Выбрать главу

– Mister Harry, proszę. – Jenica odsunęła zasłonę i wskazała dłonią, abym szedł pierwszy. Kiedy ją mijałem, musnąłem ramieniem jej piersi i poczułem zapach perfum, przypominających mieszankę zmiażdżonych róż, Turkish Delight i piżmowego zapachu ciepłych włosów. Chyba nie mógłbym się spotykać z Jenicą – nawet gdyby zechciała się ze mną umówić – bo musiałbym przez cały wieczór ukrywać, że mi stoi.

– Tędy. – Jenica poprowadziła mnie wąskim wytapetowanym korytarzykiem. Na końcu były drzwi, które otworzyła, po czym wzięła mnie za rękę jak dziecko. Znalazłem się w najbardziej niezwykłej łazience, jaką kiedykolwiek widziałem. Była urządzona jak mauretańska świątynia – pełna kolumn, łuków i błękitnej ceramicznej mozaiki, w okna wstawiono zielone matowe szyby z namalowanymi czaplami i skaczącymi rybami – i było w niej echo. Jenica otworzyła bogato rzeźbioną apteczkę i wyjęła kilka bawełnianych płatków oraz buteleczkę żółtego płynu odkażającego.

– Jest pan odważny? – spytała.

– Trochę bólu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Nasmarowała ranę płynem, który tak piekł, że syknąłem.

– Musi pan być bardzo, bardzo odważny, jeśli chce walczyć ze strigoi – mruknęła.

Popatrzyłem na nią uważnie.

– Powiedziała pani to słowo. Na głos.

– Oczywiście. Niektórzy ignoranci myślą, że mówienie go jest niebezpieczne, ale niebezpieczne jest wymawiać tylko imię konkretnego strigoi.

– Rozumiem. – W tym momencie dotarło do mnie, że nie otrzymałem pełnej informacji. Śpiewająca Skała powiedział, że mam szukać wampira, ale nie powiedział którego.

Patrzyliśmy na siebie z Jenicą i oboje wiedzieliśmy, że patrzymy sobie w oczy, a spoglądamy w przepaść.

13

Krwawe polowanie

Nie mógł powstrzymać dygotu. Termostat klimatyzatora w sypialni wskazywał trzydzieści pięć stopni Celsjusza, Frank był jednak przemarznięty do szpiku kości, jakby wyjęto mu szkielet, przetrzymano go przez noc w zamrażalniku, a potem włożono z powrotem. Nawet jego zęby sprawiały wrażenie zamrożonych.

Nie miał pojęcia, która jest godzina, ale wiedział, że stało się coś koszmarnego. Kiedy przełykał, czuł posmak metalu, a jego podniebienie było śliskie, jakby pokrywała je gruba warstwa tłuszczu. Pamiętał mgliście krzyki, krew i walkę, ale jego mózg nie chciał się skupić na szczegółach. Może uczestniczył w jakimś poważnym wypadku i doznał szoku?

Nie wiedział, że umiera.

Próbował usiąść. Po dwóch próbach udało mu się podeprzeć łokciem. W tym momencie ujrzał siedzącą w nogach łóżka Susan Fireman. Obserwowała go. Na zewnątrz było jeszcze ciemno, ale miasto wydawało się spokojniejsze – nie słyszał terkotu helikopterów ani tak wielu syren.

– Zimno mi – wycharczał.

Susan Fireman wstała, płynnym krokiem podeszła bliżej opatrzyła na niego z uśmiechem na ustach.

– To już długo nie potrwa – powiedziała. – Ty zająłeś się mną, teraz ja zajmę się tobą.

– Tak mi zimno… dlaczego jest mi tak zimno?

– Zaraz przestanie ci być zimno, Frank.

Położył się z powrotem.

– Co się ze mną dzieje?

Pogłaskała jego zakrwawione czoło opuszkami palców, po czym possała je.

– Przeżyłeś największą przygodę, jaka może się komuś przydarzyć.

– Nie rozumiem.

– Zrozumiesz, Frank, kiedy przejdziesz na drugą stronę, zrozumiesz. Wszystko stanie się dla ciebie całkiem jasne: tak, jakby wzeszedł księżyc.

– Księżyc?

– Oczywiście. Już nigdy nie zobaczysz słońca.

Frank spał i śniło mu się, że biegnie po wydmach w Hyannis, na Cape Cod, gdzie mieszkał w dzieciństwie. Wiatr szarpał go za uszy, a długie trawy smagały po łydkach. Zdawał sobie sprawę, że coś jest nie tak, nie umiał jednak określić co. Odwrócił głowę, by zobaczyć, kto za nim biegnie, ale był sam. Były tylko wydmy, chmury i powoli krążące mewy.

Niebo było tak ciemne, że aż prawie czarne – jak w nocy.

Kiedy wspinał się na wydmy, kierując się w stronę drogi, ujrzał jaskrawy błysk światła. Po chwili błysnęło ponownie – tak mocno, że musiał osłonić oczy dłonią. Przebijał się z trudem przez głęboki, miękki piach, aż doszedł do białego płotu. Mniej więcej pięćdziesiąt metrów dalej stał stary czarny mercury marquis o bokach pobrudzonych smarem. Przypominał samochód, który kiedyś należał do jego dziadka, ale po chwili Frank uświadomił sobie, że to karawan, i z tyłu leży trumna z szarego metalu. Na fotelu kierowcy siedział jednak dziadek Stephen z siwymi włosami tak zaczesanymi, że wyglądały jak aureola i wpatrywał się w ocean.

Tuż przed samochodem stała Susan Fireman. Była naga jedynie na głowie miała czarny kapelusz, który wyglądał, jakby zrobiono go ze sztywnego czarnego papieru. Trzymała lustro z sypialni Franka i Susan ustawiała je tak, aby odbijało światło i raziło go w oczy.

Doszedł do asfaltu i ruszył w jej kierunku. Pod nogami chrzęścił mu piasek.

– Co tu robisz? – krzyknął do niej, ale jego głos był cichy i stłumiony, jakby krzyczał do metalowego wiadra.

Nie odpowiedziała, lecz kiedy podszedł do niej, uniosła głowę i uśmiechnęła się. Miała ciemnoczerwone oczy.

– Co się dzieje? – spytał.

– Nie możesz już wychodzić na słońce, więc pomyślałam, że pewnie będziesz chciał zobaczyć jego odbicie, aby je zapamiętać.

Odwrócił się. Za plecami miał noc. Niebo było ciemne, a ocean zamienił się w cienką, fosforyzującą linię piany. Ale w lustrze było jasno i Frank widział błyszczący piasek.

– Co się dzieje? – powtórzył.

– Nie wiesz? Przechodzisz na drugą stronę. Tutaj zaraz wzejdzie słońce. Wejdź do lustra, będziesz tam bezpieczny aż do zapadnięcia ciemności.

– Co to znaczy: „wejdź do lustra”?

– Lustro to wrota, Frank, nie ściana. Lustro to przejście.

– Nie mogę w nie wejść. To niemożliwe.

– Chodź, Frank. Jesteś teraz jednym z bladych. Możesz robić wszystko, na co tylko masz ochotę. Możesz wspinać się po ścianach i wchodzić do wnętrza luster.

Obeszła go i stanęła naprzeciwko lustra. Popatrzyła na Franka, po czym weszła do wnętrza lustra i połączyła się z własnym odbiciem jak w kalejdoskopowej ruchomej mozaice. Frank wyraźnie widział, że stoi w lustrze, w promieniach słońca a nie obok niego, w ciemności. Roześmiała się, ale jej śmiech brzmiał, jakby dolatywał zza zamkniętego okna. Rozejrzał się zaniepokojony. Wiatr się wzmagał, a on był sam. Dziadek też zniknął. Czarny karawan był pusty, jego boki okrywała rdza, a szyby zmętniały.

– Chodź, Frank – powiedziała Susan Fireman. – Wystarczy jeden krok.

– Nie chcę.

– Musisz, Frank. Nie masz wyboru.

– Powiedziałem: nie chcę!

W tym momencie ujrzał coś na linii brzegowej, jakieś osiemset metrów za Susan Fireman, dokładnie na skraju wody. Było wysokie i kanciaste i szło prosto na nią. Przypominało mu to scenę z Lawrence’a z Arabii – ubranego w czarną tunikę Araba, idącego do Lawrence’a przez pustynię, ale zbliżająca się do Susan Fireman postać była tak bardzo wyciągnięta i nieproporcjonalna, że przypominała raczej niezgrabne połączenie człowieka i konia albo coś całkiem innego, coś potwornego.

Po chwili Frank rozpoznał w niej istotę, z którą miał do czynienia w magazynku za kostnicą w Sisters of Jerusalem. Dostrzegł twarz, najpierw pochyloną w jedną stronę, potem w drugą, i ciągle zmieniające się oczy – w jednej chwili były to kamienne oczy ogrodowego pomnika, a w następnej szkliste bursztynowe oczy leżącej na podłodze tygrysiej skóry.