Выбрать главу

W końcu uznałem, że mogę już iść. Po wyjściu na ulicę rozejrzałem się na obie strony, by sprawdzić, czy kobiety z nastroszonymi fryzurami zniknęły. Gdzieś z okolicy placu Waszyngtona doleciał potworny huk, po którym kilka razy odbiło się falami echo. Jakby ktoś zdetonował bombę. Jezu, to naprawdę nie było wesołe. Umiałem sobie radzić z normalnymi nowojorskimi nocnymi zagrożeniami – pijakami, złodziejami i zwykłymi świrami – ale to, co działo się wokół teraz, nie przypominało już normalnego Nowego Jorku. Ruszyłem truchtem w kierunku TriBeCa, starając się trzymać w cieniu i uważnie rozglądać, by nie wpaść w łapy ludzi szukających ludzkiej krwi.

Byłem już tylko kilka przecznic od Christopher Street, przy której mieszkała Amelia, kiedy z cienia wyszedł mężczyzna i zastąpił mi drogę. Miał ogoloną na łyso głowę, ciemne okulary na nosie, kark jak kabel transatlantycki i posturą typowego komandosa piechoty morskiej. Był ubrany w T-shirt w kolorze khaki i kamuflujące spodnie, a na szyi zawiesił sobie ze sto łańcuszków, blaszek identyfikacyjnych i kluczy – nie byłbym zaskoczony, gdyby znalazło się tam także kilka par ludzkich uszu. Usta miał pełne snickersa, którego resztę trzymał w ręku.

– Hej… – zagaił.

Próbowałem przemknąć obok, ale przesunął się i mnie zablokował.

– Przepraszam bardzo, ma pan jakiś problem? – spytał. – Trochę się spieszę, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu.

Wiem, co mawiają. Więcej pośpiechu niż tempa.

Chciałem odsunąć się na bok, ale powtórzył mój ruch. Odszedłem dwa kroki wstecz, on też. Zrobiłem krok naprzód, on też.

Próbowałem sprawiać wrażenie, że nie bardzo mnie to zrusza, a jego tańce mnie nudzą, ale serce waliło mi jak rozpędzona lokomotywa i zaczynałem się bać. Przełknął snickersa i wytarł usta grzbietem dłoni.

– Muszę się dowiedzieć, czy jesteś jednym z nich – oświadczył.

– O czym pan mówi? Jakim Jednym z nich”?

– Razem z przyjaciółmi… eee… chronimy tę okolicę i jeżeli jest pan jednym z nich, nie jest pan za tą linią mile widziany.

Popatrzyłem przez ulicę i w cieniu dostrzegłem trzech kolejnych mężczyzn. Przynajmniej jeden z nich miał strzelbę.

– Nazywam się Harry Erskine i jestem wizjonerem ziołowym.

– Kim?

– Wizjonerem ziołowym. Przepowiadam ludziom przyszłość i daję im zioła, które mogą poprawić ich perspektywy życiowe.

– Próbujesz robić sobie ze mnie jaja?

– Skądże znowu. To nie jest praca etatowa, ale ktoś musi ją wykonywać.

– Masz jakiś dokument? Pokazałem mu moje prawo jazdy.

Byłem na pierwszej stronie „Psychic Weekly”, jeśli to cię interesuje. Właśnie idę do znajomej, która też jest medium. Jeżeli pod pojęciem „jeden z nich” masz na myśli to, co sądzę, to nie jestem jednym z nich. Tak naprawdę to próbuję trzymać się od nich z daleka.

– W porządku, Harry. Nie masz nic przeciwko temu, żebym cię przeszukał?

– Chcesz mnie przeszukać? W jakim celu?

– Aby sprawdzić, czy masz coś, czym można by komuś poderżnąć gardło.

Uniosłem ramiona w górę.

– Jak chcesz, to przeszukuj.

Nie zawahał ani przez moment i zrobił swoje bardzo fachowo. Kiedy oklepywał mnie w kroczu, odważyłem się odezwać:

– Jestem tutaj, bo sądzę, że mógłbym zatrzymać tę epidemię.

– Ty? W jaki sposób?

– Ta osoba, do której idę… hm, radziliśmy już sobie z podobnymi sprawami. Pamiętasz budynki, które zawalały się w latach dziewięćdziesiątych? Myśmy to przerwali.

– Oczywiście.

– Nie musisz mi wierzyć, ale to prawda. Obecna epidemia też nie jest chorobą somatyczną, jak ptasia grypa, cholera czy coś podobnego. Nie jest to również atak terrorystyczny.

Mężczyzna przestał mnie przeszukiwać i wstał.

– Mów dalej. Nie jestem idiotą. Byłem w Bośni z dywizją Rainbow. Jeśli to nie choroba, to co?

– Moim zdaniem siła spirytualna. Coś w rodzaju manifestacji złej siły z zaświatów.

Mężczyzna przyglądał mi się bez słowa przez minimum dziesięć sekund. Potem powoli pokręcił głową i roześmiał się. Jeden z jego kolegów zawołał przez ulicę:

– Co masz śmiesznego, Gil?

– Mam wariata!

– Wyglądam na wariata? – spytałem.

Gil zlustrował mnie od stóp do głów.

– Tak, Harry. Zdecydowanie.

Wciąż czułem się przeraźliwie winny temu, że wlałem Tedowi clorox do oczu. Do tego byłem zmęczony, zdezorientowany i koniecznie musiałem pokazać komuś, że mam rację co do tej epidemii.

– Udowodnię ci to – oświadczyłem. – Udowodnię jak cholera.

– Udowodnisz mi? A jakim sposobem?

– Jeżeli pójdziesz ze mną do domu mojej znajomej, będzie mogła ci pokazać, że mówię prawdą. Przeprowadzimy seans i sam zobaczysz.

– Seans? Zapraszasz mnie na seans?

– Jesteś chory na powtarzanie? Tak właśnie powiedziałem: seans. Jeżeli ustalimy, który duch spowodował cały ten chaos, będziemy mogli mu przeciwdziałać. Dokonać egzorcyzmu, wypędzić go albo posłać z powrotem tam, skąd przybył.

Gil uśmiechnął się i zrobił krok do tyłu, dając do zrozumienia, że mam przechodzić.

– Idź, Harry. Chyba przydałyby ci się mocna kawa i zimny prysznic.

– A jeśli zostanę zaatakowany przez „któreś z nich”? Albo dwa naraz?

– Harry…

– A jeśli nie będę miał okazji powiedzieć władzom miasta, dlaczego wszyscy ci ludzie podrzynają innym ludziom gardła? Mogą zginąć tysiące osób. Nawet miliony! Posłuchaj, Giclass="underline" beze mnie to miasto jest skazane na zagładę. Cała Ameryka jest skazana!

Otworzył i zamknął usta, nic jednak nie powiedział. Minął nas pędzący na sygnale radiowóz, za nim jechał następny i następny. Huknęła kolejna eksplozja – basowe, głuche tąpnięcie, gdzieś znad brzegu rzeki Hudson. Poczułem, jak fala uderzeniowa przechodzi pod moimi stopami, jakby chodnik był dywanem, za który ktoś pociągnął.

– Jak daleko mieszka twoja znajoma? – spytał Gil.

– Cztery przecznice stąd. Christopher Street.

– Niech będzie. Podejdę z tobą do bramy, ochronię cię, ale to wszystko. Nie będę brał udziału w żadnym seansie.

Poszliśmy w kierunku Christopher Street. Mój towarzysz nazywał się Gil Johnson i pracował w firmie transportującej fortepiany przy Dwudziestej Piątej. Kiedyś, gdy wciągał steina do apartamentowca przy Pięćdziesiątej Siódmej niej, pękła stalowa lina i fortepian poleciał osiem pięter w dół rozpłaszczając gościa, poszukiwanego przez policję za gwałt i napad z bronią w ręku.

– I co, może to była nadprzyrodzona sprawiedliwość?

Gil miał żonę i dwie nastoletnie córki i ponad wszystko kochał NY Jets.

– Uwielbiam ich… – powiedział z rozmarzeniem.

Udało mu się nawet namówić Freemana McNeila, aby został ojcem chrzestnej starszej córki.

– Kiedy dowiedzieliśmy się z telewizji o tych zabójstwach postanowiliśmy z kumplami zająć się ochroną naszej okolicy Nie ma mowy, aby jacyś chorzy na cokolwiek ludzie poderżnęli gardła mojej rodzinie.

Charles Street nadbiegła grupa złożona z mniej więcej dwudziestu mężczyzn i kobiet, stukot ich nóg brzmiał jak oklaski. Bóg jeden wie, dokąd biegli i co zamierzali robić tam, gdzie się wybierali.

– Rozumiesz, co tu się dzieje, Harry? – spytał Gil. – Bo ja nie.

– Wydaje mi się, że rozumiem, ale nie pytaj dlaczego.

– Coś ci powiem, Harry. – Gil pokazał mi lewe przedramię, na którym miał wytatuowaną ponurą czaszkę. – Kiedy byłem w Bośni, nieraz patrzyłem śmierci w oczy. Patrzyłem prosto w jej nagie oczodoły. Widziałem kolegów, którzy padali od kul i byli rozrywani przez granaty… to, co się tam działo, było szaleństwem… przynajmniej jednak wiadomo było, kto z kim walczy. Walczyliśmy z Serbami, rumuńskimi najemnikami i muzułmanami, choć byli kompletnie szaleni, ale to tutaj jest jak walka ze wszystkim i z niczym.