Выбрать главу

Porucznik Roberts obejrzał okno.

– Nie widzę sposobu, aby ktoś mógł tędy wejść. Nawet człowiek guma.

– Naprawdę muszę się położyć – stwierdził Frank. Może kiedy okręci się prześcieradłem i zwinie w łóżku w kłębek, a przestanie go tak strasznie piec. Boże, pomóż… Tatal nostru, carele esti in ceruri.

– Chce się nas pan pozbyć? – spytał porucznik. Otworzył szafę i przyglądał się starannie powieszonym koszulom i garniturom. – Ładne materiały. Dobrze jest poznać mężczyznę, który dba o swoje ubrania.

W tym momencie wszedł detektyw Mancini.

– Nikogo? – spytał Roberts.

Mancini pokręcił głową.

– Sprawdziłem nawet w koszu na brudną bieliznę.

– No to świetnie… wygląda na to, że trzeba wracać na komisariat i dołożyć swoje do ogólnego poczucia beznadziei. Dziękujemy za pokazanie mieszkania. Niech pan odpocznie i zje coś porządnego.

Za otwartymi drzwiami sypialni Frank dostrzegł szybkie blade mignięcie. Z początku wydało mu się, że to biel koszuli Manciniego odbiła się w wiszącym w przedpokoju wysokim lustrze, kiedy jednak detektyw odsunął się od lustra, Frank stwierdził z przerażeniem, że to Susan Fireman. Miała na sobie prostą białą tunikę, a jej twarz wyglądała jak posypana mąką. Nie było jej jednak w przedpokoju.

Znajdowała się we wnętrzu lustra – jakby lustro stanowiło wejście do sąsiedniego pokoju.

Detektyw Mancini stał tyłem do lustra, nie mógł jej więc widzieć, choć odległość między jego plecami a lustrem wynosiła nie więcej niż piętnaście centymetrów.

– To co, idziemy, poruczniku?

– Aha… – Porucznik Roberts postanowił jeszcze dla pewności zajrzeć pod łóżko.

Frank zaczął krzyczeć, ale głos miał tak zachrypnięty, że trudno go było zrozumieć.

– Uwaga! Na Boga! Ona tu jest! Za panem! Jest tam!

Susan Fireman popatrzyła na Franka i uśmiechnęła się niego konspiracyjnie.

– Uwaga!

Detektyw Mancini zmarszczył czoło.

– Co? Gdzie?

Zaczął się odwracać, ale ręce Susan już wystrzeliły z lustra i mignęła stal. Silnym ukośnym cięciem poderżnęła mu gardło na całej szerokości szyi i kołnierzyk jego koszuli natychmiast się zaczerwienił. Mancini zrobił niepewny krok do przodu, jakby chciał odzyskać równowagę, potem jeszcze jeden. Był niepomiernie zdziwiony. Jego głowa odchyliła się do tyłu i z szyi trysnęła potężna fontanna krwi, sięgając do sufitu i opryskując ściany w kolorze magnolii. Po chwili osunął się na bok i uderzył o komodę w przedpokoju – waląc twarzą prosto w mosiężne uchwyty szuflad. Znieruchomiał na brzuchu, jedynie jego stopy podrygiwały w rozpaczliwym tańcu.

– Co to ma, kurwa… – wymamrotał porucznik Roberts. Sięgnął za pazuchę, aby wyciągnąć broń, ale był za wolny jak na Susan Fireman. Wyszła z lustra i – błysk światła – już stała pośrodku pokoju, wyglądała jednak, jakby sfilmowano ją specjalną kamerą, pokazującą równocześnie kilkanaście tych samych, nałożonych na siebie z lekkim przesunięciem postaci. Porucznik zaczął odwracać się ku niej, pistolet miał już do połowy wyciągnięty z kabury, ale znów błysnęło i Susan znalazła się za jego plecami.

– Susan! – krzyknął Frank, było już jednak za późno. Dziewczyna tak szybko poderżnęła porucznikowi gardło, że nie było widać ruchu. Spod brody Robertsa trysnęła krew i natychmiast zaczerwieniła koszulę.

Susan Fireman pchnęła porucznika na kolana, przytrzymując go przy tym za kołnierz, aby nie upadł na twarz. Popatrzyła na Franka bladobłękitnymi oczami, które niemal wyskakiwały jej z orbit.

– Masz! – zawołała. – Tego potrzebujesz! Od razu poczujesz się lepiej.

Złapała garść skręconych siwych włosów porucznika Robertsa i odciągnęła jego głowę do tyłu, poszerzając ranę na szyi. Cięcie było bardzo głębokie – przecięło mięsień mostkowo-obojczykowo-sutkowy oraz żyłę tętnicę szyjną.

Frank patrzył z przerażeniem to na ranę, to na Susan. Jej twarz niemal świeciła z podniecenia.

– Popatrz na to! – powiedziała. – Pozwolisz się temu zmarnować?! Boże drogi, Frank, jeśli ty nie wypijesz, sama to zrobię!

Jako lekarz, Frank przysięgał, że nigdy nikomu nie zrobi krzywdy. Przede wszystkim nie wolno mu było udawać Boga, ale porucznik Roberts prawdopodobnie stracił już przytomność i nie było najmniejszej szansy na uratowanie mu życia. Skóra Franka płonęła coraz bardziej. Czuł się, jakby polano go benzyną i podpalono, a gardło tak mu wyschło i ścisnęło się, że struny głosowe na pewno zostały uszkodzone.

Było coś jeszcze. Rosła w nim potężna potrzeba, niemożliwa do powstrzymania jak wypływający na powierzchnię oceanu rekin, przyciągany zapachem krwi. Frank nigdy dotychczas nie zdawał sobie sprawy z tego, jak intensywnie pachnie krew. Czuł to teraz. Była ciepła, metaliczna, pulsująca życiem. Mimo cierpienia – choć może właśnie z jego powodu – zaczął mu sztywnieć członek, a w ustach zebrała się ślina.

Boże, wybacz mi. Jeszcze przez chwilę się wahał, ukląkł jednak, lewą ręką ujął podbródek porucznika Robertsa, a prawą dłoń położył płasko na jego klatce piersiowej, by móc jeszcze dalej odchylić mu głowę. Krew sikała z tętnicy szyjnej policjanta przynajmniej na dwadzieścia centymetrów i kiedy Frank się pochylił, ochlapała mu najpierw policzek, potem nos. Przez ułamek sekundy wierzył jeszcze, że znajdzie w sobie siłę, aby się odwrócić, ale krew chlusnęła na jego usta i kiedy odruchowo ją zlizał, jej smak kazał mu zapomnieć o wszystkim innym. Z chciwym stęknięciem przycisnął wargi do rany na szyi porucznika i krew wtryskiwała mu sama w głąb ust. Jej zapach był niesamowity, a smak był mieszaniną smaku żelaza, melasy, surowego mięsa, ostryg i soków podnieconych kobiet. Kiedy ją połknął, niemal natychmiast jego gardło zaczęło się otwierać i poczuł niezwykle przyjemny chłód, który pojawił się na czubku głowy i spływał niżej, jakby ktoś o chłodnych dłonią głaskał go powolnymi ruchami z góry na dół. Połykał i połykał. Nie był w stanie połknąć naraz tyle, ile by chciał. Członek tak mu zesztywniał, że aż zaczął boleć, a kiedy strumień krwi z tętnicy szyjnej porucznika Robertsa zaczął słabnąć i Frank musiał ssać, aby jeszcze trochę wyciągnąć, wytrysnął i jego majtki wypełniły się lepkim gorącym nasieniem.

Pił jednak dalej i pił, łapczywie chwytając powietrze, aż nagle łyknął za dużo, zachłysnął się i zwymiotował ostatnią porcję tego, co wypił, zalewając krwią przód marynarki Robertsa.

Powoli uniósł głowę. Susan Fireman patrzyła na niego z wyrazem twarzy, jakiej nigdy przedtem nie widział u żadnej ludzkiej istoty. Przypominał grymas na twarzy skośnej cienistej istoty, którą widział w kostnicy. Była to mieszanina pogardy, współczucia i ulgi – jakby Frank był synem marnotrawnym, który w końcu postanowił jednak wrócić do domu.

12

Bracia krwi

– Nie mogę ci pomóc, Harry – powiedziała Amelia. – To nie twój wujek Walter, który próbuje się na tobie zemścić, bo sprzedałeś jego cenną kolekcję znaczków.

– Amelio, nigdy nie miałem wujka Waltera.

– Oczywiście, że nie miałeś. Chcę ci jedynie powiedzieć, że to za wysoka półka jak dla mnie.

– Ale przecież jesteś najlepsza! Jesteś asem asów!

Amelia energicznie pokręciła głową.

– Kiedy chodzi o rzeczy na małą skalę, takie jak czyjś zmarły kuzyn, nadaję się. Z czymś takim umiem sobie poradzić. Żona umiera, mąż poznaje kogoś nowego i żeni się. Żona nie żyje, ale jest w dalszym ciągu zazdrosna, więc zaczyna rzucać po kuchni garnkami i patelniami albo kiedy jej mąż chce się kochać z nową wybranką, rozsiewa w sypialni niemiłe zapachy. Z takim duchem mogę rozmawiać, negocjować, uspokoić go. Mogę sprawić, aby zrozumiał, że życie toczy się dalej… nawet jeśli jego już nie ma na tym świecie. Ale to, z czym mamy teraz do czynienia, to coś całkowicie innego. Tego rodzaju istoty to jeden z powodów, dla których zrezygnowałam z jasnowidzenia. Harry, to bardzo głębokie wody i łatwo w nich utonąć.