Zaczął ostrożnie podchodzić do okna, co pół kroku przechodząc nad kolejnymi zwłokami. Kiedy do niego dotarł, zajrzał do szybu wentylacyjnego. Główny budynek miał sześć pięter i trzydziestoczteropiętrową wieżę w północno-wschodnim rogu. Z miejsca, gdzie Frank stał, widać było jedynie oświetlone okna oddziałów i korytarzy po drugiej stronie oraz krzątających się ludzi. Z oddali doleciał pomruk grzmotu. Ta dziwna wyciągnięta postać musiała mu się przyśnić albo ją sobie wyobraził. Tak drapało go w gardle, że ledwie mógł przełykać, a jego skóra zdawała się płonąć.
Właśnie miał się odwrócić od okna, kiedy niebo przeszyła jaskrawa błyskawica i powietrze tak się naładowało elektrycznością, że Frank poczuł mrowienie na całej głowie i mimowolnie zazgrzytał zębami. Rozległ się kolejny trzask, potem jeszcze jeden. Frank popatrzył w górę i w tym momencie zobaczył, co się stało ze stworem i dwójką młodych ludzi, którzy razem z nim wyruszyli z magazynku.
Znajdowali się w dwóch trzecich wysokości szybu, a towarzyszyło im z dziesięć lub dwanaście innych osób, również owiniętych w szpitalne prześcieradła. Wspinali się po nagich pionowych ścianach jak wielkie białe pająki, nie korzystając pomocy wystających parapetów ani końcówek rur.
Frank przyglądał się temu w niemym zdumieniu. Ci ludzie nie żyli – dlatego byli zawinięci w prześcieradła – a jednak spinali się w górę szybu wentylacyjnego i po dotarciu na górę znikali za jego krawędzią, wychodząc na dach szpitala. Co powiedziała Susan Fireman? „Na każdą ścianę da wejść – jeśli się umie wspinać”. Także wtedy, jeśli jest się martwym? Kiedy ostatni wspinacz zniknął, Frank zatrzasnął okno i przekręcił klucz w zamku. Drżał w niemożliwy do opanowania sposób, a jego skóra zrobiła się tak wrażliwa, że z trudem wytrzymywał dotyk ubrania. Musiał komuś opowiedzieć o tym, co widział, kto go jednak wysłucha – zwłaszcza że na korytarzach umierały setki ludzi, a setki kolejnych czekały pod szpitalem, za wszelką cenę chcąc się dostać do środka?
Wyszedł z magazynku, wrócił do kostnicy i stanął pośrodku owiniętych prześcieradłami trupów jak drżąca mumia. Stał tak, kiedy wróciła Helen Bryers.
– Doktorze? – spytała, marszcząc czoło. – Wszystko w porządku? Nie wygląda pan dobrze.
– Niech pani nie otwiera okna w magazynku – powiedział chrapliwie.
– Słucham? Nie jest otwarte.
– Teraz już nie. Zamknąłem je osobiście i zaryglowałem. Niech tak zostanie, bo dzieje się tu coś dziwnego.
Popatrzyła na niego uważnie.
– Przepraszam, panie doktorze, ale nie bardzo rozumiem.
– Komuś udało się wejść do środka. Prawdopodobnie był to złodziej. Przyłapałem go w magazynku, ale uciekł. Gmerał przy zwłokach.
– Co robił? O czym pan mówi?
Aby utrzymać równowagę, Frank musiał się oprzeć o ławę z nierdzewnej stali. Na jej końcu, przy kranach, leżała otwarta walizka, pełna skalpeli i lancetów. Nie mógł się pozbyć myśli, że musi chwycić skalpel i podciąć Helen Bryers gardło. Jedno głębokie cięcie wystarczy i ciepła, ożywcza krew wytryśnie na zewnątrz. Przytknąłby usta do jej szyi i pił, pił i pił, a ból gardła by zniknął, skóra przestałaby swędzieć i nie czułby tego przerażającego pragnienia.
– Doktorze? Może powinniśmy wezwać ochronę? jeśli naprawdę mamy intruza…
Frank skinął głową.
– Ma pani rację. Może powinniśmy. Pójdę porozmawiać z kimś od nich.
Wyszedł na korytarz. Podłoga pochylała się to na lewo, to na prawo i tak mu się kręciło w głowie, że widział świat jak przez obiektyw trzymanej w dłoni kamery. Słyszał krzyki i klekot łóżek transportowych, ale miał wrażenie, że wszystko to przeżywa ktoś inny.
Kiedy szedł przez izbę przyjęć, usłyszał krzyk Deana:
– Frank! Frank!!! Przydałaby mi się pomoc! Odwrócił się i zobaczył, że Dean podtrzymuje klęczącą na podłodze kobietę, która wyrzuca z siebie fontanny krwi, czuł się jednak zbyt rozgorączkowany i wiedział, że nie da się uratować żadnego z tych ludzi, więc choć Dean znów do niego krzyknął, przebił się do wyjścia i wytoczył w noc.
Co teraz? Dokąd iść? Może powinien wrócić do łóżka i spróbować się przespać? Koszmar by się urwał, obudziłby się jak należy i okazałoby się, że nic z tego chaosu nie wydarzyło się naprawdę.
Ulice wokół szpitala były pełne walczących ludzi. Część krzyczała, część klęczała, bełkocząc i kiwając się z boku na bok, większość jednak leżała w milczeniu, wpatrywała się nieruchomymi oczami w niebo i ciężko oddychała przez otoczone warstwą zakrzepłej krwi usta.
– Niech pan ratuje moje dziecko! – zawołała do niego jakaś Murzynka, wyciągając ku niemu ręce z bezwładnym chłopcem, ubranym w przesiąkniętą krwią piżamę. – Na miłość boską, proszę pana… nie chce pan uratować mojego chłopca?
Frank uniósł lewą dłoń, aby na nią nie patrzeć. Sądząc po kącie, pod jakim zwisała głowa chłopca, i po ziejącej w jego szyi ranie, było oczywiste, że nie żyje. Odwracając się, Frank potknął się o ciało leżącej na chodniku kobiety i o mało się nie przewrócił. Noc była tak gorąca, że z trudem oddychał, a skóra tak go paliła, jakby materiał koszuli ją zdzierał. Nie mógł jednak znieść myśli o wodzie. Gdyby spryskał się wodą, skóra na pewno zaczęłaby się odrywać od ciała jak po polaniu wrzątkiem. Musi jak najszybciej napić się świeżej, ciepłej krwi.
Szedł jak pijany wzdłuż policyjnych barierek, gdy nagle ktoś złapał go od tyłu za ramię.
– Doktor Winter? Doktor Winter?
Odwrócił się. Przed nim stał porucznik Hayward Roberts. Policjant wyglądał na zmęczonego i niewyspanego, czerwone i niebieskie światła policyjnych kogutów rzucały na jego spoconą twarz jaskrawe błyski. Niedaleko stał detektyw Paul Mancini i rozmawiał przez telefon komórkowy. Biała koszula Manciniego była rozdarta, a lewe oko miał niemal całkiem zamknięte i zasiniaczone.
Aby się przebić przez hałas syren i tłumu, porucznik Roberts musiał prawie krzyczeć.
– Cieszę się, że pana znaleźliśmy, doktorze! Właśnie rozmawialiśmy z pańskim szefem!
– Tak?
– Dowiedzieliśmy się, co to znaczy tatal nostru! Pomyśleliśmy, rozumie pan… że może nam to pomóc uzyskać kilka odpowiedzi.
– I pomogło? – Frank nie mógł zrozumieć, czemu policjant mu to mówi. Przecież on wie, co to znaczy. Co prawda nie umiał przetłumaczyć wszystkiego słowo w słowo, ale wiedział dokładnie, że kiedy porucznik Roberts mu to powie, wcale nie będzie zaskoczony.
Policjant wyjął wilgotną czerwoną chustkę i wytarł nią sobie twarz, po czym przysunął się do Franka.
– Rozmawiałem o tym z jednym z naszych detektywów komisariacie. Jest Rumunem, nazywa się Cioran.
– Ojcze nasz… – powiedział Frank.
Porucznik Roberts wbił w niego wzrok.
– Zgadza się: Ojcze nasz. Skąd pan wie?
– Nie jestem pewien, ale jeśli się zastanowić, to oczywiste Brzmi jak modlitwa, a którą modlitwę wszyscy dobrze znają? Tatal nostru, carele esti in ceruri… Ojcze nasz, któryś jest w niebie…
– Więc pan się domyślił? Mógł nam pan oszczędzić wycieczki.
– Nie bardzo. Wpadło mi to do głowy dopiero przed chwilą, nie wiem, w jaki sposób. Dobrze jednak, że panowie też spróbowaliście się tego dowiedzieć, przynajmniej mamy pewność. – Zatoczył się lekko. Było mu tak gorąco, że skóra na twarzy musiała pokryć się pęcherzami. – Z kim pan rozmawiał?
– Z pańskim szefem, doktorem Pellmanem, i kilkoma innymi lekarzami, ale nic im to nie mówiło. Uznali wręcz, że to jeszcze bardziej gmatwa sprawę. Dlaczego każdy, kto choruje, zaczyna odmawiać „Ojcze nasz”, do tego po rumuńsku? Jak stwierdził doktor Pellman, można złapać ospę wietrzną albo grypę, ale nie da się złapać języka.