Odstawiłem na stolik butelkę z piwem, z której już miałem zamiar upić łyk.
– Amelio, byłaś wspaniała, kiedy Misquamacus się inkarnował. Był najlepszym indiańskim czarownikiem w historii, a ty okazałaś się od niego znacznie lepsza. Gdyby nie ty, nie dowiedzielibyśmy się, kim on jest ani co uknuł.
Bertie odchrząknął.
– Harry, jeżeli moja żona uważa, że nie da rady ci pomóc, musisz się z tym pogodzić.
– Ale ona może nam pomóc. Musi. Kto inny byłby w stanie?
Amelia wzięła do ręki kartkę z napisanym na niej słowem STRIGOI.
– Twój przyjaciel Gil ma całkowitą rację. To jest jedno z rumuńskich słów, określających wampira. Nie wiem wiele na ich temat… tylko tyle, ile mi powiedział mój przyjaciel Razvan Dragomir. Ale są to podobno prawdziwe, żywe wampiry, nie wampiry z baśni, i do dziś większość Rumunów się ich boi… i to nie tylko chłopi, ale także mieszkańcy miast, wykształceni ludzie, doktorzy, profesorowie uniwersyteccy i prawnicy.
– Więc miałem rację, że chodzi o inwazję wampirów?
– To absurdalne! – zawołał Bertie. – Tylko dlatego, że się czegoś nie rozumie, nie można od razu zakładać, że to nadprzyrodzone! Wampiry! Czyżbyśmy byli dziećmi? Nie ma czegoś takiego jak wampiry!
Nikt się nie odzywał, patrzyliśmy jedynie po sobie z Amelią jak uczniowie, czekający, aż rozzłoszczony nauczyciel przestanie się wydzierać.
– Mam nadzieję, że za kilka dni lekarze odkryją, iż ta choroba jest spowodowana przez patogen, który zaraża ludzi apetytem na krew ich bliźnich. Kiedy ten patogen zostanie wyizolowany, fachowcy sporządzą antidotum. Wszystko odbędzie się naukowo, przyjacielu, i nie będzie miało nic wspólnego z czosnkiem, krzyżami i wbijaniem kołków w serce.
– Tak sądzisz? W takim razie dlaczego Śpiewająca Skała dał mi litery, które oznaczają po rumuńsku wampira? To nie było zbyt naukowe.
– Nie – przytaknął Bertie. – To była twoja rozgorączkowana wyobraźnia, rozpędzona jak mysz w obrotowym młynku.
– Daj spokój, Bertie…
– Harry, on nie wierzy w duchy, demony i tego typu sprawy – wtrąciła się Amelia. – Uważa, że są spowodowane przez zakłócenia w pracy mózgu.
– Przez aberracje funkcjonowania jądra migdałowatego – sprecyzował Bertie. – To ośrodek ludzkiego strachu.
Popatrzyłem na niego z niedowierzaniem.
– Amelia nie opowiadała ci o Misquamacusie?
– Oczywiście, że opowiadała. Opowiadała mi o wszystkim, co się z nią działo, zanim się poznaliśmy.
– Misquamacus nie był aberracją dalajlamy. Był indiańskim czarownikiem sprzed trzystu lat i reinkarnował się na karku kobiety, mojej żony. Widzieliśmy to na własne oczy. Ja widziałem, Amelia widziała. Misquamacusowi niemal udało się zebrać najpotężniejsze siły, jakie znał pradawny świat: burze, błyskawice, trzęsienia ziemi. Mógłby obrócić Manhattan w perzynę. Gdyby nie Amelia i Śpiewająca Skała… no cóż, Bóg wie, co by się stało. Wszystko odbyło się jednak naprawdę.
Bertie pokiwał głową.
– Jestem przekonany, że postrzegaliście to jako prawdę.
– Zaprowadzić cię do doktora Hughesa? Był w Sisters of Jerusalem, kiedy Misquamacus się reinkarnował, i stracił wtedy przez niewidzialnego jaszczura trzy palce. Może jemu powiesz, że sobie to wyobraził? Zginęło jedenastu policjantów. Może powiesz ich rodzinom, że to wszystko im się tylko wydawało? Szkoda, że ich dzieci nie są w stanie postrzegać, jak ich ojcowie wracają do domów.
Bertie wstał.
– Harry, nie zamierzam dyskutować z tobą o naturze rzeczywistości. Mówię jedynie, że niezależne od tego, czy masz rację, czy nie, Amelia nie weźmie w tym szaleństwie udziału.
Popatrzyłem na Amelię. Taki wyraz twarzy widział u niej dotychczas tylko raz. Był w nim smutek, że coś odeszło i nigdy nie da się już tego odzyskać. Może chodziło o młodość, może o szczęście, może o odwagę. A może o wszystko razem?
– No to świetnie – mruknąłem. Miałem ochotę spytać Amelię, jakie jest jej zdanie w tej sprawie, ale to nie byłoby fair. Kiedyś może była Amelią Crusoe, jasnowidzem i medium z kręconymi włosami i dzwoniącymi kolczykami, teraz jednak była panią Amelią Carlsson i nie miałem prawa żądać od niej nielojalności wobec męża, nawet jeśli okazał się kompletnym dupkiem.
– Idź do Razvana – odezwała się. – Na pewno będzie potrafił ci pomóc. Napisał kilka książek o rumuńskich siłach nieczystych i jest chyba najlepszym znawcą legend o wampirach poza Bukaresztem. Jest też bardzo wrażliwy. Poznaliśmy się na konferencji mediumistycznej w White Plains.
– To nonsens – oświadczył Bertie ze zgryźliwym uśmieszkiem. – Po co marnować czas Harry’ego na takie bzdury?
Amelia napisała na kartce notesu nazwisko i adres, oderwała ją i podała mi. Bertie zrobił pogardliwe PFFFT!, ale nie próbował jej przeszkodzić.
– Dzięki – powiedziałem, po czym zwróciłem się do Bertiego: – Przepraszam, nie powinienem był przychodzić. Nie zamierzałem cię zdenerwować.
– Nie ma sprawy. To stąd, że wychowano mnie pragmatycznie i wierzę w naukę, a nie w przesądy. – Objął żonę ramieniem. – Kiedy poznałem Amelię, uznałem, że moim życiowym wyzwaniem jest pokazać jej, iż niezależnie od tego, jak dziwne rzeczy się zdarzają, nie da się ich wyjaśnić za pomocą magii, kart albo kryształowej kuli.
Odprowadził nas do drzwi.
– Dzięki za piwo – rzekł Gil i kiwnął Amelii głową. – Dziękuję pani. Dziękuję, że pani spróbowała.
Gdy znaleźliśmy się na ulicy, stanął i popatrzył na mnie.
– Harty – zaczął z wielką powagą. – Wierzę ci.
– W co?
– Ta epidemia. To wampiry, prawda?
– Tak sądzę. Albo inna nadprzyrodzona siła.
– Jestem gotów się o to założyć. Widziałeś twarz tej facetki, kędy pokazałeś jej kartkę? To była mina człowieka, który naprawdę do głębi się przestraszył. Znam się na tym. Widziałem takie miny w Bośni.
– Jestem pewien, że gdyby mężulek jej pozwolił, przekonałbym ją, aby nam pomogła.
– Nie wiem tego, ale jestem przekonany, że nie udawała. Zobaczyła to słowo i zbielała. Dlatego ci wierzę. Byłoby jej znacznie łatwiej, gdyby skłamała, bo mąż nie wierzy w wampiry i dokucza jej z tego powodu, ale powiedziała prawdą, a jeśli ona uważa, że epidemię powodują wampiry, i ty uważasz, że epidemię powodują wampiry, to ja też tak uważam.
W tym momencie zadzwonił mój telefon komórkowy. Amelia.
– Harry? Posłuchaj… przykro mi, że nie mogłam więcej pomóc, ale Bertil… no cóż, bardzo mnie chroni i jest też trochę zazdrosny o ludzi, których znałam, zanim mnie spotkał.
– Nie przejmuj się. Idziemy właśnie z Gilem do twojego rumuńskiego znajomego. Będę cię informował na bieżąco, co się dzieje, może dasz nam jakąś przydatną wskazówkę.
– Harry?
– O co chodzi?
Nie wiem, dlaczego powiedziałem „o co chodzi?”, bo doskonale wiedziałem, co ma na myśli. To tak jak wtedy, gdy człowiek spotyka byłą dziewczyną z młodości, podnosi w górę jej tłustego dzieciaka i mówi: „Jest naprawdę wspaniały” – ale tak naprawdę chciałby powiedzieć: „Pamiętasz, jak leżeliśmy na trawie, słońce świeciło przez drzewa i poza nami nie istniało nic na świecie?”.