– Doskonale to ująłeś, Giclass="underline" to walka ze wszystkim i z niczym.
Odwrócił się i pokazał mi prawy biceps, na którym miał wytatuowaną liczbę dziesięć, owiniętą drutem kolczastym i ociekającą krwią.
– To byliśmy my, Oddział Specjalny Numer Dziesięć. Jedna z najtwardszych jednostek, jaka kiedykolwiek istniała. Naszym zadaniem było przenikanie na pozycje wroga i wyjmowanie oficerów… jeśli się dało, żywcem. Zazwyczaj sprawy się pieprzyły i rozwalaliśmy im łby, ale tym właśnie jestem. Może teraz noszę fortepiany, ale w głowie w dalszym ciągu jestem trepem i myślę jak trep.
Przechodziliśmy w tym momencie obok sklepu z alkoholem i ni stąd, ni zowąd zaczął migać neon z reklamą piwa Michelob i numer dziesięć na bicepsie Gila zatańczył, ale ponieważ odbijał się odwrotnie, wyglądał jak litery OI. Chwilę później nad parkiem Battery strzeliła potężna, wielokolorowa błyskawica, po której tuż nad naszymi głowami huknął głośny jak bomba grzmot.
– Jasna cholera… – mruknął Gil.
Mną też to nieco wstrząsnęło, ale z innego powodu. „O” i „i” – otrzymałem dwie nowe litery, a ponieważ zostało to podkreślone przez grzmot, być może były to dwie ostatnie, więc miałem całe słowo. Zatrzymałem się i zacząłem się rozglądać.
– Śpiewająca Skało! Śpiewająca Skało! To ty?!
Gil czekał na mnie z dłońmi na biodrach.
– Zdecydowanie jesteś świrem, Harry. Nie ma najmniejszej wątpliwości.
– Chciałbym. Śpiewająca Skała to mój przewodnik duchowy. Próbuje mi powiedzieć, kto wywołał tę epidemię.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Problem w tym, że musi mi podawać imię w kawałkach, ponieważ gdyby wypowiedział albo napisał je całe, ten stwór przyszedłby po mnie i rozszarpał mi gardło albo zrobił coś podobnie nieprzyjemnego.
– Jeśli tak twierdzisz, Harry…
– Gil, nie możesz mi zaufać? Jak na razie miałem pięć liter: „s”, „t”, „r”, „i” i „g”. Teraz, kiedy patrzyłem na twój tatuaż, ten potężny grzmot dał mi do zrozumienia, że patrzę na kolejne. „O” i „i”. – Uniosłem dłoń i zacząłem odliczać palcach. – Mamy więc S-T-R-I-G-O-I, co czyta się…
– Nie mów tego! – wrzasnął Gil tak niespodziewanie aż podskoczyłem.
Popatrzyłem na niego z przerażeniem.
– Co jest? Chciałem tylko…
– Nie mów tego słowa, człowieku! Znam je! Wiem, c oznacza!
– Jak to… wiesz, co oznacza?
– Używali go w Bośni rumuńscy najemnicy. Było to jak przekleństwo, tyle że znacznie gorsze. Nazywali tak kogoś kogo naprawdę się bali.
– Chcesz powiedzieć, że stri…
– Nie mów tego słowa! Na Boga, to nie może być przypadek! Ludzie zabijali innych ludzi i pili ich krew jak wampiry. To właśnie znaczy to słowo. Znaczy: „wampir”.
– Jaja sobie robisz.
– Nie, Harry, przysięgam. Możesz sprawdzić. To słowo znaczy „wampir” i dlatego twój przewodnik duchowy nie chce go głośno wypowiadać. Nawet w Bośni nigdy nie wymawiali go głośno… chyba że wszyscy się naćpali… ale i wtedy nie mówili o nich tak, jakby to były prawdziwe wampiry.
– Prawdziwe… wampiry? Gil, czy to w ogóle możliwe? Wiem, w telewizji nazywają to „wampirzą epidemią”, ale to dlatego, że ludzie piją krew innych ludzi.
– A czemu nie? Sam powiedziałeś, że tę epidemię spowodował jakiś zły duch. Może właśnie wampiry… prawdziwe, żywe wampiry.
– Gil, nie sądzę, bym wierzył w istnienie prawdziwych, żywych wampirów. „Dzieci nocy… cóż za muzykę grają…” – powiedziałem z akcentem Beli Lugosiego.
– Wierzysz w duchy, prawda? – upierał się Gil. – Wierzysz w te sprawy ze Strefy mroku? Człowieku, właśnie mówiłeś, że masz przewodnika duchowego, który nazywa się Śpiewająca Skała.
– Gil, to ty z nas dwóch miałeś być sceptykiem.
– Tak, ale to słowo! Jezu… nie słyszałem go jedenaście lat, kiedy je wypowiedziałeś, włosy od razu stanęły mi dęba.
– No dobrze, zajmiemy się tym. Zapytamy moją znajomą w czasie seansu.
– Ty ją zapytasz, jeśli masz ochotę. Ja już mówiłem: nie idę na żaden seans, zwłaszcza jeśli zamierzasz podczas niego rozmawiać o wampirach.
– Walczyłeś w Bośni i boisz się wampirów?
– Żartujesz sobie? Boję się wampirów właśnie dlatego, że walczyłem w Bośni.
Wkrótce dotarliśmy do mieszkania Amelii przy Christopher Street. Mieszkali z Bertiem w studio na pierwszym piętrze, w jednym z tych eleganckich dziewiętnastowiecznych apartamentowców, wybudowanych na potrzeby przemysłu odzieżowego – z wysokimi oknami i dekoracyjnymi kolumnami. Parter zajmował sklep Christopher Street Cashmere, w którym sprzedawano męskie swetry w truskawkowym kolorze mężczyznom, gotowym zapłacić czterysta dolarów za taki sweterek. Były też sweterki w kolorze cytrynowym. No i w różowym.
Po schodach z boku budynku doszedłem do oliwkowych frontowych drzwi i wcisnąłem błyszczący mosiężny przycisk, obok którego było napisane CARLSSON. Czekałem i czekałem, aż w końcu Bertie rzucił przez interkom:
– Halo?
– Bertie? To ja, Harry Erskine.
– Na Boga, Harry, co pan tu robi? Nie wie pan, która godzina?
– Bertie, muszę porozmawiać z Amelią. To pilne.
Już panu mówiłem, Harry: nie chcę, aby wciągał pan Amelię w swoje problemy, bez względu na to, na czym polegają Proszę odejść.
– Bertie, uwierz mi, nie niepokoiłbym was, gdyby to nie było konieczne, mówimy jednak o tysiącach ludzkich istnień Także o pańskim, Amelii i moim.
– Przykro mi, Harry, ale muszę przede wszystkim dbać o Amelią.
W tym momencie Gil przysunął usta do domofonu i powiedział:
– Przepraszam bardzo, mówi Gil Johnson, czterdziesta druga dywizja piechoty, Gwardia Narodowa Nowego Jorku. Chyba musimy trochę pomóc Harry’emu.
– Gwardia Narodowa? Czego pan chce? Nie rozumiem.
– Chodzi o tę epidemię, sir. Ten dżentelmen uważa, że wie, co ją powoduje, i chciałby uzyskać pomoc pańskiej żony.
– A jeśli odmówię?
Gil popatrzył na mnie i machnął ręką.
– Zgodnie z prawem stanu wyjątkowego mogę aresztować pana za przeszkadzanie wojsku w wypełnianiu obowiązków i zażądać od pańskiej żony wszelkiej pomocy, jakiej może nam udzielić.
Zapadła długa cisza, po czym zabrzęczał sygnał, że drzwi są otwarte. Pchnąłem je i wszedłem do ciemnego korytarza.
– Idziesz ze mną? – spytałem Gila.
Zrobił niewyraźną minę.
– Bo ja wiem… nie jestem pewien, czy chcą być w to zamieszany.
– Gil, pomyśl o swojej rodzinie. Potrzebuję twojego autorytetu. Jeśli nie wejdziesz, on nie uwierzy w prawo stanu wyjątkowego.
Wcisnęliśmy się do windy i pojechaliśmy na pierwsze piętro. Kiedy drzwi się odsunęły, Bertie już na nas czekał – wysoki mężczyzna z zaczesanymi do tyłu siwymi włosami i eleganckimi okularami na nosie, ze szkłami nieobwiedzionymi metalem, w luźnej beżowej koszuli, luźnych beżowych spodniach i sandałach. Musiałem – acz niechętnie – przyznać, że jest przystojny, choć wyglądał, jakby pił jedynie gazowaną wodę mineralną i jadł szwedzki chrupki chleb.
– Więc przyszedł pan, Harry – mruknął, nie próbując ukrywać niezadowolenia. – Najlepiej będzie, jeżeli wejdziecie do środka.
Wyszliśmy z windy i już byliśmy w mieszkaniu. Apartament był bardzo skandynawski – miał bielone drewniane podłogi i meble, na które od samego patrzenia drętwiał tyłek. Na ścianach wisiało kilka ogromnych obrazów, ukazujących skandynawskie plamy, a w rogu stała abstrakcyjna rzeźba, składająca się z czegoś trójkątnego, zwisającego z chudego prostokątnego czegoś. Niełatwo było pogodzić tę starannie zaaranżowaną pustkę ze starym mieszkaniem Amelii w Village, pełnym książek, foteli, zwiniętych dywanów, lampek do czytania, wyblakłych starych rycin – nie wspominając o kilku obowiązkowych brudnych talerzach.