– To nie jest koszmar senny, prawda? Nawet jeśli zasnę, nie obudzę się, by stwierdzić, że nigdy cię nie spotkałem, prawda?
– Nie, Frank.
Kiedy wyszedł na ulicę, ogarnęła go lepka, hałaśliwa noc. Nie mogło mocno padać, bo chodniki już były suche, ale wilgotność powietrza przypominała tropik.
Nigdzie nie było widać żadnej taksówki, więc ruszył piechotą. Kiedy opuszczał mieszkanie, Susan Fireman stała w przedpokoju i cały czas się uśmiechała. Poprosił, aby jej tu nie było, kiedy wróci, ale odparła jedynie:
– Czas pokaże, Frank. Czas pokaże.
Mężczyzny z pomalowaną na niebiesko twarzą, który kilka godzin temu trzymał się skrzynki pocztowej, już nie było, ale deszcz był za mało intensywny, aby mógł zmyć kałużę krwi, którą tamten zostawił na chodniku. Krwawe odciski dłoni przecinały ulicę, co świadczyło o tym, że mężczyzna odpełzł na czworaka, do tego niezbyt dawno temu.
Frank przez chwilę miał ochotę pójść za tymi śladami i sprawdzić, dokąd go zaprowadzą. Może byłby w stanie pomóc temu człowiekowi, zdecydował jednak, że zamiast udowadniać sobie, że ma sumienie i szukać pojedynczego człowieka, powinien iść do Sisters of Jerusalem, gdzie bardziej się przyda, zajmując się większą liczbą ludzi.
Szedł na południe Drugą Aleją, która wyglądała stosunkowo spokojnie. Choć chodniki pokrywały kawałki cegieł i szkła, nie było ludzi. Wokół leżały przewrócone wózki na zakupy – w wielu pozostawiono wyszabrowane skądś telewizory, butelki alkoholu i markowe dżinsy. Chciwość ludzka nigdy nie przestała Franka zadziwiać. Świat się kończył, a ludzie kradli telewizory.
Właśnie miał przeciąć Trzydziestą Dziewiątą, kiedy usłyszał wołanie o pomoc.
Odwrócił się i ujrzał mniej więcej piętnastoletnią dziewczynę kucającą w otwartych drzwiach drogerii. Jej włosy były tak zakrwawione, że wyglądały jakby były czerwone. Także biały T-shirt miała pokryty zakrzepłą krwią.
– Pomocy! – powtórzyła. – Proszę pana… proszę mi pomóc. Palę się! Płonę!
Frank podszedł.
– Przykro mi, ale tu w niczym pani nie pomogę. Dojdzie pani do Sisters of Jerusalem? Wie pani, gdzie to jest? Zobaczymy tam, co da się dla pani zrobić.
– Nie mogę! Nie mogę się poruszyć! Moja skóra się pali!
Kucnął obok. Dziewczyna miała zadarty nos, wyglądała dość chłopięco i prawdopodobnie miała w żyłach domieszką chińskiej krwi. Gwałtownie dygotała, a jej małe oczy skakały na boki, jakby sądziła, że jest ścigana.
– Musi pani iść na izbę przyjęć. Nie mogę pani pomóc na ulicy.
Złapała go za rękaw marynarki.
– Może pan. Proszę podejść bliżej, to pokażę panu jak. Frank próbował się od niej odsunąć.
– Przykro mi, ale w szpitalu są setki ludzi, którzy nie mniej pilnie potrzebują mojej pomocy. Odprowadzą panią do szpitala, ale…
Dziewczyna pociągnęła Franka za rękaw i wstała.
– Aaaaaaarrrhhhhh! – wrzasnęła i zamachnęła się na niego. Mignęło szkło. Zasłonił się ramieniem, lecz kawał zbitej szyby przeciął rękaw marynarki, koszulę i skórę. Ponownie uniosła rękę, ale Frank z całej siły ją odepchnął i dziewczyna poleciała do tyłu, wpadając przez okno do wnętrza drogerii. Na boki rozprysło się szkło, z hukiem przewróciła się wystawka szminek i kremów. Na koniec na podłogę spadł obrotowy panel z okularami przeciwsłonecznymi.
Ciałem dziewczyny gwałtownie wstrząsnęło, a jej jedna noga kopała, jakby stymulowana prądem. Frank cofnął się dwa kroki, trzymając się za krwawiące przedramię. Krew przeciekała mu przez palce, kiedy jednak zajrzał do rękawa, stwierdził, że nie został cięty zbyt głęboko. Wahał się, nie bardzo wiedział, co robić dalej. Dziewczyna uniosła nieco głowę, zaraz jej jednak opadła, a noga przestała kopać. Prawdopodobnie nie żyła, więc Frank postanowił zostawić ją tam, gdzie była. Cokolwiek mówiła Susan Fireman, to był koszmar, a przysięga Hipokratesa nie ma w koszmarach zastosowania.
Ruszył truchtem przed siebie, najpierw na zachód w kierunku Lexington, potem znów na południe, do Trzydziestej Siódmej. Po jakichś sześciu albo siedmiu przecznicach ujrzał biegnącą w poprzek ulicy grupę, złożoną z sześćdziesięciu, może siedemdziesięciu osób, pokrzykującą i wyjącą jak wataha wilków. Rozległ się terkot serii z broni automatycznej. Z któregoś okna wrzasnęła na Franka kobieta: „Ty! Hej, ty draniu! Nie uciekniesz mi!”, ale kiedy skręcił w Trzydziestą Siódmą, znów był sam, jedynie z przewróconymi pojemnikami na śmiecie i połamanymi skrzynkami.
Usłyszał tłum hałasujący pod szpitalem z odległości przynajmniej czterech przecznic. Na skrzyżowaniu Piątej Alei i Trzydziestej Siódmej płonęły dwa wraki samochodów, wypełniając powietrze gęstym, oleistym dymem, a sześć albo siedem osób leżało na chodniku. Ich głowy były przykryte kocami i kurtkami, musieli nie żyć. W poprzek chodnika płynęła krew i spływała do rynsztoka. Lizał ją biało-brązowy kundel, który sprawiał wrażenie, że czuje się winny, robiąc to, co robi. „Rzędzie biegali ludzie i najbardziej przerażało to, że byli bardzo cisi: tylko nieliczni płakali lub krzyczeli, pozostali mieli poważne miny i wytrzeszczone oczy i w ogóle się odzywali. Nawet gdy ktoś się z kimś zderzał, zdawał tego nie zauważać – potykał się, odzyskiwał równowagę i biegł dalej. Frank miał wrażenie, jakby całe miasto zwariowało.
Ulica przed szpitalem była tak zatłoczona, że z trudem się przebijał, używając barków i łokci, kilka razy musiał nawet łapać kogoś za ubranie i odsuwać go na bok. Od czasu do czasu ktoś nagle wymiotował fontanną krwi, niewielu się tym jednak przejmowało. Było tu więcej krzyku, kłótni i paniki, ale ludzie krążyli bez celu i wpadali na siebie, jakby nie mieli pomysłu, co ze sobą robić.
Niektórzy mamrotali pod nosem: Tatal nostru, carele esti in ceruri, każdy do siebie, co sprawiało, że ulica brzmiała jak gigantyczny rozgdakany kurnik.
Po kilku minutach walki Frankowi udało się dotrzeć do policyjnej barierki. Wściekły mężczyzna w czerwonej wełnianej czapce próbował wciągnąć go z powrotem w tłum.
– Czekaj na swoją kolej! Czekaj na swoją kolej! – darł się, ale Frank pchnął go w ramię i mężczyzna natychmiast zniknął w rozhisteryzowanym tłumie jak połknięty przez wzburzone morze.
Frank przeszedł pod barierką. Kiedy się prostował, stało przed nim dwóch gliniarzy w hełmach używanych podczas rozruchów, machających długimi pałkami.
– Za barierkę, kolego! Szpital jest pełny! Idź do domu i zostań tam!
– Chwileczkę! Jestem lekarzem! Pracuję tutaj! – Wyciągnął portfel i pokazał identyfikator. – Mam dyżur.
Jeden z policjantów obejrzał identyfikator.
– W porządku, doktorze – powiedział i cofnął się, aby go przepuścić. – Choć prawdę mówiąc, nie wiem, co może pan dla tych ludzi zrobić.
Frank przeszedł przez chodnik i pchnął wysmarowane krwią plastikowe drzwi. Aby dotrzeć do izby przyjęć, musiał przecisnąć się przez ławicę porzuconych łóżek transportowych, w większości pokrytych zakrwawionymi prześcieradłami. W środku świat był czerwony. Pacjenci leżeli na podłodze w sześciu rzędach, hałaśliwie wymiotując krwią. Cała izba przyjęć była pokryta krwią – podłogi, ściany, nawet sufity. Wszędzie były czerwone odciski dłoni. Nie było człowieka, którego ubranie byłoby nasączone krwią, a wielu pacjentów wyglądało, jakby mieli jasnoczerwone rękawiczki i maski – jak uczestnicy jakiegoś ponurego pogańskiego rytuału.