– Słucham…?
– Jeśli chcesz, możesz spać w łóżku ojca. Dziś wieczorem nic już nie zrobimy.
– No tak… byłoby świetnie. Przydałaby mi się też szczoteczka do zębów, jeśli masz zapasową. Mam wrażenie, jakbym się całował z pancernikiem.
Jenica uśmiechnęła się.
– To przez to rumuńskie wino. Mawiamy, że daje mężczyźnie oddech, którym może przewracać mury.
Obudziłem się, bo jakaś ręka dotknęła mojego ramienia. Z początku pomyślałem, że to Karen. – Chcę spać… – zaprotestowałem.
– Mister Harry, przyniosłam herbatę.
Otworzyłem jedno oko i próbowałem wyostrzyć obraz. Stała nade mną Jenica – w bardzo luźno zawiązanym różowym jedwabnym szlafroku. Rozejrzałem się wokół i przypomniałem sobie, że leżę na twardym jak cement, ozdobionym czterema kolumnami łóżku jej ojca, stojącym w mrocznym ludowym muzeum, i nie licząc butów, jestem całkowicie ubrany.
Usiadłem i zobaczyłem swoje odbicie w pokrytym plamami lustrze. Moje włosy stały, jakbym nazywał się Erskine Szalony, a lewy policzek był wyrzeźbiony w orientalne zawijasy, które odcisnęły się od poduszki. Z dziury w skarpetce na mojej prawej nodze wystawał duży palec.
– Która godzina?
– Szósta.
– Szósta? Wspaniale. Prawie trzy i pół godziny snu.
– Ale słońce jest tak jasne, że możemy zacząć szukać strigoi.
Strigoi. Dopiero świtało, a ona już chciała zaczynać szukać strigoi. Postawiła szklankę na stoliku obok łóżka.
– Chcesz śniadanie? Mam jogurt, miód i farinę z suszonymi morelami.
– O nie, dziękuję bardzo. Mam zasadę, aby nie wkładać do ust nic stałego, dopóki się na dobre nie obudzę, a zwykle ma to miejsce dopiero koło południa.
Wziąłem szklankę i upiłem łyk herbaty. Nie jestem miłośnikiem herbaty, ponieważ uważam, że napój powinien obudzić albo przyprawić o utratę przytomności, i dlatego trzymam się mocnej czarnej kawy, guinnessa i jacka danielsa. Herbata to jedynie woda o smaku liści, a czegoś takiego można się napić w lesie z kałuży.
Jenica wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie.
– Przejrzałam książki w bibliotece ojca i znalazłam książkę o wszystkich svarcolaci. Została napisana pod koniec osiemnastego wieku przez Czarnych Czyścicieli, bractwo zakonników. W tamtych czasach wampiry rozprzestrzeniały się w Transylwanii i na Wołoszczyźnie szybciej niż dżuma, więc biskupi rumuńskiego Kościoła prawosławnego zażądali oczyszczenia okolicy z każdego svarcolaci, strigoi i moroi. Czarni Czyściciele przeszukiwali wszystkie piwnice i wieże i nabijali na pal każdego wampira, którego znaleźli, obcinali im głowy, palili je żywcem albo zamykali w trumnach i sarkofagach. W książce są rysunki i imiona wszystkich znanych svarcolaci których udało im się dopaść.
– To wspaniale. Daj mi kilka minut na wyostrzenie wzroku, żebym mógł obejrzeć te rysunki.
– Chcesz jeszcze herbaty? To bizonowa trawa. Podobno dodaje mężczyznom wigoru.
– Nie chciałbym być niewdzięczny, ale czy mam szansę na coś innego do picia?
– Oczywiście. Umyj się, a ja zaparzę kawę. Pokuśtykałem do mauretańskiej łazienki i wlazłem pod prysznic. Był tu cały szereg staromodnych kranów i zanim udało mi się nastawić ciężki ciepły deszcz, trzy razy oblałem się lodowatą wodą.
Kiedy się wycierałem, Jenica weszła do łazienki w tak naturalny sposób, jakbyśmy byli małżeństwem.
– Chcesz ciasta?
– Nie, poproszę samą kawę.
– Zawsze myślałam, że gniazdo strigoi w Nowym Jorku to nieprawda, choć ojciec był tego pewien. Kto by uwierzył? Kto uwierzyłby, że będziemy we dwoje polować na strigoi?
– Nie musimy na nie polować. Możemy się zabarykadować i zaczekać, aż sobie pójdą.
– Tracisz chyba nerwy…
– Oczywiście, że nie. Mówię tylko, że nie jesteśmy zobowiązani do ich szukania. Nikt źle o nas nie pomyśli, jeżeli tego nie zrobimy.
Jenica pokręciła głową.
– My sami źle o sobie pomyślimy. Poza tym strigoi nie odejdą, dopóki nie wypiją ostatniej kropli krwi w Nowym Jorku. Wtedy zrobi się tu miasto ciemności i w dzień nie będzie nikogo. Kiedyś tak było w Rumunii, w Tirgu Mures, i może powtórzyć się tutaj.
Problem polegał na rym, że miała rację. Wydawało się niemożliwe, aby najważniejsze miasto Stanów Zjednoczonych zostało opanowane przez krwiopijców z Epoki Ciemności. Wydawało się to wręcz chore, ale przecież jedenastego września dwa tysiące pierwszego roku dwa najwyższe budynki w Nowym Jorku zostały zniszczone przez wariatów, którzy zabili kilka tysięcy ludzi – a kto wyobrażałby sobie dzień wcześniej, że to możliwe?
Zawsze trudno jest uwierzyć, że ktoś może aż tak bardzo nienawidzić, do tego bez powodu. Kiedy się ubrałem, poszedłem do salonu, gdzie Jenica przeglądała kolejną książkę z biblioteki ojca. Była to cienka książeczka, oprawiona w jasną spękaną skórę, która wyglądała jak ludzka, z dziwnym symbolem z przodu – owalem i okiem pośrodku. Na każdej stronie znajdowała się rycina przedstawiająca twarz mężczyzny i kilka akapitów gęstego tekstu.
– Twoja kawa – powiedziała Jenica i podała mi porcelanową filiżaneczkę, którą musiała ukraść z domku dla lalek. Zajrzałem do środka: była wypełniona zaledwie w jednej trzeciej, ale napój miał bogaty orzechowy aromat i gdy wypiłem go jednym haustem, poczułem się, jakby wyrosła mi gęsta czarna broda. – Może Śpiewająca Skała poda ci wkrótce imię twojego Zbieracza Wampirów.
– Mógłbym go chyba o to zapytać, choć wątpię, czy udzieli mi odpowiedzi. Możliwe, że już mi podał to imię, lecz ja tego nie zauważyłem, a on nie lubi robić niczego dwa razy.
– Jego imię to dla nas najważniejsza sprawa. Musimy wiedzieć, którego svarcolaci szukamy, ponieważ do każdego trzeba zastosować inny rytuał. Ten rytuał to zmuszenie svarcolaci do powrotu do trumny i zaplombowanie jej.
Patrzyłem na stronicę, którą pokazywała, choć nie tylko nie rozumiałem ani słowa, ale nawet nie umiałbym ich wymówić. Ci, ii dracul cu dracoaica, striga cu strigoiul, deochiu cu deochitorul, pocitura cu pocitorul, potca cu potcouil…
Przyjrzałem się uważniej rysunkowi. Był na nim uśmiechający się mężczyzna z zamkniętymi oczami. Jego twarz otaczał ozdobny szlaczek z ropuch, ważek i drobnych kwiatków. Choć twarz była inna i szlaczek inny, przypominał rysunek na medalionie, który zabrałem Tedowi Buschowi. Sięgnąłem do tylnej kieszeni spodni i wyciągnąłem go.
– Proszę bardzo – powiedziałem, unosząc medalion. – Zabrałem to chłopakowi, o którym ci wczoraj opowiadałem.
Jenica wzięła go i uważnie mu się przyjrzała. Potem popatrzyła na mnie swoimi ciemnymi oczami jak na wiejskiego kretyna.
– Dlaczego nie pokazałeś mi go wcześniej?
– Nie wiem. Zapomniałem.
– Jak mogłeś zapomnieć? To jeden ze svarcolaci.
– Teraz wiem. Odwróciła medalion.
– Napis z tyłu to ochrona. „Od wampirów i od domu z wampirami, od tych, co rzucają złe spojrzenie, ochroń mnie”.
– Biedak powiedział, że dostał go od dziewczyny, która wyglądała na Rosjankę.
– Mhm… Mogę się założyć, że była Rumunką i strigoica, która go zaraziła. Dała mu ten medalion do ochrony przed innymi wampirami, które chciałyby podciąć mu gardło i wypić krew. Musiała go lubić i chciała, aby został strigoi, jednym z jej kochanków.
– A co z twarzą?
– Musimy przejrzeć książkę.