Szedł, potykając się jak pijany, mijając ulicę za ulicą. Nie miał pojęcia, jak dojść do Sisters of Jerusalem, ale już go to nie interesowało. Chciał tylko, aby przestało boleć.
Na środku Barrow Street opadł na kolana i zamarł z opuszczoną głową, próbując zebrać siły. Ojcze nasz, uratuj mnie… Powoli zaczęło do niego docierać, że ktoś przed nim stoi. Podniósł głowę i ujrzał potężnie zbudowanego młodego człowieka w koszuli koloru khaki i spodniach, jakie noszono podczas operacji Pustynna Burza. Mężczyzna trzymał w ręku stylisko siekiery i powoli uderzał nim o wnętrze drugiej dłoni.
– Chyba dalej nie pójdziesz, kolego – powiedział.
Frank zaczął kaszleć i wypluł kilka skrawków krwi.
– Nie sądzę, żeby mi się to udało, nawet gdybym próbował.
– Ten teren jest zamknięty dla krwiopijców. Może twój problem nie jest twoją winą, ale nie chcemy tu takich jak wy Proponuję więc, abyś zawrócił i poszedł tam, skąd przyszedłeś.
– Jestem lekarzem.
– Że jak?
– Jestem lekarzem. Złapałem wirusa, ale jeszcze nikomu nie podciąłem gardła i jeśli będę miał szczęście, nie dojdzie do tego.
Próbował wstać, młodzieniec jednak pchnął go styliskiem siekiery w mostek i Frank opadł na kolana.
– Trzymaj się ode mnie z daleka, dobrze? Słyszysz mnie? Trzymaj się z daleka. Nie chcę tego złapać.
– Nie sądzę, aby to było prawdopodobne – wymamrotał Frank. – To choroba płciowa. Przechodzi z człowieka na człowieka poprzez wymianę płynów ustrojowych.
– Jak AIDS?
– Dokładnie tak, jak AIDS.
– Skąd wiesz?
– Bo jestem lekarzem i dlatego, że właśnie tak się zaraziłem.
– Poprzez seks?
– Właśnie, poprzez seks. Teraz staram się dostać do Sisters of Jerusalem. Nie mogę zadzwonić, bo telefony nie działają, moja komórka nie działa, tak samo komputer. Ale ktoś musi się dowiedzieć, co odkryłem.
– Jeśli próbujesz się dostać do Sisters of Jerusalem, to trochę zboczyłeś z drogi. Wiesz, gdzie jesteś?
Frank rozejrzał się. Oślepiało go słońce, a w głowie tak mu pulsowało, że ledwie mógł myśleć.
– Bo ja wiem… na Siódmej, niedaleko Dwudziestej?
– Jesteś w West Village. Hudson Street przy Barrow.
Frank zaczął się podnosić z ziemi.
– Muszę się dostać do Sisters of Jerusalem…
– Nie obchodzi mnie, stary, gdzie musisz się dostać, jeśli tylko grzecznie się odwrócisz i pójdziesz, skąd przyszedłeś.
– Boże, nikt nic nie rozumie! To wampiry… prawdziwe, najprawdziwsze wampiry. Nazywają się strigoi.
Młody człowiek przyjrzał mu się uważnie.
– Powiedziałeś właśnie to, co mi się zdawało, że usłyszałem?
Frank był zdezorientowany. W głowie pulsowało mu coraz boleśniej i był przekonany, że czuje swąd palonych włosów.
– Że jak? Nie wiem, co powiedziałem.
– Powiedziałeś strigoi. Wiesz coś o strigoi?
– Niewiele, ale wiem, że istnieją, i odkryłem, gdzie się chowają, kiedy wzejdzie słońce. Przynajmniej tak mi się wydaje. I chyba wiem też, jak je powstrzymać przez przyjściem do nas, kiedy robi się ciemno.
– Ale sam jesteś jednym z nich.
– Jeszcze nie. Zgadza się, jestem zakażony, ale jeszcze nie przeszedłem na drugą stronę.
Młody człowiek zdawał się nie wiedzieć, jaką decyzję podjąć. Rozejrzał się na boki, po czym powiedział:
– Nie możesz iść do Sisters of Jerusalem.
– Dlaczego?
– To nie ma sensu. Słyszałem, że mają tam przepełnienie i zaczął się pożar.
– Mimo wszystko muszę znaleźć kogoś z władz. Z władz sanitarnych albo z CDC.
– Nie wiem, czy ci się to uda… całe miasto zamieniło się w dom wariatów.
Frank wykaszlał jeszcze trochę krwi. Młodzieniec przez chwilę go obserwował.
– Posłuchaj – powiedział końcu – spotkałem gościa, który wie coś o strigoi. Chyba najlepiej będzie, jak się z nim spotkasz.
– Na pewno?
– Nie mam pojęcia, ale co możemy innego zrobić?
Frank zasłonił oczy dłonią i popatrzył na niego.
– Pewnie wie pan, że mam wielką ochotą napić się ludzkiej krwi. Nie udaję, że nie. Moja skóra zdaje się płonąć i jeżeli mnie pan ze sobą zabierze, nie mogę gwarantować, że nie spróbuję poderżnąć panu gardła, by wypić pańską krew.
– Jak się nazywasz? – spytał młodzieniec.
– Frank Winter, doktor Winter.
– A ja się nazywam Gil Johnson i jestem członkiem Gwardii Narodowej, weteranem dywizji Rainbow i jeśli choćby tylko spojrzysz na moje gardło, wezmę ten kawałek drewna, który trzymam w ręku, i rozwalę ci mózg.
Frank wstał z trudem.
– Uwierz mi, Gil… to prawdopodobnie byłaby wielka ulga.
14
Jenica nalała dwa kieliszki słodkiego białego rumuńskiego wina i zaproponowała mi migdałowe ciasteczka, które smakowały jak drobny piasek. Siedziała obok mnie na obitej aksamitem kanapie, na tyle blisko, że nasze kolana się ze sobą stykały.
– Ojciec dzwonił z Bukaresztu, zaraz po tym jak usłyszał, co się dzieje w Nowym Jorku. Pierwsze jego słowo brzmiało: strigoi.
Zakrztusiłem się ciasteczkiem.
– Śpiewająca Skała ostrzegł mnie, że nie powinienem wypowiadać tego słowa. Wie pani, jeśli to „coś” usłyszy swoje imię, przyjdzie po mnie. Mówił, że rozerwie mnie na kawałki.
– Nie, nie – powiedziała uspokajająco Jenica. – Samo słowo strigoi nie jest niebezpieczne. To ogólne określenie wampira, a nie imię jednego z nich. Twój przewodnik duchowy ostrzegał cię przed nimi, ale musiał ci jeszcze podać imię…
Pokręciłem głową.
– Jeżeli mi je dał, to tego nie zauważyłem.
– Skoro ci go jeszcze nie powiedział, to na pewno wkrótce powie – oświadczyła Jenica. – Jeśli w Nowym Jorku na ulice nagle wyszło tyle wampirów, muszą wychodzić z gniazda.
– Nie bardzo rozumiem.
– Gniazdo to miejsce, gdzie ukrywa się wiele strigoi, może to też być miejsce zamknięte przez myśliwych wampirów. Tkwią tam przez setki lat i czekają na moment, kiedy będą mogły uciec. Ojciec badał strigoi w Rumunii, na uniwersytecie w Babes-Bolyai. Zawsze był przekonany, że w Nowym Jorku jest gniazdo. Szukał go przez całe lata, od samego przyjazdu do Ameryki. Był w wielu bibliotekach, badał stare mapy i pamiętniki, ale nie udało się mu zlokalizować gniazda.
Wzięła moją dłoń i zaczęła rysować na niej jakieś wzorki, co miało bardzo erotyczny podtekst.
– Gniazdo strigoi zawsze jest pilnowane przez bardzo silnego ducha wampira zwanego svarcolaci. Po angielsku svarcolaci to chyba „martwy wampir”. Nie ma cielesnej postaci jak strigoi.
– Svarcolaci. Nigdy o czymś takim nie słyszałem. No, ale w końcu do tej pory nie słyszałem także o strigoi.
– W rumuńskich legendach ludowych svarcolaci to także „zbieracz wampirów”. Jeśli strigoi z gniazda zarazi ludzi, Zbieracz Wampirów zaczyna ich szukać i sprowadza do gniazda. Tam uczy ich życia w nocy, aby stały się strigoi. Twój duch przewodni na pewno ostrzegał cię przed svarcolaci, bo Zbieracz Wampirów słyszy swoje imię, nieważne jak z daleka, nawet w szepcie… nawet wymawiane we śnie. Czasem wystarczy je tylko pomyśleć, a on już przychodzi.