Выбрать главу

Złapałem najbliższą broń, jaka mi się nawinęła pod rękę – kość piszczelową z trumny Zbieracza Wampirów. Wróciłem do korytarza, w momencie gdy Zbieracz Wampirów materializował się w pokoju. Wielki, ciemny i pochyły, miał setki twarzy i był tak zimny, że mimowolnie jęknąłem. W ciągu kilku sekund temperatura w korytarzu musiała spaść o dwadzieścia stopni.

Jenica uniosła krucyfiks. Domyślałem się, że jest nie mniej przerażona ode mnie, ale na jej twarzy widać było euforię, jakby urodziła się właśnie po to, by rozprawić się z tym svarcolaci.

– Zwalniam cię, Vasile Lup! Odsyłam cię z powrotem do sarkofagu! Niech ziemia weźmie z powrotem ciało, które ci dała, niech wiatr weźmie z powrotem oddech, który ci dał a rzeki zabiorą twoją krew! Niech popioły twojej duszy zostaną rozrzucone jak popioły twojego ciała!

Stwór otworzył jedne usta, potem drugie i trzecie. Ujrzałem czarne żebrowane podniebienia i szeregi ostrych jak brzytwa zębów. Rozległ się przerażający odgłos, jakby całe życie na świecie zostało zmiażdżone, jęk, który sprawił, że poczułem się, jakby każdy mój narząd wewnętrzny został przemieszczony i jakbym zaczynał dostawać obłędu.

18

Brat krwi

Oszołomiony, opadłem ciężko na ościeżnicę, a Gil zasłonił uszy dłońmi, ale Jenica się trzymała. Zbieracz Wampirów unosił się nad nią, jego pochyła głowa niemal dotykała sufitu, a twarz wyglądała tak, jak w książce o svarcolaci… była przystojna, lecz bardzo rumuńska, z cienkim haczykowatym nosem i oczami o ciężkich powiekach.

– Zwalniam cię, Vasile Lup! – powtórzyła Jenica i chlusnęła w niego wodą święconą, robiąc przy tym znak krzyża. – Oby pamięć o tobie rozwiała się wraz z pyłem, a twoje imię zostało zapomniane przez języki tych, którzy je kiedykolwiek wypowiadali! Niech gwiazdy zapomną, że kiedykolwiek przepowiadały twój los, a księżyc niech zaprzeczy, że kiedykolwiek chodziłeś w jego świetle!

Vasile Lup odrzucił głowę do tyłu tak daleko, że zniknęła w cieniu ramion, i wydał z siebie kolejny straszliwy jęk. Tym razem dołączyły się do niego zgromadzone w kuchni strigoi, które zaczęły kopać i walić w resztki drzwi, aż w końcu puściły. Zakrwawione i brudne postacie wysypały się do salonu – kobiety i mężczyźni uzbrojeni w noże, brzytwy i kawały szkła.

Gil cofał się, machając oburącz kijem. Strigoi sunęły powoli naprzód, dysząc swoje URRRHHHHHH… URRRHHHHHH… URRRHHHHHH… aż Gil przycisnął się do mnie, a ja do Jenicy. Rozejrzała się szybko wokół, nie popatrzyła jednak na mnie ani nie dała znaku, że się boi. Była za bardzo skupiona na Vasile Lupie.

– Pieczęć, którą cię zapieczętowano, była czymś więcej niż zamknięciem z wosku – wyrecytowała, ale głos zaczynał się jej łamać. – Była to pieczęć duchowa i jej działanie pozostaje. Siedem modlitw, które wypowiedziano, aby cię uwięzić, były czymś więcej niż słowami i ich działanie pozostaje. Jesteś odczarowany, Vasile Lup, aż do Dnia Sądu i dopiero wtedy twoja dusza będzie mogła przybrać kształt, abyś mógł wznieść oczy do Pana i ofiarować Mu posłuszeństwo.

– To jakieś głupoty, człowieku – jęczał Gil. – Głupoty. Te skurwiele zaraz rozwalą nas na kawałki. Cofnąć się! – wrzasnął i skoczył w kierunku najbliższego strigoi.

Kij baseballowy głośno szczęknął o ostrze noża. Wampiry uniosły ręce w obronnym geście, ale zaraz znów zaczęły napierać. Zaatakowało nas dwóch wyglądających całkiem zwyczajnie mężczyzn w podartych i zakrwawionych koszulach. Jeden z nich był kierowcą autobusu, a drugi prawdopodobnie urzędnikiem. Razem z nimi nacierała dziewczyna o rozdętej twarzy, która przypominała mi pracownicę kawiarni koło mnie za rogiem.

– Powiedziałem: cofnąć się! – powtórzył Gil i walnął kierowcę kijem w ramię. Tamten odpowiedział machnięciem noża i przeciął Gilowi nadgarstek. – Skurwy… synu! – zaklął Gil i zaczął okładać wampira kijem z lewa i z prawa. Krew natychmiast opryskała tapetę.

Zbieracz Wampirów zdawał się rosnąć. Jego cień zakrył sufit, a w korytarzu zrobiło się tak zimno, że z ust leciała nam para. Jenica cofnęła się o krok. Unosiła wysoko krucyfiks, ale z ciemności leciała na nią zamarzająca para, która pokrywała ją drobinami lodu. Białe kryształki zaczęły okrywać jej włosy, brwi, wargi. Trochę ich spadło na mnie – sprawiało to wrażenie, jakby na człowieka dmuchał niedźwiedź polarny: było zimno, mokro i śmierdząco.

– Zwalniam cię, Vasile Lup! – krzyczała Jenica. – Zwalam cię w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego!

Drobiny lodu leciały coraz gęściej, oślepiając nas. Po chwili poczułem, że mam na głowie lodową czapkę. Zbieracz Wampirów rozkładał ramiona – czy może raczej skrzydła – pochylał się do Jenicy, jakby chciał ją objąć. Nie były to ani ramiona, ani skrzydła, ale cienie, nietrudno się było jednak domyślić, co się stanie, jeżeli obejmą Jenicę. Wyciągnąłem w kierunku Zbieracza Wampirów kość.

– Zostaw ją, ty draniu! – wrzasnąłem. – Jesteś wyegzorcyzmowany!

W tym momencie wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Poczułem, jakby kość podłączono do gniazdka. Popłynął przez nią prąd, ożyła i niemal zahuczała. Trzymałem ją wysoko i miałem wrażenie, że trzymam najpotężniejszą w świecie broń, znacznie potężniejszą od wszelkich mieczy. Nagle przestałem się bać. Byłam spokojny, silny i znałem wroga.

Usłyszałem własny głos. Należał do mnie, ale słowa formułował kto inny. Było to niezwykłe. Mój język poruszał się, jakby nie należał do mnie, i nie wiedziałem, jak będą brzmiały następne słowa.

– Udało ci się więc powrócić do nas, wielki magu, i tu się ukrywałeś! Duch ukryty wewnątrz innego ducha, wewnątrz lustrzanego odbicia! Powinienem był się domyślić, że to ty! Tylko ty możesz być tak mściwy. Tylko ty możesz tak bardzo pragnąć krwi!

Jenica odwróciła się i wbiła we mnie zdumione spojrzenie. Pokręciłem głową.

– To nie ja – wyjaśniłem jej.

Znów zaczęła patrzeć na Zbieracza Wampirów. Deszcz lodowych kryształków słabł, a stworzony z cieni stwór jakby się odsuwał. Jego twarz zmieniła się w pozbawioną wyrazu maskę, jakie noszą aktorzy w japońskim teatrze Noh, po czym zaszło w niej dwadzieścia albo i trzydzieści zmian – tak szybkich, że mój wzrok ledwie je rejestrował.

– Nie warto się ukrywać – mówiłem dalej. – Teraz kiedy wiem, kim jesteś, wiem, jak cię ścigać i pokonać Dokonałem już tego i dokonam ponownie, ale tym razem zadbam o to, abyś zniknął z powierzchni Ziemi na wieczność!

Kiedy Zbieracz Wampirów znów jęknął, zdawało się, że wszystkie okoliczne budynki się poruszyły, każda cegła potarła o sąsiednie cegły, każda deska podłogowa próbowała złamać sąsiednią deskę, każda spoina chciała się rozerwać. Jenica kręciła głową na boki, a Gil wrzeszczał:

– Ucisz go! Na Boga, ucisz go!!!

Nagle zapadła cisza. Zbieracz Wampirów okręcił się wokół własnej osi, przemieszczając w skomplikowany sposób swoje składowe cienie, a potem wpadł w lustro, stanął na piasku i zaczął szybkim krokiem odchodzić. Niebo nad nim – wewnątrz lustra – pociemniało. Znad oceanu, niczym na puszczanym w przyspieszonym tempie filmie, nadpłynęły ciemne chmury, a wiatr szarpał mewami jak płachtami gazet.

Za moimi plecami zaczęto mamrotać, zaszurały stopy i kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, że strigoi wycofują się do kuchni. Gil popychał je swoim kijem, nie żałując razów, a one przeciskały się przez kuchenne drzwi jak spanikowany tłum, który zaraz zacznie się tratować. Warczały wściekle na Gila, ale z jakiegoś powodu straciły apetyt na naszą krew i zapał do walki.