– Może to w takim razie masowa histeria – mruknął Frank. Jezu, ale źle się czuł.
– Jeśli tak, też nie jest to zwykła histeria. Zdaniem doktora Pellmana istnieje mnóstwo przypadków, gdy ludzie uważali, że są opętani przez szatana, przeklinali, gadali bzdury… a wiemy, że tego rodzaju masowa histeria, jeżeli trafi na odpowiedni grunt, potrafi rozpowszechniać się bardzo szybko. Podobno coś takiego miało miejsce w Pensylwanii w tysiąc osiemset osiemdziesiątym roku i w Utah, wśród mormonów. Nigdy jednak nie zaczynano mówić po rumuńsku ani w żadnym innym języku.
– No tak, chyba nie – przyznał Frank. – Też nigdy o czymś takim nie słyszałem, choć nie mam pojęcia, dlaczego teraz z tak się dzieje i jak do tego dochodzi. Ale muszę pana niestety przeprosić… nie najlepiej się czuję i właśnie próbowałem dostać się do domu.
– Nie ma sprawy, doktorze. Możemy pana podwieźć.
– Byłbym bardzo wdzięczny. Chyba już nie wytrzymuję tego stresu.
Porucznik Roberts podszedł do policyjnych barierek i porozmawiał z dyżurnym sierżantem. Sierżant zawołał sześciu albo siedmiu ludzi, by pomogli im przebić się przez tłum do radiowozu. Kosztowało to trochę przeciskania się i kilka razy z oburzeniem na nich nakrzyczano, nikt jednak nie był tak naprawdę agresywny. Po kilku minutach wsiedli do buicka porucznika Robertsa i zatrzasnęli drzwi. Ludzie zaglądali do środka, rozmazywali po szybach i całej karoserii krew, ale wyglądali bardziej na zaciekawionych niż nieprzyjaźnie nastawionych, a kiedy detektyw Mancini uruchomił silnik i zaczął powoli jechać przez ciżbę, odsunęli się i przepuścili ich.
– To się coraz bardziej rozprzestrzenia – stwierdził porucznik Roberts. – Dopóki wy, lekarze, nie ustalicie, co jest przyczyną, nie widzę sposobu, jak można by to powstrzymać. Mamy w mieście tyle zabójstw… ludzi z poderżniętymi gardłami… że straciliśmy nad tym wszystkim kontrolę. Na dodatek nie ma w tym żadnej logiki. Żadnej.
Frank pomyślał o Susan Fireman. Ciekawe, czy była jeszcze w jego mieszkaniu (jeżeli w ogóle kiedykolwiek tam była). Ona chyba znała przyczynę tej epidemii. Mogła wspinać się po pionowych ścianach i wiedziała wszystko o „przechodzeniu na drugą stronę” – bez względu na to, co to znaczyło. Ciemność, cienie i zamknięte skrzynie. Może gdyby porucznik Roberts ją aresztował i przesłuchał, trafiliby na jakiś trop, którym policja mogłaby podążyć.
Dłonie tak go paliły, że aby poczuć choćby minimalną ulgę, musiał ściskać je pod pachami.
Porucznik Roberts odwrócił się do niego.
– Wszystko w porządku, doktorze? – spytał. – Wygląda pan nie najlepiej.
– Nic mi nie jest. To chyba tylko przemęczenie.
– Na pewno. Dopóki nie zacznie pan mruczeć pod nosem Tatal nostru…
– Ja? Nic z tego. Jeszcze w aż tak złym stanie nie jestem. – W głowie dudniło mu jednak: Tatal nostru… carele esf in ceruri… sfinteasca-se numele tau… Niemal słyszał wysoki dziecięcy sopran: Si nu ne duce pre noi in inspita… i nie wódź nas na pokuszenie… ci ne scapa de cel rau… ale nas zbaw ode złego. Amin.
Wkrótce dojechali do mieszkania Franka, znajdującego się przy zadrzewionej uliczce w Murray Hill, i detektyw Mancini podjechał do krawężnika.
– Doktorze, jeśli coś panu wpadnie do głowy, proszą dzwonić – zagadnął porucznik Roberts. – Cokolwiek, nawet jeśli wyda się panu głupie.
– Hm… jest coś takiego. Ta Susan Fireman… dziewczyna, która zachorowała jako pierwsza.
– Co z nią?
– Może to sen albo halucynacja, ale wydaje mi się, że zjawiła się w moim mieszkaniu.
– Zjawiła się w pańskim mieszkaniu…
– Po śmierci, tak? – zapytał Mancini.
– Zgadza się.
Porucznik Roberts przez chwilę się zastanawiał.
– Może powinien pan wziąć sobie trochę wolnego, doktorze – powiedział w końcu. – Taka sytuacja jak ta może bardziej wytrącić człowieka z równowagi, niż się wydaje.
– Nie musi mi pan tego mówić, poruczniku. W końcu jestem lekarzem. Być może cierpię na zespół wyczerpania, przeciążenie stresem albo jakieś odchylenie psychiczne, choć wtedy nie miałem wrażenia, aby to było odchylenie od normy psychicznej. Także w tej chwili go nie mam. Jestem jednak w dziewięćdziesięciu procentach przekonany, że kiedy wejdę na górę, ona będzie tam na mnie czekała.
Porucznik Roberts wydął policzki i znów przez chwilę się zastanawiał.
– Jak mam panu pomóc, doktorze? Panna Susan Fireman jest poszukiwana za podwójne zabójstwo, toteż jeżeli ukrywa się w pańskim mieszkaniu, muszę iść na górę i aresztować ją. Wiem jednak, że panna Susan Fireman nie żyje, dlaczego więc miałbym marnować czas?
– Nie żyje, zgadza się – przyznał Frank. – Byłem na jej sali, kiedy zmarła, ale jakimś sposobem wróciła. Wspięła się do mojego mieszkania, kiedy spałem, i zmusiła mnie…
– Do czego? – spytał Mancini.
– Chyba macie panowie rację… Musiało mi się to przyśnić.
– Do czego pana zmusiła? – powtórzył Roberts.
Frank wahał się, było jednak jasne, że mu nie odpuszczą, jeżeli nie udzieli im jakiejś odpowiedzi.
– Zmusiła mnie do stosunku seksualnego. Ale to pewnie był tylko sen.
Porucznik Roberts wysiadł z samochodu.
– Chyba rozejrzę się po pańskim mieszkaniu, doktorze Winter. Nie wierzę, że panna Fireman tam jest, ale muszę zaspokoić moją bezgraniczną ciekawość.
– Proszę mi uwierzyć, poruczniku…
– Wierzę panu. Wierzę, że pan sądzi, iż panna Fireman odwiedziła pana po śmierci i miała z panem kontakt cielesny, ale chcę się dowiedzieć, dlaczego pan tak uważa.
– Nie ukradłem jej ciała ze szpitala, jeżeli to pan sugeruje. Kiedy wspinała się do mojego mieszkania, była żywa, rozmawiała i miała dość siły na to, aby zmusić mnie do seksu.
– Twierdzi pan, że pana zgwałciła?
– Nie do końca, ale była bardzo przekonująca i bałem się jej. Cóż, każdy by się bał. Miała nie żyć. Nie żyła.
Porucznik Roberts ujął Franka za ramię.
– Chodźmy, doktorze, zróbmy małą inspekcję. Nie potrzebuję nakazu rewizji, bo zaprasza mnie pan do siebie, tak?
– Nie wiem… nie sądzę… naprawdę nie najlepiej się czuję…
– To nie zajmie nawet minuty, doktorze – powiedział porucznik i pomógł Frankowi wejść na schody, mocno trzymając, aby się nie wyrwał. Frank znalazł klucze i otworzył drzwi.
W mieszkaniu było ciemno, więc zapalił halogeny. Porucznik Roberts przeszedł na środek salonu i zaczął się rozglądać podczas gdy detektyw Mancini ruszył do kuchni.
– Bardzo eleganckie mieszkanko – stwierdził porucznik i wziął do ręki małą chromowaną statuetkę nagiej tancerki. – Jon Diavolo. Musiało kosztować kilka wyleczonych wrzodów żołądka.
– Dostałem to w prezencie od siostry.
Porucznik Roberts odstawił figurkę. Wziął do ręki książeczką zapałek z restauracji „Red Bench” przy Sullivan Street – kiedyś knajpy mafii, a teraz miejsca chętnie odwiedzanego przez chcących się czegoś napić mieszkańców SoHo, którzy nie lubią turystów.
– Mówił pan, że którędy weszła panna Fireman?
– Nie mówiłem, którędy weszła, ale otwarte było tylko okno w sypialni.
– Pokaże mi pan?
Frank zaprowadził go do sypialni. Pościel w dalszym ciągu była zmięta, a poduszki rozrzucone po podłodze.
– Ciężka noc? – spytał porucznik Roberts. Frank wzruszył ramionami, nic jednak nie powiedział. Nie był w stanie mówić – gardło miał w strasznym stanie, a skóra paliła, jakby poparzył się na słońcu i potem wszedł do wanny z wrzątkiem.