Выбрать главу

– No i? – dopytywałem się.

– Coś czuję, ale nie jestem pewien. Jakby pustkę.

– Pustkę? Co masz na myśli?

– To trochę tak, jak przy przeprowadzce: człowiek ostatni raz się rozgląda, aby się upewnić, czy niczego nie zostawił, tak naprawdę jednak stara się zapamiętać wszystko, co w tym domu robił, ale… nie może…

– Co ze strigoi? – przerwał mu Gil.

– Nie wiem. Coś tu jednak na pewno jest. Moja skóra płonie. Bolą mnie zęby. Uwierzcie mi, naprawdę bolą, aż do korzeni.

Nawet przez firankę owiniętą wokół jego głowy widać było, że cierpi.

– Chcesz wrócić? – spytałem.

– Nie. Jestem pewien, że gniazdo jest tutaj. Znajdźmy tych drani i załatwmy ich.

16

Temperatura krwi

Przecisnąłem się wokół metalowego płotu i wszedłem na plac budowy. Święty Stefan był niedużym budynkiem, zajmował jedynie piętnaście metrów ulicy i sięgał najwyżej dwadzieścia kilka metrów w głąb. Usunięto wszystko do poziomu ziemi, pozostawiając podłogę z mozaiki, którą sprzątnięto i pokryto ochronną przezroczystą folią. Kiedy spojrzałem w dół, przez winyl popatrzył mi prosto w oczy święty Stefan – śniadolicy, ze smutnymi oczami i pokrytą patyną aureolą.

Budynki po obu stronach kościoła nie zostały aż tak bardzo zniszczone, więc miejsce to przypominało dziurę po wyrwanym zębie i staliśmy w głębokim cieniu.

Gil i Jenica poszli za mną na tył budynku. Znajdowały się tu dwa podesty, na których kiedyś stał ołtarz, a po lewej stronie była w mozaice mniej więcej metrowa przerwa – musiało tam się znajdować wejście do katakumb. Prowadzące w dół schody były zakryte zardzewiałą blachą, wydawało się jednak, że jest na tyle uniesiona, aby mógł się do środka dostać ktoś bardzo szczupły. Albo wydostać na zewnątrz.

Podszedł do nas Frank.

– Czuję tę pustkę jeszcze mocniej. Jest bardzo… nie wiem, Jak to określić… ponura.

– Dobra, zejdźmy na dół i zobaczmy, co Święty Stefan przez te wszystkie lata przed nami ukrywał.

Choć zasłaniająca schody blacha zdawała się ważyć pół tony, a po jej podniesieniu ugięły się pode mną nogi, udało nam się z Gilem ją zdjąć. Schody były drewniane i bardzo zakurzone. Po sześciu lub siedmiu stopniach skręcały ostro w prawo, ku tyłowi budowy, i znikały w ciemności. Gil zapalił większą latarkę.

– Ja idę pierwszy. Jenica, ty chyba powinnaś iść druga. Masz cały sprzęt do polowania na wampiry. A ty, Harry, idź ostatni.

– Nie ufasz mi? – spytał Frank.

– Jestem trepem – odparł. – Trepy nikomu nie ufają. Nigdy.

– Powinniśmy być bezpieczni – odezwała się Jenica. – Strigoi teraz śpią. Jak już jednak mówiłam, nasza wiedza o nich opiera się na mitach i legendach i nie możemy być całkiem pewni, czy nas nie zaatakują.

– To ryzyko musimy podjąć – stwierdziłem. – Mamy do czynienia z rzeczami nadprzyrodzonymi, a w takim przypadki nie ma gwarancji producenta.

Jenica popatrzyła na mnie i w jej oczach pojawiło się coś, co sprawiło, że poczułem się, jakby grunt usuwał mi się spod nóg.

– Oczywiście – odrzekła. – Życie jest pełne nieoczekiwanych nieszczęść.

Gil sprawdził najwyższy stopień.

– Wygląda na to, że jest w porządku – powiedział, po czym zszedł na drugi i trzeci. – Trochę trzeszczą, ale chyba są stabilne. – Po chwili zniknął za zakrętem, choć nadal słyszeliśmy jego głos. – Jest tu dość sporo kurzu, ale sucho. Schody znowu skręcają, mam przed sobą łukowate przejście. Schodzicie?

Jenica odwróciła się ode mnie i poszła za Gilem. Jej obcasy głośno i wyraźnie stukały na każdym stopniu… TAK… TAK… TAK…

– Poradzisz sobie? – spytałem Franka.

Kiwnął głową.

– Nie mam wyboru. Jeżeli nic nie zrobię, umrę. Gorzej… umrę i będę dalej żył.

– Walcz, Frank.

– Próbuję, Harry, wierz mi. Wiesz co? Leczyłem pacjentów z rakiem żołądka, którzy łapali mnie za rękaw i błagali, abym ich zabił. Błagali mnie ze łzami w oczach: „Zabij mnie, doktorze! Zabij mnie!”. – Przerwał, po czym dodał: – Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo cierpią. Aż do dziś. Nie można się jednak zemścić na raku, prawda? Sądzę, że gdyby ci ludzie mogli żyć, chcieliby żyć… niezależnie od tego, jaki cierpieli ból.

– Jeżeli to dla ciebie zbyt trudne…

– Harry, jestem lekarzem. Wiem, kiedy nadchodzi czas, aby wyciągnąć wtyczkę, ale nie, dziękuję.

– No dobrze. W takim razie chodźmy.

Frank ruszył pierwszy, ja szedłem tuż za nim. Szybko rozejrzałem się po placu budowy, żeby sprawdzić, czy nikt nas nie obserwuje. Naoglądałem się zbyt wielu filmów, w których Van Helsing wchodzi do piwnicy Draculi, aby wsadzić mu do trumny krucyfiks i garść czosnku, i wracający właśnie z nocnego picia krwi wampir go łapie.

Aby minąć zakręt schodów, musieliśmy pochylić głowy. Były wąskie, a sufit bardzo niski. Jak ostrzegł Gil, po chwili czekał nas kolejny zakręt i znaleźliśmy się w piwnicy o sklepieniach i podłodze z czerwonej cegły. Widać było, że niedawno sprzątnięto ją do czysta – prawdopodobnie zrobił to Wydział Ochrony Środowiska Nowego Jorku po jedenastym września. Czuć było jedynie zapach ceglanego pyłu i niczego tu nie było – żadnych skrzyń, religijnych elementów, i zdecydowanie nie było trumien.

Gil poszedł w głąb piwnicy, gdzie musiał się pochylić pod łukiem sklepienia. Zapalił latarkę i poświecił nią na boki. Po chwili wrócił.

– Wygląda na to, że nie trafiliśmy. Nie widzą żadnych ukrytych drzwi. Może wampiry kiedyś tu były, ale teraz na pewno ich nie ma.

– Czują je – oświadczył Frank.

– Czujesz pustką – przypomniałem mu jego poprzednie słowa. – Cokolwiek o tym powiesz, mamy tu pustką.

– Tak czy siak, musimy się zastanowić – powiedziała Jenica. – Jeśli ich tu nie ma, to gdzie są? Gdybym mogła porozmawiać z ojcem… miałby na pewno więcej pomysłów, gdzie warto by sprawdzić.

Pożyczyłem od Gila zapasową latarką i zacząłem powoli obchodzić piwnicą. Zaglądałem w każdą szparę między cegłami.

– Marnujesz czas, Harry – mruknął Gil. – Jeżeli pod tą piwnicą jest kolejny loch, to musiał zostać zamknięty przed wiekami. Pamiętaj, że ta część miasta jest dość często zalewana przez powodzie. Dlatego World Trade Center musiał zostać zbudowany w czymś na kształt betonowej wanny.

Prawie kończyłem obchód, kiedy zauważyłem, że cień po lewej stronie jednego z łuków jest jakby nieco szerszy od pozostałych. Gdyby przeszukiwać piwnicą powierzchownie, człowiek nigdy by tego nie dostrzegł. Na pewno by się tego nie ujrzało, gdyby się nie szukało ukrytego wejścia.

Jenica już wracała do schodów.

– Zaczekaj! – zawołałem.

– Masz coś? – spytał Gil.

Dopiero kiedy podszedłem bardzo blisko, zrozumiałem, dlaczego cień jest szerszy. Była tu nisza – szeroka na nie więcej niż pół metra i sprytnie zakryta przez wystające cegły. Kiedy poświeciłem latarką, okazało się, że wchodzi za łuk. Niecałe dwa metry dalej zaczynały się wąskie ceglane schody. Schodziły ostro w dół i skracały w prawo, znikając pod graniczącym z byłym kościołem budynkiem.

– Jest! – krzyknąłem. – Jest zejście na dół!

Podszedł do mnie Gil.

– Jezu, ale wąsko. Nikt powyżej siedemdziesięciu kilogramów nie ma co próbować.

– I nikt z klaustrofobią.

Dołączyli do nas Frank i Jenica. Ponieważ na dole nie było dziennego światła, Frank zdjął z głowy osłonę z firanki i kaptur. – Wiedziałem – mruknął.

– Bądźmy realistami – powiedział Gil. – Jeżeli zejdziemy i wpakujemy się w pułapkę, nie będzie łatwo wyjść.