10
Laticia pomogła mi wciągnąć Teda Buscha do mojego mieszkania. Obcasy jego butów stukały o kant każdego stopnia, podskakiwały także, kiedy ciągnęliśmy go wzdłuż podestu. Zadziwiające, że nikt nie wyszedł na korytarz, aby sprawdzić, co robimy.
Położyliśmy go na kanapie, gdzie spoczął jak marionetka o purpurowej, spękanej twarzy, marionetka, której poprzecinano sznurki, z dziwacznie poprzekrzywianymi rękami i nogami.
– Gdybym ufała glinom, wezwałabym ich… ale pewnie i tak by nie przyjechali.
– Laticio, on próbował poderżnąć mi gardło.
– Musisz zmyć krew z twarzy i przynajmniej nakleić sobie plaster. Jeśli chcesz, mogę to zrobić. A jeżeli będziesz się w nocy bał, no wiesz, mając na kanapie tego kolesia, zawsze możesz przyjść do mnie.
– Laticio, jesteś aniołem, przysłanym kurierem prosto z nieba.
– Sto dwadzieścia pięć za noc, skarbie. Bonusy ekstra.
Wróciła do siebie, a ja stałem jeszcze przez jakiś czas nad ciałem Teda Buscha. Naprawdę było mi przykro i czułem się winny jak cholera.
– Te karty Jeu Noir się co do ciebie nie pomyliły, stary. Ostrzegły cię o natychmiastowej śmierci, ty jednak nic w tej sprawie nic zrobiłeś. Zgoda, śmierć zawsze następuje szybciej, niż myślimy, ale karty ostrzegały cię także przed wodą… Nigdy nie powinieneś był próbować poderżnąć mi gardła w łazience. No tak, w ogóle nigdy nie powinieneś był próbować poderżnąć gardła. Nemo me impune lacessit. Kto ukradnie mi rybki w akwarium, ten dostanie kopa w swój chudy tyłek!
Otworzyłem kolejną puszkę guinnessa. Była to ostatnia puszka, ale potrzebowałem się czegoś napić. Nie miałem zielonego pojęcia, co robić dalej. Śpiewająca Skała dał mi dwie litery: „s” i „t” – przynajmniej tak mi się wydawało, choć mogła to być jedynie sprawka mojej rozgorączkowanej wyobraźni. Nie było sposobu, aby sprawdzić, czy rzeczywiście miał na myśli „s” i „t”. Dodatkowo utrudniał sytuację fakt, że nie wiedziałem, ile jeszcze będzie liter ani czy zrozumiem słowo, gdy wreszcie dostanę je całe.
Mimo to byłem niemal pewien, że pragnienie krwi, które ogarnęło tylu ludzi na Manhattanie, jest tej samej natury co pragnienie krwi, które sprawiło, że Ted mnie zaatakował i chciał mi poderżnąć gardło. Tak samo pewien byłem tego, że powodem nie jest ani choroba, ani wirus. Było to masowe opętanie przez ducha, coś w rodzaju Egzorcysty, ale pomnożonego przez osiem milionów osiem tysięcy dwieście siedemdziesiąt osiem. Nie była to jedna dziewczynka, mówiąca głosem Louisa Armstronga i wyrzucająca jezuitów przez okno – były to całe tłumy opanowane przez demony, spirytualne tsunami, zalewające miasto i ludzi, którzy się w nim znaleźli.
Było to przerażające. Jedenasty września, ale o jeszcze większej skali. Jeżeli tyle osób zmarło w ciągu jednego dnia, jak długo uda się przeżyć reszcie?
Podjąłem decyzję. Niezależnie od protestów Bertiego będę musiał porozmawiać z Amelią. Była jedyną osobą, wierzącą w to, że Śpiewająca Skała próbuje mi pomóc z Krainy Wiecznych Łowów, i jedyną, która potrafiłaby przekonać władze miasta, że nie jestem oszustem ani certyfikowanym wariatem.
Na dnie szafy znalazłem stary pled, na którym sypiał mój pies, i wziąłem go, aby przykryć biednego Teda. Kiedy go nakrywałem, ujrzałem na jego szyi srebrny błysk. Był medalion, który dostał od dziewczyny „o rosyjskim wyglądzie” – przedstawiający twarz mężczyzny z oczami, które sprawiały wrażenie, jakby się otwierały. Podniosłem medalion i przyjrzałem mu się. Mężczyzna patrzył na mnie ponuro zdawał się mieć pretensję, że się wtrącam. Wahałem się przez chwilę, odpiąłem jednak medalion i zdjąłem go z szyi Teda. Nie zamierzałem go kraść, po prostu czułem, że może się okazać pewnym śladem – takim samym jak litery „s” i „t”.
Zasłoniłem pledem twarz Teda i nastawiłem klimatyzację na jak najniższą temperaturę, aby ciało nie zaczęło się zbyt szybko psuć. Potem wyszedłem na korytarz i zapukałem do drzwi Laticii.
– Zmieniłeś zdanie, Harry? Chcesz zostać u mnie na noc? W normalnych warunkach może nawet bym chciał – Laticia miała na sobie ciemnoczerwony prześwitujący biustonosz i takie same majtki ze wstążeczkami po bokach i nie była wcale brzydka – jeśli lubi się Prince’a bez wąsów.
– Nie dziś, Laticio. Muszę wyjść. Chciałem ci tylko powiedzieć, że zostawiam Teda na kanapie.
– Aha… nie będzie mnie napastował?
– Mam nadzieję, że nie. Jeśli tak, zabaw go rozmową, aż wrócę.
Zszedłem na dół i po chwili byłem na ulicy. Pakistańskie delikatesy Khaleda były zamknięte, ochronna stalowa żaluzja opuszczona. Było to niezwykłe. Khaled uczynił niemal religię z pracy przynajmniej do pierwszej w nocy, siedem dni w tygodniu – na wypadek gdyby ktoś poczuł nieprzepartą chęć zrobienia sobie murgh masali w tęsknych godzinach przed świtem.
Noc była parna, w powietrzu unosił się kwaśny odór spalenizny – taki sam, jaki było czuć zaraz po jedenastym września-Syreny wyły nieprzerwanie, a gdzieś w oddali ktoś ryczał przez megafon, było to coś w rodzaju: wu-wa-wa-WA-wa-ba-Puj-BA! Szedłem na zachód, co jakiś czas się odwracając, aby się upewnić, czy nikt za mną nie idzie.
Kiedy skręciłem w Siódmą Aleję, zobaczyłem jakieś pięćdziesiąt metrów przed sobą dwie wychudzone kobiety z nastroszonymi włosami, siedzące na chodniku. W pierwszej chwili pomyślałem, że potrzebują pomocy, i ruszyłem w ich stronę szybszym krokiem, zaraz jednak zauważyłem, że między nimi leży potężnie zbudowany mężczyzna z szeroko rozrzuconymi na boki rękami i nogami. Po chodniku płynęło coś ciemnego i błyszczącego – najprawdopodobniej krew. Szybko zawróciłem i zacząłem iść w kierunku, z którego przyszedłem.
Kiedy znalazłem się na rogu Siedemnastej, rzuciłem za siebie okiem. Jedna z kobiet wstawała i patrzyła w moim kierunku. Musiała coś powiedzieć do swojej towarzyszki, bo ta również zaczęła się podnosić. Mężczyzna leżał bez ruchu i uznałem, że raczej nie ucina sobie drzemki. Kobiety przez chwilę stały niezdecydowane, po czym ruszyły w moim kierunku, a szybki, wyraźny stukot ich obcasów wskazywał, że to ja jestem ich celem.
Skręciłem w Siedemnastą, pobiegłem do Szóstej Alei i poszedłem w prawo. Mógłbym biec dalej prosto, ale kobiety były przynajmniej dziesięć lat młodsze ode mnie i raczej nie pijały regularnie guinnessa. Skręciłem więc ponownie w prawo, w Szesnastą, pobiegłem zaułkiem za Antycznymi Dywanami Feinmana i schowałem się za pojemnikiem na śmieci. Czekałem. Minęło mnie dwóch mężczyzn, którzy wyglądali na nie mniej zdenerwowanych niż ja.
Dałem sobie jeszcze pięć minut. W zaułku brakowało powietrza, śmierdziało zielskiem, wilgotnym murem i sikami. Po drugiej stronie ulicy, w oknie sklepu ze sprzętem kempingowym, świecił czerwony neon, uformowany w litery RIG. Zapalał się, mrugał i gasł. Najdziwniejsze było to, że czasem był zapalony przez niemal piętnaście sekund, a czasem gasł, ledwie się zapalił. RIG. Ciemność. RIG.
RIG. Może to Śpiewająca Skała dawał mi następny znak trzy kolejne litery do tajemniczego słowa. ST plus RIG równa się STRIG. Co to jednak miało znaczyć? Nie znałem żadnego słowa, które zaczyna się od STRIG. Może była to część jakiegoś anagramu, na przykład słowa „astrologia”, może anagram jakiegoś pojęcia medycznego, na przykład „gastroenterologia”? Śpiewająca Skała nigdy jednak nie zniżał się do czegoś takiego jak żart i zawsze miał pogardliwy stosunek do medycyny białego człowieka, więc najprawdopodobniej chodziło o coś zupełnie innego, na przykład imię.