– Może nie powinienem był go tu przyprowadzać – mruknął Gil.
– Nie, sądzę, że dobrze zrobiłeś – odparłem.
Jenica chodziła po pokoju.
– A jeżeli Wilk go przysłał, żeby rozszarpał nas na kawałki? Skąd mamy wiedzieć, że nie zaatakuje nas, nie podetnie nam gardeł i nie wypije naszej krwi?
Odpowiedź na te pytania brzmiała, że… hm… oczywiście, nie możemy tego wiedzieć, ale z jakiegoś powodu czułem, że możemy temu człowiekowi ufać – przynajmniej trochę. Nie miał tak tępego spojrzenia jak ludzie, z którymi walczyliśmy z Gilem na ulicy. Był bez wątpienia bardzo chory, ale można było też zauważyć, że bardzo stara się nie pozwolić, aby choroba go pokonała. Poza tym był lekarzem. Kiedyś przysiągł, że będzie ratował ludziom życie – niezależnie od wszystkiego. Usiadłem obok niego na kanapie.
– Frank, tak, doktorze?
Uniósł nieco głowę i spróbował się uśmiechnąć.
– Dziękuję, że zabraliście mnie z ulicy. Gdybyście tego nie zrobili, chybabym już nie żył.
– Gil mówi, że jest pan zarażony.
– Zgadza się. Zrobiła to moja pacjentka, Susan Fireman. Umarła, a przynajmniej tak mi się wydawało. Dzień po tym, jak zabrano ją do kostnicy, weszła po ścianie do mojej sypialni. Mieliśmy stosunek.
– Martwa dziewczyna weszła do pańskiej sypialni i udało wam się odbyć stosunek? Rany… na pańskim miejscu byłbym już w drodze do kanadyjskiej granicy, rozmazując za sobą brązową smugę…
Frank zakaszlał i kiwnął głową.
– To było jak sen. No, może raczej jak senny koszmar. Nie umiem wyjaśnić, jak do tego doszło, ale jestem pewien, że wampiry przekazują zakażenie poprzez wymianę płynów ustrojowych. Doskonały sposób… najszybszy sposób na rozprzestrzenienie epidemii. Wystarczy sobie przypomnieć, jak szybko w Indiach rozpowszechnił się wirus HIV… przez kierowców tirów, korzystających z usług przydrożnych prostytutek. Zostało zakażonych milion ludzi. W ciągu kilku miesięcy było już pięć milionów zakażeń na całym kontynencie. To samo będzie tutaj, z tą chorobą.
– Uważa pan, że to wirus?
– Coś w rodzaju zakażenia wirusowego. Nasi patologowie w Sisters of Jerusalem próbowali go wyizolować, ale z tego, co mówił mi pana przyjaciel…
– Ostatnie, co słyszałem, to że w Sisters of Jerusalem wybuchł pożar – powiedział Gil. – Także w Saint Vincent i Bellevue.
Odwróciłem się ponownie do Franka.
– Jak się pan czuje? Sądzi pan, że uda się panu pokonać tę istotę?
– Nie wiem. Moja skóra płonie. Prawdę mówiąc, czuję się jak pieczona na rożnie świnia. Tak bardzo chce mi się pić, że ledwie przełykam, ale sama myśl o wodzie przyprawia mnie o mdłości. Jestem w stanie myśleć jedynie o ludzkiej krwi. To gorsze niż pragnienie u alkoholika na głodzie.
– Co z jedzeniem? Kiedy jadł pan po raz ostatni?
– Nie pamiętam. Chyba wczoraj wieczorem.
– Sądzi pan, że udałoby się panu coś zjeść?
– Nie wiem. Może trochę surowego mięsa.
– Jenica? – spytałem.
– Mam w lodówce trochę siekanej wątróbki – odparła, choć nawet nie próbowała ukryć niesmaku.
– Zmieszamy więc trochę surowej wątróbki z rumuńskim winem i zobaczymy, czy pan na tym pociągnie. Może jeśli nie napije się pan ludzkiej krwi, uda się panu pokonać zakażenie…
– Spróbuję – jęknął Frank.
Wyskrobałem kurzą wątróbkę z zakrwawionego papieru i wrzuciłem ją do miksera. Dolałem pół butelki fetasca neagra i zrobiłem z tego gładką ciemnobrązową maź. Pachniało to przerażająco – jak królik, który zdechł po weekendowym pijaństwie, ale Frank musiał coś zjeść i nie byłem w stanie wymyślić nic innego, co mógłby zatrzymać w żołądku.
Kiedy szykowałem tę miksturę, do kuchni przyszedł Gil, więc opowiedziałem mu wszystko, czego dowiedzieliśmy się z Jenicą o strigoi i svarcolaci.
– Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że udało nam się odkryć imię Zbieracza Wampirów, który jest w Nowym Jorku. W Rumunii nazywali go Wilkiem.
– Jak się nazywa?
Wylałem maź na miseczkę i zacząłem grzebać w szufladzie w poszukiwaniu łyżeczki.
– Nie wolno nam wymawiać głośno jego imienia, bo może usłyszeć i przyjść po nas, a z tego, co mówi Jenica, on nie bierze jeńców.
– Cholera, musimy coś zrobić! – powiedział Gil. – I to szybko. Na ulicach trwa wojna. Wszędzie leżą ciała… mężczyzn, kobiet i dzieci. Jest gorzej niż w Kosowie.
Podczas pobytu w domu Gilowi udało się wziąć prysznic i ogolić, przebrał się też w świeży T-shirt i spodnie, miał jednak pod oczami ciemne kręgi i widać było, jak bardzo jest zmęczony.
– Z rodziną wszystko gra? – spytałem. Skinął głową.
– Zabarykadowałem ich w domu, mają dość jedzenia i wody w butelkach. Zostawiłem Marii broń, a wie, jak jej używać.
– To dobrze.
– Mimo to musimy coś zrobić. Nie możemy tylko siedzieć na tyłkach i rozmawiać!
– Nie będziemy – zapewniłem go. – Na początek poszukamy gniazda.
– I rozwalimy drani, tak?
– Nie sądzę, aby dało się pokonać te stwory rozrywaniem ich na kawałki. Pamiętaj, to żywe trupy, a to znaczy, że już i tak nie żyją. Musimy znaleźć trumnę Zbieracza Wampirów, bo on rządzi resztą. Jenica ma książkę, w której opisany jest rytuał, jak go zamknąć. Jeśli zrobimy to za dnia, kiedy Zbieracz Wampirów się w niej chowa, może uda nam się sprawić, aby już nigdy nie mógł się wydostać.
– Gdzie zaczniemy szukać?
– Sam dokładnie nie wiem. Może doktor będzie miał jakiś pomysł. W końcu jest już w połowie strigoi, no nie?
– A jeśli nie będzie miał? Jeżeli stary Jenicy po tylu latach poszukiwań nic nie zdziałał, to jaką my mamy szansę?
– Nie wiem, Gil. Może po prostu powinniśmy zaufać Bogu.
Zaniosłem brązową paciaję do salonu. Frank wziął miskę do ręki, powąchał jej zawartość i dźgnął ją łyżeczką. Spróbował odrobinę i udało mu się ją zatrzymać w żołądku.
– No i jak?
– Niech pan nigdy nie próbuje otwierać restauracji, ale chyba dam radę to zjeść.
Usiadłem obok niego i patrzyłem, jak przełyka. Wzbudzał we mnie podziw. Było widoczne gołym okiem, że przechodzi piekło, ale robił, co mógł, aby zachować człowieczeństwo, a nawet poczucie humoru. Równocześnie jednak w jego oczach było coś, co wskazywało na to, że walka, którą toczy, jest przegrana. Jakby zaglądał we własne wnętrze. Widywałem takie spojrzenie u ludzi, którzy wiedzieli, że wkrótce umrą. Coś w jego wzroku mówiło: „Jak świat może być tak bardzo pozbawiony serca, aby mnie zostawić?”.
– Musimy odnaleźć miejsce, gdzie przetrzymywane są wampirze trumny – oświadczyłem. – Zastanawiałem się, czy ma pan jakiś pomysł, Frank.
– Mój ojciec zawsze uważał, że to gdzieś na południu Manhattanu, nie mamy jednak na ten temat żadnych dokumentów – powiedziała Jenica. – Może intuicja coś panu podpowiada?
Frank spróbował się uśmiechnąć.
– Jeszcze nie jestem żywym trupem, ale coś wam powiem: do ukrywania się za dnia strigoi wcale nie potrzebują trumien. Właśnie o tym chciałem powiedzieć patologom z Sisters of Jerusalem. Brzmi to pewnie dziwnie, ale mogą się chować w lustrach.