Выбрать главу

Kiedy dotarliśmy do kuchni, okazało się, że wypełnia ją dwadzieścia, może trzydzieści strigoi, a kolejne włażą przez okno. Było uchylone nie więcej niż na kilka centymetrów, ale jakimś sposobem się prześlizgiwały.

– Drzwi! – wrzasnął Gil. Kopniakami odrzuciliśmy od nich dwoje strigoi, zatrzasnęliśmy je i Gil przekręcił klucz. Wampiry natychmiast rzuciły się na drzwi – z taką siłą, że chrupnęły wypełniające je płyty. Było jasne, że nie zatrzymamy ich zbyt długo, ale dwie minuty pozwoliłyby nam uciec.

Jenica była tuż za nami.

– Co się stało z Frankiem? – spytałem.

– Nie wiem! Nie widziałam! Musimy uciekać i znaleźć jakąś kryjówkę! Ściga nas Zbieracz Wampirów.

– Nie wyjdę bez Franka!

– On nie żyje, człowieku! – krzyknął Gil. – Nie możesz już nic dla niego zrobić!

Z drugiej strony z takim impetem uderzano w kuchenne drzwi, że całe się trzęsły, a ościeżnica zaczęła oddzielać się od muru. Nagle usłyszałem nowy dźwięk. Ten sam „katedralny” szept, który dolatywał z mojej sypialni, kiedy Śpiewająca Skała przywołał dla mnie Zbieracza Wampirów. Mnóstwo głosów – setki – i wszystkie żądne krwi.

– Wiejmy stąd! – wrzasnął Gil.

– Nie, na zewnątrz będzie ich znacznie więcej! – zaoponowała Jenica. – Nie będziemy mieli szansy!

– Więc co?

– Potrzebuję mojego krucyfiksu, świec i książki o svarcolaci! Te strigoi to jedynie dzieci Vasile Lupa, ale on sam zaraz też się zjawi i naszą jedyną szansą jest odesłanie go do trumny!

TRZASK! Kuchenne drzwi pękły, a z sufitu opadł tynk. TRZASK! Jedna z płyt drzwiowych wypadła i natychmiast w pozostałe elementy wbiły się kolejne noże.

Kiedy odwróciliśmy się w kierunku sypialni, pojawiła się przed nami Susan Fireman. Stała w korytarzu i było w niej coś, co przeszyło mnie przerażeniem jak prąd. Wpatrywała się w nas szeroko otwartymi oczami, których tęczówki były tak blade, jakby jej oczy składały się z samych białek. Triumfowała.

– Chodź! – powiedziała i zrobiła dłonią przyzywający gest. Nie do nas – w kierunku sypialni.

– Jezu… – jęknął Gil. – Powiedzcie mi, że to nieprawda. Musieliśmy jednak uwierzyć.

Z sypialni szedł ku nam Frank – taki sam jak za życia. Jego policzki były pozbawione wszelkiej barwy, podobnie jak u Susan Fireman, spojrzenie błędne, ale szedł i był najwyraźniej przytomny.

– Frank… – wymamrotałem. – Frank, słyszysz mnie?

Odwrócił ku mnie głowę. W tym samym momencie – TRZASK! – kuchenne drzwi znów zadygotały i wyrwano z nich kolejną płytę. W otworze pojawiło się kilka rąk, które zaczęły macać w poszukiwaniu klucza.

– Słyszę cię, Harry. Może i umarłem, ale nie ogłuchłem. – Jego głos brzmiał podobnie jak za życia, tyle że było w nim coś pustego, jakby czytał wypowiadane słowa z kartki i nie do końca rozumiał ich znaczenie.

– Frank, powinieneś tu zostać. Strigoi chcą cię zabrać, ale uwierz mi, lepiej dla ciebie będzie, jeżeli pozostaniesz martwy.

– Muszę iść, Harry. Nie mam wyboru.

– Moja książka… – wyszeptała Jenica. – Moja książka, mój krucyfiks i woda święcona…

Pobiegła do salonu. Wampiry wykopały kolejną płytę z drzwi. Gil zaczął walić w pchające się przez dziurę stopy kijem, ale było jasne, że strigoi zaraz pokonają ostatnią przeszkodę i wtedy będzie po nas. Było ich zbyt wiele i za bardzo pragnęły naszej krwi.

– Chodź ze mną – powiedziała Susan Fireman do Franka, biorąc go za ramię. – Vasile czeka na nas. Chodź.

Zrobili krok w naszą stronę i w tym momencie cały korytarz został zalany oślepiającym dziennym światłem. Rozjarzyło wszystko – zasłony, obrazy, zakurzone kandelabry. Odwróciłem się i stwierdziłem, że wielkie lustro, wiszące naprzeciwko drzwi wejściowych, nie ukazuje niczyjego odbicia, ale słoneczną plażę z jasnym piaskiem, smaganą wiatrem trawę, białe letnie domki i chmury.

– Cholera, to jednak lustro… – mruknął Gil. – Frank mówił prawdę.

Susan Fireman prowadziła Franka obok siebie. Zagrodziłem im drogę.

– Stać! – rzuciłem groźnie.

Susan Fireman się uśmiechnęła.

– Nie możesz nas zatrzymać. Nie teraz. Powinieneś o tym wiedzieć. Zwłaszcza ty.

– Ja? Dlaczego ja?

– Ponieważ to ty dałeś Vasile moc, aby mógł powrócić.

– Ja mu dałem moc? W jaki sposób? Co chcesz przez to powiedzieć?

Nie odpowiedziała. Spoglądała za mnie, w kierunku lustra i brzegu morza. Popatrzyłem na obraz w lustrze i ujrzałem w dali ciemną postać, idącą w naszym kierunku długim zdecydowanym krokiem. Była to ta sama postać, którą Śpiewająca Skała pokazał mi w mojej sypialni. Pochylona i rozmazana, zdawała się odchylać od słońca, jakby była tylko zbiorem cieni.

Widziałem jej twarz – czy może raczej twarze, które zmieniały się z każdym krokiem postaci. W jednej chwili był to wąski wilczy pysk, w drugiej biały owal ze szparkami zamiast oczu. Zbliżała się coraz szybciej i szybciej, a ja jeszcze nigdy w życiu nie widziałem czegoś tak przerażającego.

Odwróciłem się do Franka, ale nagle zarówno on, jak i Susan Fireman znaleźli się przed lustrem. Piasek wewnątrz niego zwiewał wiatr, trawy śpiewały, a morze było wzburzone, w mieszkaniu jednak nie czuło się najmniejszego podmuchu, nie było też słychać odgłosu przyboju. W korytarzu było duszno i gorąco, a wszystko zagłuszał łoskot kija baseballowego Gila, trzask łamiącej się ościeżnicy i gorączkowe szepty spragnionych krwi strigoi.

– Frank! – zawołałem, po czym dodałem nieco ciszej: – Frank, nie rób tego…

Rozejrzał się. Nie potrafiłem ocenić, czy odczuwał żal, czy rezygnację. Zrobił krok w kierunku lustra i wszedł w szkło, jakby w jego miejscu było powietrze. Jego sylwetka zafalowała, jakby zasłoniła go woda, i zaraz potem stanął na piasku, jakiś metr w głębi lustra, z rozwianymi wiatrem włosami. Ciemna, pochyła istota była oddalona od niego nie więcej niż trzydzieści metrów i cały czas się zbliżała.

Susan Fireman przez chwilę się wahała.

– Sprowadź go z powrotem – poprosiłem.

– Nie mogę. Jest teraz jednym z nas i zawsze będzie. Jest mój.

– Lubisz go, prawda?

Nie odpowiedziała. Odwróciła się do mnie plecami i weszła w lustro. Obraz zafalował i znalazła się obok Franka. Przez chwilę wydawało mi się, że lustro zaraz pociemnieje i z powrotem zamieni się w zwykłe lustro, ale wciąż pozostawało rozświetlone. Susan i Frank zaczęli szybko odchodzić w kierunku wydm i letnich domów, a Vasile Lup, Zbieracz Wampirów, był coraz bliżej nas.

Nagle przypomniałem sobie, co mówił nam Frank: że Susan Fireman wyszła z lustra i poderżnęła gardła policjantom. A więc wampiry mogły przechodzić przez lustra w obie strony, jakby to były drzwi – a ten arcywampir, svarcolaci, szedł prosto po nas. Zostało mu jeszcze jakieś dziewięć metrów i wyraźnie przyspieszył. Prawie biegł. Zaraz nas dorwie.

– Jenica! – Skoczyłem do sypialni i niemal się z nią zderzyłem. Szła z krucyfiksem, butelką święconej wody i książką, otwartą na stronie z Vasile Lupem.

– Harry, pomóż mi! – zaczął wrzeszczeć Gil. – Przebijają się!

Strigoi wyrwały z drzwi wszystkie płyty i cała konstrukcja trzymała się tylko na środkowych poprzeczkach. Gil rozpaczliwie walił po wyciągających się ramionach, ale nie zostało mu już wiele czasu.