Szczury ruszyły na mnie. Frank zniknął w niszy i mogłem się jedynie modlić, żeby się z niej wydostał. Boże, nigdy Cię o nic nie prosiłem, ale spraw teraz, żeby nie tkwił w niszy! Jeżeli nadal był uwięziony, szczury zaraz rozerwą nas na strzępy. Może Jenica miała rację. Może Vasile Lup właśnie w ten sposób zamierzał nas zniszczyć – rozrywając na tyle strzępków, że nie warto nas będzie grzebać?
Podbiegł do mnie wielki szary szczur i wgryzł się w nogawkę spodni. Kopnąłem go kilka razy, a kiedy to nic nie dało, zamachnąłem się na niego kością – piszczelem, który Jenica znalazła w trumnie Zbieracza Wampirów. Nawet nie dotknąłem szczura, ale mimo to gwałtownie się przewrócił. Zamierzałem zamachnąć się ponownie i rozwalić mu łeb, stwierdziłem jednak, że zwierzę nie żyje. Przynajmniej tak wyglądało. Miało zamknięte ślepia i leżało na stopniu brzuchem do góry. Z odbytu ciekła mu krew.
Zaatakowały mnie kolejne dwa szczury. Machnąłem kością i oba fiknęły do góry nogami i sturlały się ze schodów. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Zacząłem wywijać kością na boki i szczury padały całymi tuzinami. Ciach – załatwiłem całą grupę z prawej. Ciach – zlikwidowałem kilkadziesiąt z lewej. Spadały do pustych trumien, uderzając głucho o stare drewno, albo prosto do wody.
Wszedłem między szczury, machając kością i spowodowałem masakrę.
Kiedy doszedłem do sterty gryzoni, które opadły Gila, miałem wokół siebie tyle szczurzych trupów i dogorywających egzemplarzy, że ledwie mogłem utrzymać równowagę. Dalej jednak wywijałem kością. Szczury spadały z Gila jak wielkie płaty i po chwili go ujrzałem. Klęczał, zakrywając twarz dłońmi. Całą głowę miał zakrwawioną, miał też rozerwane uszy, ale żył i łapał powietrze.
– Gil! Gil, to ja, Harry! Wstawaj!
– Harry? – Powoli oderwał dłonie od twarzy i popatrzył mnie z niedowierzaniem. Górną wargę miał tak przeciętą, że ledwie mógł mówić. – Co się stało?
Uniosłem kość. Nie musiałem już nią wywijać. Szczury uciekały między trumnami i skakały do wody. Zanim minęły dwie minuty, wszystkie żywe zniknęły, a na placu boju pozostało jedynie kilkaset martwych. W krypcie zapadła cisza. Oczy łzawiły mi od odoru ciał zabitych szczurów.
– Chyba posiadłem moc wudu – oświadczyłem.
17
Po powrocie do domu Jenica opatrzyła nas. Poobklejała głowę Gila plastrami, udało jej się nawet nylonową nitką przyszyć mu oderwany kawałeczek prawego ucha. W czasie tej operacji siedział na krześle i gwizdał niemelodyjnie przez zęby, tylko kiedy zawiązywała nitkę na supełek, pozwolił sobie na krótkie: „Cholera jasna…”.
Ja i Gil byliśmy jedynie podrapani, posiniaczeni i pokąsani przez szczury, natomiast znacznie gorzej było z Frankiem. Poszedł do jednej z gościnnych sypialni Dragomirów i położył się w ciemności, dygocząc i pojękując z bólu. Miał wysoką gorączkę, gałki oczne wywracały mu się do góry i zaczynaliśmy się obawiać, że nie dociągnie do rana.
Prąd całkowicie wyłączono, nie mogliśmy więc zrobić sobie niczego ciepłego do jedzenia. Otworzyłem puszkę parówek i podałem je z krakersami, serem oraz przejrzałymi bananami. Woda z kranów jeszcze płynęła i wyglądała na czystą, ale na wypadek gdyby krany wyschły, napełniłem wannę.
Kiedy zjedliśmy, usadowiliśmy się w zbyt głębokich fotelach w przeładowanym meblami i bibelotami salonie i Jenica nalała nam po kieliszku owego dającego śmiercionośny oddech rumuńskiego wina. Słońce zaczynało zachodzić nad wybrzeżem Jersey i oblewało jej twarz jasnopomarańczowym światłem, upodabniając ją do średniowiecznego portretu. Święta Jenica od Wampirów.
– Niechętnie o tym mówię – zaczął Gil – ale co będzie, jeżeli Frank walnie w kalendarz?
Moje myśli krążyły wokół tego samego tematu.
Jenica osłoniła oczy przed słońcem.
– Jeżeli umrze od tego zakażenia, stanie się oczywiście strigoi. Będziemy musieli rozczłonkować jego ciało i spalić je, a serce włożyć do słoja ze święconą wodą.
– Będziemy musieli go pociąć na kawałki? – Wzdrygnąłem się. – Boże, nie potrafię ściągnąć skóry z kurczaka, nie wymiotując.
– Nie będziemy mieli wyboru. Harry – nie tylko dla naszej ochrony, ale także dla jego dobra. Zostać żywym trupem to… największe przekleństwo, jakie może kogoś spotkać. To, co Frank mówił o „pustce”… wszyscy żywi martwi to czują, bo nie mają już nikogo, kogo kochali, domu, do którego mogliby powrócić, i z każdym przemijającym wiekiem coraz bardziej tęsknią za życiem, które utracili.
Gil łyknął wina i pociągnął nosem.
– Kiedy tak mówisz, prawie robi mi się ich żal…
– Nie ma powodu. Wydaje ci się, że zmarli nas nienawidzą? Żywi zmarli nienawidzą nas jeszcze bardziej. Czują do nas urazę tak wielką, że trudno to sobie wyobrazić, i nigdy nie mają wyrzutów, że piją naszą krew.
Kość piszczelowa, którą Jenica znalazła w trumnie Zbieracza Wampirów, leżała na stoliku przede mną. Wziąłem ją do ręki i zacząłem machać nią na boki.
– A co to, waszym zdaniem, jest… oprócz tego oczywiście, że okazało się najlepszym środkiem do usuwania szczurów, jaki zna ludzkość? Jeżeli przeżyjemy całą tę historię, opatentuję ten wynalazek. Niewiarygodny Likwidator Szczurów Erskine’a, dwa za czternaście dolarów i dziewięćdziesiąt centów i będę go sprzedawał za pośrednictwem telewizji. Ciekawe, czy działa na myszy i robactwo.
– To nie jest pochodzenia rumuńskiego – zauważyła Jenica. – Nigdy przedtem nie widziałam czegoś podobnego.
– Ale co robiło w trumnie Wilka? Wygląda dość rytualnie, nie? Może to było użyte podczas ceremonii, która go ożywiła?
– Nie sądzę. W książce o svarcolaci jest napisane, że ducha martwego wampira ożywia się za pomocą soli, srebra i kropel krwi oraz wypowiadania Siedmiu Czerwonych Modlitw. Nie ma żadnej wzmianki o kościach ani piórach.
Dokończyłem wino i poszedłem rzucić okiem na Franka. Starliśmy mu z twarzy krem do opalania, ale miał tak bladą twarz, że przez chwilę sądziłem, iż umarł. Kiedy usiadłem obok niego, otworzył oczy i spróbował skoncentrować na mnie wzrok.
– Chyba się kończę, Harry.
– Mowy nie ma. Zostajesz z nami.
Poruszył leciutko głową na boki. Dałbym głowę, że spod kołnierzyka wyleciało mu nieco dymu.
– Płonę, Harry. Spalam się żywcem. Teraz rozumiem, dlaczego ci ludzie skakali.
– Jacy ludzie?
– Jedenastego września. Ludzie, którzy wyskakiwali z okien palących się gabinetów. To nie do wytrzymania, Harry. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że istnieje taki ból.
Chciałem dotknąć jego dłoni, ale odsunął ją.
– Przejdziesz przez to, Frank – powiedziałem. – Musisz tylko zacisnąć zęby i wytrzymać.
– Nie sądzę. Może dostaję to, na co zawsze zasługiwałem.
– O czym ty mówisz? Nikt na coś takiego nie zasługuje.
– Nie wiem. Zawsze byłem taki arogancki… uważałem, że moja opinia jest najważniejsza… Zawsze się zachowywałem, jakbym był Bogiem…
– Cóż, Frank, jesteś lekarzem. Dla niektórych ludzi jesteś Bogiem.