Выбрать главу

– Jasne – odparł Gil i ukląkł. Jenica wstawiła stopę w jego splecione ręce, a ja złapałem ją za łokieć, aby nie straciła równowagi. Gil uniósł ją i we dwóch próbowaliśmy nie wgapiać się w jej białe koronkowe podwiązki. Zajrzała do trumny.

– Zgadza się, zniknął. – Kiedy Gil chciał ją opuścić, dodała: – Zaraz, chwileczkę! Coś tu jest!

Gdy zeszła na dół, trzymała w ręku coś, co przypominało brązową pałkę długości trzydziestu centymetrów, zakończoną po obu stronach zgrubieniami. Dopiero kiedy Gil poświecił, zrozumieliśmy, co to jest – bardzo stara kość, ozdobiona licznymi zygzakami, z przewierconą na jednym końcu dziurą, przez którą przewleczone były pióra.

Frank zakaszlał.

– To ludzka kość. Piszczel – oświadczył.

– Jesteś pewien?

– Jestem przecież lekarzem.

Wziąłem kość od Jenicy i uważnie jej się przyjrzałem. Nie wiem dlaczego, ale coś przywodziła mi na myśl – jak zapach którego się dawno nie czuło, albo piosenka, którą się nie bardzo pamięta.

– Wiesz, do czego służyła? – spytałem Jenicę. – To jakiś element wampirzego rytuału?

Pokręciła głową.

– Nie sądzę, aby była rumuńska.

– No to co robi w trumnie Zbieracza Wampirów?

Frank podszedł do żelaznej skrzyni i dotknął jej opuszkami palców.

– Prawie go czuję… – powiedział chrapliwie. – Ta pustka, o której mówiłem… jest… bardzo… bardzo silna. – Przeciągnął palcami po skorodowanej płytce, umocowanej na końcu trumny. – Są tu chyba jakieś litery…

Poświeciłem latarką i Frank zaczął powoli czytać:

– N-U-M-E-L-E… M-E-U-E-S-T i jeszcze E… co to znaczy?

– Możesz powtórzyć? – poprosiła Jenica.

– N-U-M…

– Już rozumiem – przerwała mu. – Numele meu este. To oznacza: „nazywam się”.

– Vasile Lup… – dokończył szeptem Frank. Popatrzyliśmy na niego zaskoczeni.

– Powiedziałeś… – jęknął Gil.

– Co?

– Powiedziałeś, człowieku. Pieprzone imię! Miałeś go nie wymawiać, bo złapie je swoim radarem i będzie wiedział, że go szukasz!

Frank wyglądał na zrozpaczonego.

– Wiem, wiem, nic chciałem, przysięgam, tylko…

– Nie chciałeś? – syknęła Jenica. – Harry, mówiłam od razu, że nie można mu ufać! Wypowiedział nazwisko Zbieracza Wampirów i on już wie, że próbujemy go znaleźć! Na pewno znajdzie nas pierwszy i wszystkich pozabija!

– Posłuchajcie, naprawdę nie zamierzałem powiedzieć tego głośno – próbował przepraszać Frank. – Nie wiem… po prostu mi się wypsnęło.

– Myślisz, że jesteśmy głupi? Już jesteś jednym ze strigoi? Chciałeś zostać z nami tylko po to, aby wciągnąć nas w pułapkę, żebyśmy zginęli rozszarpani na kawałki!

Frank zaczął kasłać.

– Nie chciałem powiedzieć tego cholernego imienia, jasne? Jeszcze bardziej niż tobie zależy mi na tym, aby ten skurwiel dostał za swoje!

– Twoje życzenie spełni się szybciej, niż myślisz.

– Hej, Jenica, spokojnie – wtrąciłem się. – Sama mówiłaś, że większość wiedzy o wampirach to mity i legendy. Może więc mitem jest też to o wymawianiu jego imienia. Gil sądził na początku, że ściąga ich samo wypowiedzenie słowa strigoi. Poza tym jak ten Wilk miałby usłyszeć szept Franka, skoro jesteśmy tutaj, a on tkwi nie wiadomo gdzie, może nawet ze dwadzieścia przecznic stąd, na jakimś wielopoziomowym parkingu, gdzie ukrywa się w czyimś wstecznym lusterku?

Jenica nie zamierzała się jednak uspokajać.

– Jest mnóstwo historycznych dowodów – powiedziała, chodząc nerwowo po krypcie. – Ludzie wypowiadali imię strigoi albo svarcolaci i następnego dnia ich ciała leżały rozrzucone po polach, na pastwę kruków! Sławnemu historykowi Alexandru Dutu przydarzyło się to w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku w Bukareszcie! Wygłaszał na uniwersytecie wykład i powiedział głośno imię svarcolaci. Mówi się, że w nocy jego krew spadła na Presei Libere jak deszcz!

– Zgoda, ale nawet jeśli Frank wypowiedział to imię specjalnie, w co nie wierzę, może zaoszczędzi to nam szukania. Prędzej czy później musimy stanąć z tym stworem twarzą w twarz.

– W ciągu dnia, kiedy mamy przewagę. Ale potem…

– Wiem: w nocy, w ciemności.

– Drażnisz się ze mną, Harry.

– Jenico, nie śmiałbym.

W tym momencie usłyszeliśmy plusk i szybki, ostry tupot. Trzy lub cztery unoszące się na wodzie w głębi krypty trumny zaczęły o siebie stukać – niczym kajaki na stawie. Gil po świecił na nie latarką. Znowu rozległ się tupot i plusk. Zakołysały się kolejne trumny.

– Boże… – szepnęła Jenica. – Patrzcie…

Również uniosłem latarkę i w tym momencie ujrzałem szczury – musiały być ich tysiące – które zalewały trumny niczym wielkie szare wszy. Niektóre tonęły, wpychane do wody przez następne, które biegły po ich grzbietach. Ich ślepia migotały jasnożółto i w ciągu kilku sekund cała krypta wypełniła się ich piskami.

Czułem też ich zapach – mdlący odór stęchłego, długo zamkniętego powietrza. Śmierdziały ściekami i czymś jeszcze gorszym.

– Chyba powinniśmy stąd iść – stwierdził Gil.

Nie musiał tego powtarzać. Jenica już wchodziła na schody, Frank tuż za nią.

– Ruszaj, Harry – ponaglił mnie Gil i uniósł kij baseballowy. – Zatrzymam je.

Zawahałem się, ale zaraz się odwróciłem i zacząłem uciekać.

– Chodźcie, gryzonie! – wrzasnął Gil. – Chodźcie, to powybijam wam zęby!

Po kilku sekundach minąłem zakręt schodów, w miejscu gdzie się zwężały i przechodziły w niszę. Kiedy spojrzałem za siebie, ciała szczurów zakryły już wszystkie trumny i sunęły na Gila jak tsunami brudnego szarego futra.

Jenica przecisnęła się przez niszę, ale Frank utknął. Kaszlał i sapał z bólu i przerażenia i nie był w stanie się poruszyć.

– Frank! – krzyknąłem. – Spróbuj się rozluźnić! Weź kilka oddechów!

– Nie mogę… nie mogę… oddychać…

Znów spojrzałem za siebie. Szczury już dotarły do nóg Gila, który walił w nie z lewa i prawa kijem baseballowym. Zabił kilkanaście, ale trzy wspinały się mu na plecy, a kolejne zaczęły wchodzić na nogi. Wciąż machał kijem i po krypcie fruwały zakrwawione kawałki szczurów, lecz jednemu z gryzoni udało się capnąć zębami rękaw i bujał się na boki, nie puszczając. Kolejne szczury skakały, by się go złapać i wleźć na Gila.

– Frank! – krzyknąłem. – Jeśli się nie uwolnisz, wszyscy zginiemy! Wysil się, na Boga!

Ale on nie mógł przestać kaszleć, jego twarz była purpurowa. Oparłem się o niego ramieniem i zacząłem pchać, wciskając go w niszę, po czym krzyknąłem do Jenicy:

– Złap Franka za rękę! Przeciągnij go! Ma napad paniki!

Nie był jedyny. Mnie również serce waliło jak szalone i słyszałem w głowie dudnienie krwi. Gil szaleńczo rozdawał razy, ale szczury poprzyczepiały mu się do rąk i wspięły na ramiona, co sprawiło, że wyglądał jak garbaty. Z każdym jego uderzeniem wokół rozpryskiwała się szczurza krew, w pewnej chwili zostałem trafiony szczeciniastym szczurzym łbem, krypta była jednak nadal wypełniona gryzoniami, które falowały od ściany do ściany i wspinały się na łuki, pchane napierającymi od dołu kolejnymi masami. Było pewne, że lada chwila nas zaleją.

– Gil! Wchodź na schody!

Odwrócił się i popatrzył na mnie, równocześnie zrzucając z ramion dwa szczury. Jeden z nich przegryzł mu już małżowinę ucha, a następne trzy wdrapywały się po plecach i darły podkoszulek. Gil próbował wspiąć się na schody, potknął się jednak i przewrócił na bok i szczury natychmiast dostrzegły swoją szansę. Fala zaczęła się nad nim zamykać i po chwili Gil został cały zasłonięty przez szczury. Były tak ciężkie, że ledwie mógł się utrzymać na nogach. Próbował jednak. Wyglądał jak wielki szczuro-człowiek, pokryty szarym futrem i wijącymi się ogonami. Krzyknął coś niewyraźnie, może było to: „Mamo!” i przewrócił się ponownie. Natychmiast opadło go tyle szczurów, że nie można było zobaczyć gdzie leży.