– Frank? Frank?! Poradzi pan sobie?
– Harry, jeśli do tej pory udało mi się przeżyć… niech się pan nie martwi o mnie. Nie umrę. A poza tym… – zakaszlał głośno – niech mnie cholera weźmie, jeśli pozwolę na to, aby moja cholerna żona zabrała mi wszystkie rzeczy!
Odwróciłem się do Gila.
– To chyba pierwszy wampir, który bardziej martwi się podziałem majątku w wyniku rozwodu niż tym, czy zdoła napić się świeżej krwi – powiedziałem.
– Z tego co słyszałem, te rzeczy niewiele się różnią. Jenica w dalszym ciągu się dąsała, ale tak się składa, że lubię marudne kobiety. Włożyła krótką sukienkę z surowego lnu, ozdobioną wzdłuż karczka żółtymi i niebieskimi kwiatami, oraz buty z kremowej skóry. Na ramię zarzuciła haftowaną torbę z zestawem do połowu wampirów w środku. Był w nim duży krucyfiks, wysadzany bursztynem i heliotropem – kamienie te ojciec Jenicy dostał od prawosławnych mnichów z rumuńskiego klasztoru Maramures – który zawsze zabierał ze sobą, kiedy szukał strigoi. Do tego dochodziła okrągła mosiężna butelka ze święconą wodą, kilka pałeczek bladozielonego laku i zakręcany słoik z pastą czosnkową, zmieszaną z opiłkami srebra, otrzymanymi od artysty, zajmującego się stwarzaniem ikon. Ale najważniejszym elementem była książka o svarcolaci i zawarte w niej słowa, które mogły zamknąć zbieracza Wampirów z powrotem w jego trumnie – miejmy nadzieję – na następne sto pięćdziesiąt lat.
Gil również przyniósł ze sobą sprzęt, choć nieco innego rodzaju. Większość rzeczy zawiesił sobie wokół pasa: dwie latarki, długi śrubokręt, nóż myśliwski i kij baseballowy.
Na ulicach było upiornie cicho, trochę jak w opuszczonych przez ekipę dekoracjach filmowych, wszędzie jednak leżały ciała, które przy panującej temperaturze i wilgotności już zaczynały śmierdzieć. Co przecznicę stały zbite w kupę, wypalone samochody osobowe i ciężarówki – w niemal każdym pojeździe znajdowały się zwłoki, albo spalone, albo rozdęte od zbierających się pod skórą gazów i wyglądające jak dmuchane lalki. Na jednym ze skrzyżowań stał autobus pełen takich dmuchanych lalek – wszystkich możliwych ras.
Na chodniku obok śmietnika leżała trójka dzieci – trzymały się za ręce, a ich ciała migotały od much. Obok hydrantu zobaczyłem zwiniętą w kłębek kobietę w czerwonożółtej sukience. Z początku zdawało mi się, że do mnie mruga, kiedy jednak podeszliśmy bliżej, okazało się, że to złudzenie, wywołane przez robaki, spadające jej z czoła do pustego oczodołu.
– Nie mówiłem? – mruknął Gil. – To wygląda jak koniec tego cholernego świata.
Szliśmy dalej, choć mój żołądek wydawał z siebie paskudne bulgoczące odgłosy i dałbym wszystko za możliwość powrotu do mieszkania Jenicy, zatrzaśnięcia za sobą drzwi, zaryglowania ich i zaczekania, aż ktoś ogłosi komunikat, że można bezpiecznie wyjść na ulicę.
Niemal wszyscy leżący na ulicy ludzie mieli poderżnięte gardła – niektórzy tak głęboko, że ich kręgosłupy były prawie przecięte – ale na chodnikach było niewiele krwi.
– To robota strigoi – stwierdziła Jenica. – Podrzynają gardła i wypijają prawie całą krew. Widzicie, ile jest ciał? Muszą się bardzo szybko mnożyć.
Choć wiele sklepów miało rozbite okna wystawowe i wyłamane drzwi, były puste. Przed niektórymi leżały porozrzucane towary, nie sprawiało to jednak wrażenia, jakby wiele ukradziono. Strigoi szukały ludzkiej krwi, a nie kuchenek mikrofalowych.
Zajrzeliśmy do greckiego sklepu spożywczego. Na wyłożonej czarnymi i białymi kafelkami podłodze leżały zwłoki młodej kobiety. Twarz miała zakrytą podciągniętą wysoko sukienką, nogi szeroko rozłożone.
– Zaczekajcie chwilę – powiedział Gil. Stanęliśmy, on zaś wszedł do środka. Pochylił się nad zwłokami i obciągnął sukienkę, po czym przykrył kobiecie twarz kraciastą ściereczką i przeżegnał się.
Kiedy wyszedł, nic nie powiedział, ale w tym momencie zrozumiałem, dlaczego pomaga nam szukać wampirów. Po prostu wierzył w godność człowieka i znał prawdziwą wartość ludzkiego życia. Widział na własne oczy, co się dzieje, kiedy ludzie zmieniają się w diabły.
Przeszliśmy sześć przecznic, nie widząc śladu życia. Jedyną rzeczą, jaka się poruszała, były zasłony falujące w oknie na czwartym piętrze. Nie było ruchu ulicznego, syren, helikopterów, trąbiących w porcie statków. Nie było nawet psów. Jedynie trupy – z tego wiele tak zmasakrowanych, że trudno było dopatrzyć się w nich ludzkich kształtów. Widzieliśmy mężczyznę, któremu wbito głowę w odartą z ciała klatkę piersiową w taki sposób, że wyglądał, jakby miał z przodu dziwny garb. Ujrzeliśmy może trzyletniego chłopca, przejechanego przez ciężarówką, z głową rozwałkowaną na asfalcie na szerokość ponad pół metra.
W końcu dotarliśmy do Strefy Zero, gdzie zawaliły się wieżowce World Trade Center i gdzie zaczęto już budować Freedom Tower. Także tutaj nikogo nie było – przynajmniej nikogo żywego. Baraki ekip budowlanych zostały opuszczone, ciężki sprzęt – koparki, buldożery i betoniarki – stały w bezruchu. Sześć, może dziewięć metrów nad nami z dźwigu zwisało ciało mężczyzny, jakby go zlinczowano. Trupa dziobały mewy.
Kiedy przyszedłem tutaj po jedenastym września, miejsce to wzbudzało gwałtowne emocje, ale wrzała tu praca, panował hałas i wszędzie ktoś coś robił. Teraz jednak było upiornie pusto, cała okolica zamieniła się w opuszczony plac budowy w mieście zamieszkiwanym jedynie przez zaczynające gnić trupy i żywe trupy, które mogą wyjść na ulice dopiero po zmroku. Dźwig klekotał metalicznie, skrzypiały poskręcane blachy, a jedna z mew, czymś zdenerwowana, zaskrzeczała.
– Gdzie jest pieprzony rząd federalny? – warknął rozzłoszczony Gil. – Gdzie są ekipy ratunkowe? Piechota morska? Nie mówcie mi, że zostaliśmy spisani na straty. Nie da się zostawić całego miasta na pastwę losu!
Frank oparł się o barierkę i zakaszlał.
– Można, jeżeli panuje w nim epidemia.
– Chcesz powiedzieć, że zatrzasnęli okiennice i zostawili nas na pewną śmierć?
– A co ty byś zrobił? Jak mówi Harry, to się może rozprzestrzenić na Wschodnim Wybrzeżu jak pożar stepu.
– Ale nie ma nawet helikopterów!
Frank znów zakaszlał.
– Prawdopodobnie nie chcą nam robić niepotrzebnych nadziei.
– Jest! – krzyknęła w tym momencie Jenica, ale jej głos zabrzmiał głucho, jak głos człowieka, którzy krzyczy przez sen. – Święty Stefan!
Znajdowaliśmy się na Cedar Street sto pięćdziesiąt pięć, gdzie kiedyś był kościół Świętego Stefana. Zmieniono przebieg ulicy i wszędzie ustawiono metalowe płoty, leżało pełno gruzu, wiły się poskręcane rury i stały przenośne generatory prądu. Wzdłuż ulicy wykopano wąski rów, w którym układano rury i przewody. Był w kilku miejscach zarzucony ciałami, choć nie dało się od razu policzyć, ile ich było, a nie chciałem się zbytnio przyglądać. Twarz jednego z mężczyzn już lekko spływała.
Frank wyprostował się i pociągnął nosem, jakby można było wyczuć strigoi po zapachu.