Jenica złapała mnie za nadgarstek.
– Patrz! – powiedziała.
W lustrzanym świecie Zbieracz Wampirów zatrzymał się i uważnie się nam przyglądał.
Jego cień pochylał się coraz bardziej na bok, jakby zwiewał go wiatr. Czterdzieści pięć stopni, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt. Żadna ludzka istota nie byłaby w stanie utrzymać równowagi w takiej pozycji. Kiedy był już bardzo pochylony, wyszła zza niego wysoka, wyprostowana postać.
– O Boże… – szepnąłem.
– Co jest? Kto to?
Podszedłem krok w stronę lustra, potem jeszcze jeden – ale jedyne, co mogłem zrobić, to stać i wpatrywać się w świat, do którego nigdy nie będę miał wstępu, w istotę, która zamieniła moje życie w pasmo bólu i chaosu.
Wyglądał dokładnie jak na zdjęciu zrobionym w tysiąc osiemset sześćdziesiątym piątym roku nad jeziorem Pyramid. Jego twarz była jak wykuta z granitu, policzki miał pocięte rytualnymi bliznami, a oczy zimne i migoczące jak zawsze. Miał na głowie pełny wojenny rynsztunek – olbrzymią konstrukcję z czaszki bizona, obwieszonej piórami kruków i sznurami paciorków, po której łaziły błyszczące czarne żuki – tysiące żuków – spadające mu na ramiona i pełzające po całym ciele.
Na jego szacie naszyte były setki kruczych czaszek i wysuszone kawałki ludzkiego ciała – kawałki, które jego wyznawcy sami sobie powycinali i dali mu jako wyraz czci. Były tam uszy, fragmenty mięśni udowych, palce, nawet męskie członki – wszystko pokurczone i pociemniałe ze starości.
Był bardzo wysoki, ale silny wiatr wywoływał wrażenie, że lekko buja się na boki – jakby unosił się kilka centymetrów nad ziemią.
Bałem się go. Nie mogłem udawać, że się nie boję. Widziałem, jak bardzo umie być okrutny i bezwzględny i wiedziałem, że jego nienawiść do ludzi, którzy zajęli ziemię jego przodków, jest mroczna i bezgraniczna – tak bezgraniczna jak świat śmierci pod naszymi nogami: Kraina Wiecznych Łowów.
Nie odzywał się. Nie musiał jednak. Choć nie miałem pojęcia, jak udało mu się ożyć, wiedziałem, po co przyszedł i co chce zrobić. Chciał cofnąć historię o sześćset lat. Chciał, aby każde amerykańskie miasto opustoszało i zapełniło się trupami – niezależnie od tego, czy zamieszkiwali je biali, czarni, Latynosi czy Azjaci. Chciał, aby krążyły nad nimi tylko kruki, dziobiąc nasze kości.
Jego głównym celem było doprowadzenie do tego, aby po równinach znów pędzili na koniach Indianie, aby mogli wjechać na szczyt wzgórza, smaganego przez przyginający trawy wiatr, rozświetlanego tańczącymi na dalekich wzgórzach błyskawicami, i aby wiedzieli, że ten kraj znów do nich należy – cały na zawsze.
Był prawdopodobnie ostatnim rdzennym Amerykaninem który nie chciał przyznać, że nie ma czegoś takiego jak „zawsze”. Nazywał się Misquamacus i był największym czarownikiem, jaki kiedykolwiek żył, zmarł, ożył i został unicestwiony Pojawił się jednak ponownie i mimo tych wszystkich odważnych słów, które w magiczny sposób wydobyły się z moich ust wiedziałem, że mamy przechlapane.
Niebo w lustrze ciemniało coraz bardziej i wkrótce patrzyłem już tylko na własne odbicie. Kiedy się odwróciłem, przede mną stała Jenica. Jej twarz wyrażała sześć różnych emocji naraz.
– Kto to był? Znasz go?
Z kuchni wyszedł Gil i położył kij baseballowy na stoliku.
– Wszystkie strigoi sobie poszły. – Głowę miał owiniętą ścierką, przez którą przesączała się krew.
– Pozwól, że obejrzę twoją ranę – zaproponowała Jenica.
– Nic mi nie jest. – Gil popatrzył w stronę kuchni, jakby nie mógł uwierzyć w to, czego był przed chwilą świadkiem. – Powinniście byli widzieć, jak wypełzają przez okno… jak robaki, kiedy zapali się światło. Szły prosto w dół po ścianie, głowami w dół. Jak można schodzić ze ściany głową w dół?
– W pierwszej wersji powieści hrabia Dracula umiał to robić – powiedziałem.
– Strigoi nie podlegają sile grawitacji, bo nie żyją – wyjaśniła Jenica.
Uniosłem kość i przyjrzałem jej się uważnie. Nie miałem pojęcia, skąd pochodzi ani co znaczą wyryte na niej symbole, ale zdecydowanie tkwiła w niej jakaś niezwykła siła, w dodatku raczej nie rumuńska.
– Przydałoby mi się coś mocniejszego – stwierdził Gil. – Co powiecie na kolejną butelkę oddechu śmierci?
– Przedtem muszę jeszcze coś zrobić – oświadczyła Jenica. Wzięła kij baseballowy Gila, podeszła do lustra i uderzyła w nie z całej siły. Pierwsze uderzenie tylko wstrząsnęło szkłem, zamachnęła się jednak ponownie i tym razem szkło poleciało na podłogę, tworząc niewielką błyszczącą kupkę, a w ramie pozostała sama deska. – Chyba Frankowi należą się moje przeprosiny. Tobie też, Harry… za to, że w ciebie wątpiłam.
– Obawiam się, że jeśli chodzi o Franka, jest to nieco spóźnione.
Poszliśmy do salonu i usiedliśmy.
– Ojciec chybaby zrozumiał, gdybym otworzyła jego palinkę.
– Słucham?
Uniosła w górę butelkę z białego szkła.
– Wódka ze śliwek z Transylwanii. Bardzo mocna.
Nalała nam po sporej miarce i wypiliśmy w milczeniu.
– Boże drogi… – sapnął Gil. – Można by w tym rozpuszczać diamenty.
– Ojciec twierdzi, że każdy, kto pije palinkę, staje się w głębi serca Rumunem, niezależnie od tego, co ma napisane w paszporcie.
Upiłem kolejny łyk. Nie wiem, jaki wpływ miał ten napój na moją narodowość, ale na pewno znakomicie działał na moją męskość. Oceniałem, że po wypiciu połowy butelki mógłbym walczyć z legionem strigoi i dowolnym svarcolaci, którego by sprowadziły.
– Co tak naprawdę się tu stało? – spytał Gil. – Nie rozumiem, dlaczego te strigoi nagle podkuliły ogony.
– Ja też nie bardzo to rozumiem – przyznała Jenica. – Wypowiadałam rytualne słowa, mające odczarować Zbieracza Wampirów, i wydawało mi się, że nie działają. A potem nagle się odwrócił i wszedł ponownie do świata w lustrze, i kiedy to zrobił, wszystkie strigoi uciekły.
Mówiąc to, cały czas patrzyła na mnie, chciała się dowiedzieć, kim była postać w wojennym stroju, i domyślała się, że to wiem.
– Ten stwór… – zacząłem – ta postać z cieni… wygląda jak Vasile Lup i tkwi w nim duch Vasile Lupa… głównie jego, ale to jakby ktoś opanowany przez demona. Pamiętacie Regan z Egzorcysty? Wydaje się, że to ktoś, kogo znamy… bo tak wygląda, ale ten ktoś zupełnie nie panuje nad swoją osobowością. Tak naprawdę to demon, który decyduje o tym, co dana osoba mówi i robi.
– Chcesz nam powiedzieć, że duch Vasile Lupa został opanowany przez innego ducha? – spytał Gil. – Jak to możliwe?
– Duchy są jak zwykli ludzie. Jedne są przywódcami, a inne wykonawcami.
– Ale Vasile Lup musi mieć dość dominujący charakter, inaczej nie udałoby mu się zebrać tylu wampirów. Nie tylko je obudził, sprawił także, że w niespełna dwie doby zajęły całe miasto. Zastanówcie się nad tym. Kilkuset wampirom udało się dokonać tego, czego nawet al-Kaida nie byłaby w stanie… nawet mając bombę atomową. Zabiły tysiące ludzi i namówiły dalsze tysiące, by zrobiły to samo, więc zabijanie rozprzestrzeniało się w postępie geometrycznym.
– Zgadza się, ale nie sam Vasile Lup to rozpoczął. Ktoś musiał go obudzić, czyż nie? Dlatego uważam, że został opanowany przez jakiegoś ducha, jeszcze potężniejszego niż on sam.
– Wiesz, kim był ten stwór, prawda? – powiedziała Jenica. – Istota w rytualnym stroju na głowie, którą widzieliśmy w lustrze.