– Wiesz, kto to był? – zawtórował jej Gil.
Skinąłem głową.
– To indiański czarownik Misquamacus. Był największym szamanem swoich czasów… a nawet wszech czasów. Miałem z nim kilka starć. Wydawało mi się, że go zniszczyłem… aż cztery razy mi się tak wydawało. Trzy razy wracał, ale ostatnim razem byłem naprawdę przekonany, że sprawa została ostatecznie rozwiązana.
– Indiański czarownik… – powtórzył powoli Gil, jakby chciał zapytać w obcym języku: „Proszę mi powiedzieć, gdzie jest najbliższa toaleta”. – A w jaki sposób doszło do tego, że musiałeś z nim walczyć?
Wypiłem następny łyk palinki.
– Po części przypadkowo, ale głównie w wyniku przepowiadania przyszłości. Nie mam w tym kierunku naturalnych zdolności, przynajmniej nie w tym stopniu co Amelia, lecz nawet największy tępak świata ma odrobinę wrażliwości parapsychicznej. Choć nie bardzo w to wierzyłem, tak długo zajmowałem się tarotem i tyle razy wróżyłem z fusów, że w końcu naprawdę zacząłem mieć kontakt ze światem duchowym.
– A ten Misquamacus? O co mu chodzi?
– Najogólniej mówiąc, nie podoba mu się, że Ameryka jest zajęta przez białych ludzi… czy w ogóle jakichkolwiek innych ludzi poza Indianami. Aby się nas pozbyć, próbował wzywać swoich pradawnych bogów, nic to jednak nie dało. Potem próbował niszczyć nowojorskie budynki, ale i to nic nie dało. Tym razem wygląda na to, że aby się nas pozbyć, zamierza wykorzystać jeden z naszych przesądów. To jak duchowe karate: wykorzystaj do walki z przeciwnikiem jego własną siłę. Tak jak al-Kaida użyła naszych samolotów. Tyle że to, co on chce zrobić, będzie milion razy gorsze.
– Ale wrócił do lustra – stwierdziła Jenica. – Właśnie miał mnie złapać, ale się odwrócił. Jeżeli jest Indianinem, a nie Rumunem, jak mogło mi się udać odesłać go do lustra za pomocą rytuału przeznaczonego dla svarcolaci?
– Sądzę, że twój rytuał osłabił ducha gospodarza, choć moim zdaniem najwięcej zrobiła ta kość. Pomachałem mu nią, a z moich ust wydobyły się słowa, których wcale nie mówiłem. Kość buczała, a ja czułem się jak Luke Skywalker ze świetlnym mieczem.
Gil wziął kość do ręki.
– Może to jakaś czarodziejska różdżka?
– Prawdopodobnie coś w tym rodzaju. Podejrzewam, że Misquamacus użył jej do obudzenia Vasile Lupa i zostawił i w jego trumnie z jakiegoś określonego powodu.
– Jeżeli masz rację, to może udałoby się nam zrobić temu czarownikowi to, co on próbuje zrobić nam – powiedziała Jenica. – Użyć przeciwko niemu jego własnej broni.
Wziąłem kość do ręki.
– Przede wszystkim musimy się dowiedzieć, czym ta kość jest i w jaki sposób trzeba jej używać.
– A jak to zrobimy?
– Zapytamy fachowca. Mojego przewodnika duchowego, Śpiewającą Skałę.
Gil popatrzył na mnie zdumiony.
– Mówisz poważnie?
Zapaliłem trzy korzenne świece Jenicy i na największą z nich nałożyłem bransoletkę Śpiewającej Skały. Niemal skończyliśmy palinkę i choć Jenica otworzyła paczkę rumuńskich herbatników, trzymałem się na nogach nieco niepewnie – jakbym płynął do Staten Island po dość wzburzonych wodach zatoki.
Przygotowywałem stół, a Gil obchodził całe mieszkanie i rozbijał każde napotkane lustro – lecz przy antykach w złoconych ramach zadrżała mu ręka. Jenica wyjęła mu kij z dłoni i sama je rozbiła.
– Lepiej, aby mój ojciec po powrocie do domu ujrzał rozbite lustra niż martwą córkę.
– To rozumiem – powiedziałem z uznaniem. – Może jeszcze trochę palinki, abyśmy nabrali nieco rumuńskiej odwagi?
– Jedno muszę ci przyznać, Harry – mruknął Gil – nie wylewasz za kołnierz.
– Miałem niezbyt radosne życie. To dlatego.
– Wiesz, na czym polega twój problem, stary? Za dużo oczekujesz. Ja nigdy nie oczekuję niczego, więc wszystko, co mi się przytrafi, jest nagrodą. Rozumiesz?
– Gil; ja też nigdy niczego nie oczekuję i dokładnie to dostaję: nic.
Usiedliśmy wokół stołu. Wyglądaliśmy na dość wykończonych. Adrenalina, która nas napędzała, kiedy ścigaliśmy strigoi, zużyła się, a nie mieliśmy się okazji wyspać. Musiałem jednak porozmawiać ze Śpiewającą Skałą – choćby po to, aby otrzymać potwierdzenie, że to Misquamacus narozrabiał w Nowym Jorku, i dowiedzieć się, czy rzeźbiona kość, którą zdobyliśmy, naprawdę ma taką moc, jak mi się wydawało.
Złożyłem dłonie i zacząłem mówić.
– Śpiewająca Skało, wiem, że w ostatnim czasie dużo od ciebie chciałem, ale naprawdę potrzebuję porady. Wygląda na to, że to Misquamacus ożywił te wszystkie wampiry i jeśli to prawda, mamy znacznie większe kłopoty, niż sądziłem na początku, a cała sprawa jest znacznie poważniejsza. No wiesz, jeżeli Misquamacus jest tak silny jak każdy przeciwnik, którego można sobie wyobrazić.
Gil zmarszczył czoło, ale Jenica lekko pokręciła głową, dając mu do zrozumienia, żeby się nie wtrącał. Wiedziała, że przy wzywaniu duchów nie trzeba się kierować logiką. Liczy się przede wszystkim skupienie, wiara.
– Śpiewająca Skało, wiem, że prawdopodobnie bardzo niechętnie staniesz naprzeciwko Misquamacusa. W końcu cię zabił, ale musi być jakiś sposób na to, aby go jeszcze raz pokonać, i jestem gotów wziąć to na siebie, tyle że potrzebuję jakiejś porady.
Kontynuowałem tak przez piętnaście minut, przypochlebiając się Śpiewającej Skale i błagając go o pomoc. Im dłużej to trwało, tym bardziej traciłem cierpliwość.
– Dobra, nie pomagaj mi! Mam to w nosie! Jestem białym człowiekiem i każ mi walczyć samemu z twoim indiańskim demonem! Nie potrzebuję od ciebie pomocy!
Jenica ujęła mnie za dłoń.
– Nie przyjdzie, prawda? Nieważne, prześpijmy się i potem się zastanowimy, co z tym fantem zrobić.
– Dajmy sobie spokój – przyłączył się do niej Gil. Dokończmy butelkę i przekimajmy się.
– Jak uważacie. Może macie rację. Prawdopodobnie niedobrze mu się robi na myśl, że miałby mi pomagać.
Dopiliśmy palinkę. Gil zaczął opowiadać długą i skomplikowaną historię o tym, jak próbowali uczyć Bośniaków grać w baseball, i wkrótce całkiem stracił wątek. Pomogłem mu dotrzeć do łóżka – choć sam byłem tak pijany, że niemal zwaliłem się na nie obok niego.
Jenica nie położyła się razem z nami – powoli wracała do równowagi po wszystkich dziwacznych wydarzeniach dzisiejszego dnia i niewiele się odzywała.
Zanim poszła do łóżka, pochyliła się nade mną i pocałowała mnie w czoło.
– Chyba muszę ci podziękować. Gdyby nie ty, ten stwór pewnie by mnie zabił.
– Byłaś bardzo dzielna. Gdyby nie ten twój rytuał, zabiłby nas wszystkich. Misquamacus ukrywa się we wnętrzu Vasile Lupa, a jeżeli Vasile Lup musi wracać do trumny, to co wtedy zrobi Misquamacus?
– Nie wiem. Nie mam pojęcia o indiańskiej magii.
– Jest bardzo dziwna. Czerpie siłę z żywiołów: z wody, wiatru, ziemi i ognia.
– Przykro mi, że twój przewodnik duchowy nie przyszedł.
– Mnie też. Prawdopodobnie się dąsa. Nie martw się jednak, coś wymyślimy.
– Harry?
Nie wiem, co chciała mi powiedzieć, ale kiedy ludzie są pod wpływem stresu albo strachu, często mówią rzeczy, których tak naprawdę nie mają na myśli. Przynajmniej tak bywało w moim życiu. Tak więc jedynie uścisnąłem jej dłoń.
– Śpij dobrze.
19
Otworzyłem oczy. Była trzecia czterdzieści siedem rano i niebo na wschodzie zaczynały rozjaśniać pierwsze promienie słońca. Uniosłem głowę znad przypominającej worek z piaskiem poduszki Razvana Dragomira i ujrzałem, że na krześle w przeciwległym rogu pokoju ktoś siedzi. Śpiewająca Skała.