Dziwna postać zbliżała się do Susan Fireman z ogromną prędkością, rosnąc coraz bardziej i bardziej i wzbijając za sobą wysoko w górę smugę piasku, którą rozwiewał wiatr.
– Frank, pospiesz się! – zawołała Susan. – On będzie cię ścigał bez względu na to, co zrobisz!
Odwrócił się. Najchętniej by uciekł, ale wiedział, że śni, a w snach nigdy nie potrafił szybko biegać. Ciemna wyciągnięta Postać była tak blisko, że prawdopodobnie go dogoni, zanim zdąży dotrzeć do wydm.
Mógł zrobić tylko jedno. Cofnął się trzy kroki i podniósł z ziemi kawał pękniętej cegły. Podszedł z nią do lustra i uderzył z całej siły prosto w miejsce, gdzie widać było twarz Susan Fireman. Lustro pękło, uderzał jednak dalej, aż nie pozostało nic poza migoczącą kupką szkła i pustą owalną ramą.
Upuścił cegłę i cofnął się. Było mu tak zimno, że ledwie był w stanie myśleć, ale miał wrażenie, że się uratował – przynajmniej na chwilę. Stał i patrzył, jak wschodzi księżyc, okolony pustą owalną ramą jak twarz dawno zmarłego przyjaciela.
Otworzył oczy. Sypialnię wypełniało rozmazane dzienne światło. Leżał długo bez ruchu, gapiąc się tępo w sufit i próbując odepchnąć przepełniające jego ciało, paraliżujące ruchy zimno. Bał się, że gdy się poruszy, pękną mu łokcie i kolana, a palce rozkruszą się na kawałki. Nadal jednak żył.
W końcu słońce przesunęło się na skraj łóżka. Kiedy dotknęło palców jego stóp, poczuł się, jakby mu je przypalano. Skóra natychmiast dostała bąbli, a w górę uniosły się cienkie strużki dymu, ale przynajmniej zrobiło mu się cieplej.
Zdawał sobie sprawę, że wszystko, co mu się przydarzyło, było realne. Susan Fireman, epidemia picia krwi, zapełniona trupami kostnica. Owinięci prześcieradłami ludzie, wspinający się w górę szybu wentylacyjnego i wychodzący na dach szpitala. Ciemna, kanciasta istota o oczach, które zmieniały się z kamienia w szkło. Wszystko to naprawdę się wydarzyło, a on w tym uczestniczył.
Przypomniał mu się ostatni sen – plaża w Hyannis i rozbite lustro. Powoli, z jękiem bólu, uniósł nieco głowę i popatrzył w kąt pokoju.
– Jezu… – szepnął. Z antycznego lustra generała Granta pozostała pusta owalna rama, z której wewnętrznego brzegu wystawały małe kawałeczki szkła. Pod ścianą leżało ciężkie pudełko z czarnego onyksu, które dostał od Christiny na trzydzieste drugie urodziny – jedyny otrzymany w życiu prezent, jaki naprawdę mu się podobał.
Przesunął się, aby móc zajrzeć przez otwarte drzwi sypialni przedpokoju. Z początku nie rozumiał, na co patrzy, ale po chwili pojął, że ktoś leży na dywanie. Widać było błyszczące czarne buty, ciemne nogawki spodni i dłoń z grubym sygnetem na palcu. Uniósł jeszcze kawałek głową i stwierdził, że to porucznik Roberts, którego krew pił – ciepłą i gęstą, prosto z rany na jego szyi.
– Hhrrgh… – wycharczał. To nagłe wspomnienie sprawiło, że jego żołądek się skurczył i zaczął nim wstrząsać odruch wymiotny, raz za razem, aż gardło tak go zabolało, że musiał przestać.
Głowa opadła mu ciężko na poduszkę i leżał bez ruchu przez przynajmniej godzinę, wyczerpany i rozgorączkowany. Muszę wstać, myślał. Muszę stąd wyjść. Muszę poszukać pomocy. Jeżeli tego nie zrobi, minie kolejny dzień, ciemność powróci i znów przyjdzie po niego Susan Fireman. I znów przyprowadzi ze sobą tę kanciastą, pochyloną istotę.
Powoli i z wielkim bólem, jak człowiek dwa razy starszy, usiadł i opuścił nogi z łóżka. Łóżko wyglądało jak jakiś niesamowity egzemplarz iluminacyjnej instalacji. Prześcieradła pokrywała warstwa zeskorupiałej krwi i były poskręcane w dziwaczne kształty, przypominające twarze torturowanych ludzi. Frank złapał za wezgłowie i podciągnął się do pionu. Przez chwilę miał wrażenie, że cała krew odpłynęła mu z głowy i zaraz zemdleje, wziął jednak kilka głębokich oddechów i uspokoił się.
Wyszedł sztywno z sypialni i przeszedł przez ciało porucznika Robertsa. Rana w jego szyi była tak wielka, że widać było przez nią otwartą tchawicę. Oczy porucznika patrzyły tępo w przestrzeń, a jego twarz była szara, jakby posypano ją popiołem z krematorium. Frank popatrzył na niego.
– Przepraszam, stary. Spoczywaj w pokoju. – Nie wiedział, jakiego Roberts był wyznania i nie przyszło mu do głowy nic innego.
Kawałek dalej leżał detektyw Mancini. Miał zamknięte oczy, ale na jego twarzy malowało się przerażenie. Ręce i nogi były porozrzucane pod dziwnymi kątami, a usta wykrzywione jakby udusił się ością. Także i jego szyję rozpłatano, a barwa skóry na twarzy wskazywała, że wyssano z niego całą krew. Na podłodze Frank zobaczył rozpryski krwi, więc pewnie była to sprawka Susan Fireman.
Zrobiło mu się niedobrze. Poszedł do kuchni, zwiesił głowę nad zlewem i zwymiotował skrzepnięte grudki na wpół strawionej krwi. Były ciemnoczerwone, jak surowa wątroba, i zsunęły się przez otwór odpływowy jak żywe. Stał nad zlewem niemal przez pięć minut, mięśnie brzucha kurczyły się i rozkurczały, w końcu jednak udało mu się wyprostować, oderwać płachtę papierowego ręcznika i otrzeć usta.
Jezu… lekarzu, lecz się sam. Nie chciał umierać, zwłaszcza jeżeli miało to oznaczać odrodzenie się w takiej postaci jak Susan Fireman czy inni ludzie, biegający po mieście w poszukiwaniu ludzkiej krwi. Wiedział, że jest bardzo chory, ale jeżeli to była choroba, może można ją było jakoś wyleczyć?
Przyciągnął sobie krzesło i usiadł na nim przy kuchennym stole. Bolał go język, jakby przetarto go papierem ściernym, ale na samą myśl o wodzie dostawał dreszczy.
Troll Śmierci nie miał racji. To nie była odmiana dengi. Przypominało to raczej wściekliznę – podobnie jak wścieklizna, zaczynało się od drażliwości i gorączki i wkrótce potem zakażony zaczynał mieć senne koszmary i niczym nieuzasadnione stany lękowe. Tak samo jak w przypadku wścieklizny, pojawiała się irracjonalna niechęć do wody, z powodu której wściekliznę czasami nazywa się wodowstrętem.
Ale w odróżnieniu od wścieklizny ta choroba nie rozpowszechniała się przez ugryzienia, zarażenie następowało poprzez wymianę płynów ustrojowych – jak w przypadku HIV.
Nie miał pojęcia, w jaki sposób Susan Fireman nakłoniła go do stosunku. Pamiętał z tamtej sytuacji jedynie poszarpane sceny jakby rodem z filmu porno, jakoś jej się jednak to udało i podczas kopulacji wbijała mu paznokcie w mosznę, zakażając ten sposób. Na koniec – dla pewności – zmusiła go do połknięcia kropli własnego zakażonego nasienia. Podejrzewał, że każdy zarażony mężczyzna mógł zakazić u te w podobny sposób – przez spowodowanie otarć błony śluzowej pochwy albo przez wytrysk nasienia w usta.
W krótkim czasie po zakażeniu ofiary zaczynały odczuwać bardzo silne pieczenie całej skóry i nieprzepartą chęć napicia ludzkiej krwi. Zaczynały też następować gwałtowne zmiany ich przemianie materii. Stawali się „bladymi ludźmi”, tak naszpikowanymi adrenaliną, że mogli wspinać się po ścianach i dowolnie wyginać ciało – jak Susan Fireman – zaplatając je w niemożliwe supły. Zaczynali tez mieć senne koszmary, że są zamknięci w skrzyniach, i mówić w obcym języku – choć Frank nie był sobie w stanie wyobrazić, jak to możliwe.
Ale mimo iż ich pragnienie ludzkiej krwi było tak silne, „bladzi” nie mogli jej spożywać w zbyt dużych ilościach, bo prowadziło to do wymiotów. Dopiero kiedy umierali i „przechodzili na drugą stronę” – jak to określiła Susan Fireman – mogli pić dowolną ilość krwi.
Frank popatrzył na swoje dłonie. Skóra tak boleśnie piekła, że musiał zwijać palce i zagryzać wargi, aby nie zacząć głośno łkać. Płacz nic tu nie pomoże. Musi się zastanowić. Myśl, Frank! Był lekarzem. Musiał się dowiedzieć, skąd ta choroba pochodzi i w jaki sposób w tak szybkim tempie się rozprzestrzeniła. Musiał się także dowiedzieć, jak się wyleczyć, zanim „przejdzie na drugą stronę”. Musiał tez znaleźć sposób zaszczepienia pozostałych mieszkańców miasta.