Выбрать главу

– Pomogę panu – powiedział Frank, złapał łóżko z przodu i zaczął je pchać. Jeśli nie był w stanie pomóc umierającym, to przynajmniej spróbuje ulżyć żywym.

Pchnął ciężkie wahadłowe drzwi do kostnicy. W środku było chłodno i mroczno, jedna ze świetlówek ciągle gasła i znowu się zapalała. Wszystkie lodówki musiały być pełne, bo ciała owinięte w prześcieradła, tak aby widać było tylko twarz, ciasno zaścielały podłogę. Na dyżurze był tylko jeden pracownik fizyczny – wysoka brunetka w małych owalnych okularkach, z romańskim nosem. Wyglądała na tak samo zmęczoną jak sanitariusz, a na górnej wardze miała pokryte strupem pęcherzyki opryszczki.

– Przywieźliśmy pani kolejną zmarłą – zakomunikował Frank. – Gdzie ją położyć?

– Każde miejsce będzie dobre – odparła pracownica kostnicy, wskazując na szereg leżących kobiet. – Staram się oddzielać mężczyzn i kobiety.

– Po co? – spytał sanitariusz. – Żeby się po śmierci nie zabawiali?

– Z szacunku. Ale może tego nie uczą w szkole dla sanitariuszy.

Sanitariusz wyszedł, waląc głośno łóżkiem o drzwi. Pracownica kostnicy pochyliła się nad kobietą, którą właśnie przywieźli, popatrzyła na przymocowaną do dużego palca u nogi kartkę.

– Jane Kryzmanski, Zachodnia Trzydziesta Ósma tysiąc sto czterdzieści trzy. Dwadzieścia cztery lata. Boże, co za marnotrawstwo.

Frank rozejrzał się wokół.

– Chyba jeszcze nigdy w życiu nie czułem się taki bezradny.

– Jest pan lekarzem?

Frank skinął głową.

– Frank Winter, gastroenterologia.

– Miło pana poznać, doktorze. Helen Bryers. Nie wiem jeszcze, czym to jest spowodowane?

– Nie. Cokolwiek to jest, wygląda na trudne do wyizolowania.

– To zły sen – westchnęła Helen Bryers. – Cały czas mam wrażenie, że to tylko zły sen i kiedy się obudzę, wszystko okaże się nieprawdą.

To tak jak ja, pomyślał Frank. Możliwe, że ty tez jesteś moim snem i wcale nie istniejesz.

– Ile mamy zwłok?

– Licząc tę młodą damę, trzysta sześćdziesiąt dziewięć. W magazynie w głębi jest ponad sto. Będziemy musieli je szybko stąd zabrać, zanim zaczną zagrażać zdrowiu. Czekam na jakąś informację o samochodach chłodniach.

Frank chodził między zwłokami. Każde ciało było wielką indywidualną tragedią, teraz jednak zmarli zamienili się w liczby – w coraz bardziej rosnące liczby.

– Mógłby pan coś dla mnie zrobić, doktorze? – spytała Helen Bryers. – Wie pan, od czterech godzin nie miałam czasu iść do toalety…

– Chciałaby pani, żebym tego wszystkiego popilnował?

– Obaj moi koledzy mają wolne, jeszcze ich nie ściągnięto, a nie wolno mi zostawiać kostnicy bez nadzoru.

– Na wypadek gdyby ktoś chciał uciec?

Zdjęła okulary i próbowała się uśmiechnąć.

– To zasada, którą wprowadzono po tych nieprzyjemnych incydentach w zeszłym roku.

– To znaczy?

– Mieliśmy kilka niemiłych przypadków… sprzątacze wykorzystali zmarłych.

Frank nagle uświadomił sobie, że wpatruje się w szyję Bryers i bladobłękitną linię jej tętnicy szyjnej. Bez trudu mógł sobie wyobrazić pompowaną przez serce, pulsującą w jej organizmie ciepłą krew i myśl ta była dziwnie uspokajająca. Pić krew… to musi być jak wejście do ciepłej kąpieli…

Zamrugał.

– A mówi pani o tych przypadkach? – powiedział, kiedy nagle dotarło do niego, co miała na myśli Helen Bryers. – Słyszałem o tym, oczywiście. No tak, są chyba na tym świecie faceci tak nieciekawi, że lecą na nich jedynie trupy.

– Więc nie będzie pan miał mc przeciwko temu, jeśli…

– Nie, proszę iść. Proszę się nie spieszyć. Wygląda pani tak, jakby należała się pani przerwa.

Helen Bryers wzięła torebkę i zostawiła Franka samego. Zastanawiał się, czy nie powinien raczej jej odmówić i wrócić na izbę przyjęć, do Deana, albo iść na górę, by pomóc George’owi, ale wszystko wydawało się takie beznadziejne… Nieważne, co by zrobili, i tak nie wiedzieli, jak uchronić tych ludzi przed śmiercią. Choć może… może nawet lepiej, że umierają1? Dla większości ludzi tak było lepiej…

Ujrzał swoje odbicie w oszklonej szafce. Patrzył, jakby siebie nie poznawał. Dla większości ludzi było lepiej, że umierają? Jak mógł coś takiego pomyśleć? Przecież jest lekarzem. Jego zadaniem jest robić wszystko, co w jego mocy, aby ratować ludzkie życie. Potarł przedramię. Skórę miał nieprzyjemnie rozgrzaną, jakby miał udar słoneczny, i tak bardzo chciało mu się pić, że miał trudności z przełykaniem.

Popatrzył na ciało kobiety w średnim wieku, ubranej w szaro-białą letnią sukienkę, poplamioną krwią. Była dość ładna, miała elegancko przystrzyżone włosy i dobry chirurg zrobił jej lekką korektę oczu. Niewielka z tego korzyść tam, gdzie się wybrała… mogła zaoszczędzić sobie wydatku. Oczy miała szeroko otwarte, ale cały pigment gdzieś zniknął. To, w co się wpatrywała, na pewno nie znajdowało się na tym świecie.

Kiedy się odwracał, w magazynku w głębi kostnicy rozległ się jakiś hałas. Głośny łoskot, potem ostre uderzenie, jakby ktoś przewrócił stołek.

– Jest tam ktoś? – zawołał Frank. Nic sądził, aby to było prawdopodobne. Helen Bryers powiedziała mu przecież, że jest sama, a sanitariusze nic przywieźliby nikogo do kostnicy nie mając stuprocentowej pewności, że nie żyje.

Po chwili ponownie usłyszał hałas, przypominający nieco otwieranie zaklinowanego okna, i poczuł powiew świeżego powietrza. Wycie syren też jakby stało się głośniejsze.

Ruszył w kierunku magazynku, przechodząc przez kolejne zwłoki.

– Hej, jest tam kto? – powtórzył. Może jednak ktoś został przywieziony do kostnicy, zanim nadszedł jego czas? Niechcący stanął jakiemuś trupowi na dłoni i odruchowo powiedział „Przepraszam pana!”, zanim zdążył się powstrzymać. Mężczyzna miał siwe włosy i pękaty nos. Jego ciemnoczerwony mundur z obszytymi złotą lamówką epoletami, którego nie zdążył zdjąć, wskazywał, że za życia był portierem. Nie wyglądał na martwego, raczej na śpiącego.

Kiedy Frank usłyszał kolejny hałas, wszedł ostrożnie do magazynku, ale było tu tak ciemno, że ledwie co widział poza oknem w głębi, które musiało wychodzić na szyb wentylacyjny, bo wpuszczało bardzo niewiele światła. Wysilał oczy i zdawało mu się, że dostrzega jakąś ciemną postać, nie był jednak tego wcale pewien.

– Hej! – wrzasnął, choć drapało go w gardle. – Kim pan jest? Co pan robi w kostnicy?!

Zaczął macać w poszukiwaniu kontaktu i po chwili udało mu się zapalić światło. Świetlówki zamigotały i przez chwil? było bardzo jasno, ale nagle wszystkie pogasły i Frank zastygł bez ruchu, półślepy i kompletnie zdezorientowany.

Przez chwilę jasności zdążył jednak dostrzec coś strasznego: drzwi magazynku były otwarte i wychodziła przez nie dziewczyna w zakrwawionej koszuli nocnej. Patrzyła na niego, wyraźnie więc dostrzegł bladą twarz i zaschniętą wokół ust krew. Miała długie rozczochrane włosy i niemal frunęła w górę, jakby pchał ją potężny podmuch.

Z podłogi wstawał mężczyzna, aby za nią podążyć – jego zielono-biała baseballowa koszulka też była poplamiona krwią. Pomagała mu ciemna, smukła postać, która nie przypominała niczego Frankowi znanego. Była to nie tyle osoba, ile pochyły cień, z wydłużoną, sięgającą sufitu głową i wysokimi, skośnymi ramionami. Opierała się o ścianę pod niemożliwym kątem – mógłby tak robić jedynie cień.

Zanim zgasło światło, stwór odwrócił łeb i Frank ujrzał dwoje czarnych, rozmazanych oczu i rozciągnięte szeroko usta, podobne do kratownicy. W ciemności rozległ się gwałtowny, przepełniony nienawiścią syk, który zabrzmiał jak nagle uruchomione hamulce powietrzne, a następnie przenikliwy pisk – tak straszliwy, że Frank miał wrażenie, iż nie tylko jego oczy oślepły, ale razem z nimi cały mózg.