– Jeśli babcia ma sklerozę, to ja jestem arcydzięgiel bagienny – powiedziała Elunia stanowczo, czym rozczuliła babcię ostatecznie.
– Moja krew! To po mnie masz te dziwne porównania, przez twoją matkę przeskoczyło. No dobrze, nie pojadę dziś na pokera, zrobię to dla ciebie i cały wieczór poświęcę dochodzeniu. Złap sobie swojego chłopaka, obojętne, przestępcę czy nie, miłość nie zna przeszkód. Siedzieć za niego, mam nadzieję, nie pójdziesz.
Słowa babci wywołały w umyśle Eluni melanż straszliwy. Wszystko się znienacka skłębiło, przez moment sama nie wiedziała, co do czego należy i o co jej chodzi. Kazio, Stefan, Bieżan, facet z nosem, Agata, szajka przestępcza, wszyscy razem utworzyli jeden węzeł nie do rozcięcia, mignął jej nawet zapomniany prawie osobnik od niebiańskiej krowy. Z wysiłkiem opanowała ten zamęt.
– Nie, babciu, to nie całkiem tak. Chłopak owszem, jest taki, ale roraty to co innego. Dwie różne rzeczy. Trzy różne rzeczy…
– Trzy tysiące różnych rzeczy – zgodziła się babcia.
– …ale zaraz, babciu, czy ty grywasz w pokera? Prawdziwego?
– Ty głupia jesteś, moje dziecko, czy co? Oczywiście, że grywam! Jasne, że w prawdziwego, przecież dlatego twoi rodzice uważają mnie za jednostkę niepoczytalną i chętnie by mnie ubezwłasnowolnili. Nic z tego, bardzo się staram, poza tym, być normalna.
– Raz w życiu…! – westchnęła Elunia, nagle rozpłomieniona. – Raz w życiu chciałabym zagrać w takiego prawdziwego, drapieżnego pokera…
– Nie widzę przeszkód – powiedziała babcia spokojnie. – Mogę cię wprowadzić w odpowiednie towarzystwo, zdaje się, że już jesteś dorosła. Ale chyba nie w tej chwili, coś mi się widzi, że masz jakieś inne problemy, może je najpierw rozwikłaj, a potem przystąp do beztroskich rozrywek…
Jadąc z powrotem do domu w celu kontynuowania pracy, Elunia myślała sobie, że taka babcia to skarb. Wyszła od niej ogromnie podniesiona na duchu, chociaż właściwie konkretnych powodów po temu nie było. Uzyskała zaledwie obietnicę, Bieżan mógł uzyskać taką samą, żadna ludzka siła nie wymogłaby na babci, w jej wieku siedemdziesięciu sześciu lat, niczego więcej. Jeszcze cztery lata i babcia, gdyby miała ochotę, mogłaby zabić człowieka, podobno kobiet po osiemdziesiątce do więzienia się nie wsadza. Ciekawe, czy takiego człowieka babcia miała na oku…
Uczucia, bez względu na zamiary babci, zaczynały się w niej trochę porządkować. Kazio zapowiedział swój powrót jutro, nie podając godziny. Zadzwoni chyba…? Dopadnie go wreszcie i zażąda wyjaśnień… O Boże, ależ to jest pretekst do rozluźnienia, może nawet zerwania kontaktów! Oszukiwał ją…
Siadając już przy stole, uświadomiła sobie, że po pierwsze wcale nie chce całkowitego zerwania kontaktów z Kaziem, a po drugie zamierza zrobić świństwo. Cienia prawdy nie ma w tym, że zakochała się w Stefanie przez Kazia, Kazio mógł być w Chinach albo siedzieć na dachu, obojętne, zakochałaby się tak samo. Nie powinna udawać, że to jego wina, powinna uczciwie powiedzieć prawdę, chociaż Jola jest innego zdania. Niech sobie będzie, Elunia tak nie lubi, źle by się czuła ze swoją obłudą. Z tym że najpierw zorientuje się, co to za kit z tą Skandynawią…
Wszystkie rozmyślania i niepokoje musiały być szkodliwe, bo tym razem w kasynie Elunia przegrała potwornie. Udała się tam wcześnie, spragniona widoku Barnicza, usiadła przy droższym automacie, tym po pięć złotych, bo tańsze były zajęte, i rychło poczuła w sobie wielką chęć naśladować w narzekaniach panią Olę. Nie płacił podlec i nie płacił, zorientowana już nieźle w cechach tych maszynerii, Elunia doszła do wniosku, że lada chwila ta zła passa powinna się przełamać. Lada chwila powinien zacząć płacić. Grała już różnie, to po jednym żetonie, to po pięć, automat oczywiście pozwolił jej wygrywać za jeden, wyższe stawki pożerając zachłannie. Po dwóch godzinach zorientowała się, że kończą się jej pieniądze.
Pożyczać nie zamierzała, to wykluczyła z góry. Miała przy sobie dolarową kartę kredytową, ale dolarów było jej szkoda. Popatrzyła na zegarek, dochodziło wpół do szóstej, Barnicz mógł przyjść nawet o dziewiątej, nie będzie tu przecież siedziała tyle czasu bez grosza, nic nie robiąc, poza tym automat ją korcił. Chciała znęcać się nad nim dalej, przebić się wreszcie przez to ohydne niepłacenie, odegrać się! Wpadła w hazard nieodwołalnie i tylko wrodzony umiar w charakterze i ogólna łagodność usposobienia, podbudowana niezłą dozą zdrowego rozsądku, pozwalały żywić nadzieję, że nie wyjdzie jej to bokiem. Ponadto była kobietą, a to syna bił ojciec za to, że się uparł odegrać, nie zaś córkę.
Namyślała się krótko, postanowiła skoczyć do banku i podjąć pieniądze z konta na zwyczajny czek. Czeki już dawno były gotowe do odebrania, a bank znajdował się blisko, na rondzie Nowego Światu, o tej porze wielkiego tłoku już w nim nie było i szansa na zaparkowanie istniała. Załatwi to szybko, za pół godziny wróci, nawet jeśli Stefan przyjdzie w czasie jej nieobecności, trochę chyba poczeka…
Grzecznie poprosiła obsługę o zarezerwowanie automatu, co było zupełnie zbędne, bo nikt się do tego drogiego draństwa nie pchał, i wybiegła.
Podjechała do ronda od strony Alej Jerozolimskich i zwolniła tuż za Bracką, szukając sobie miejsca na parking. Znała ten teren, wiedziała, że panuje na nim szalona ruchliwość, z reguły ustawiają się tam tylko klienci instytucji, którzy załatwiają swoje i wynoszą się gdzie indziej. Co chwila ktoś odjeżdża, a jego miejsce zajmuje następny. Jadąc powolutku, wypatrywała kogoś wsiadającego, błyskających świateł i kierunkowskazów, gotowa ułatwić kierowcy wyjazd tyłem na jezdnię. O kilka samochodów dalej, tuż za kioskiem Ruchu, dostrzegła faceta, otwierającego drzwiczki granatowego forda i wsiadającego do środka, przyhamowała z nadzieją, że już widzi miejsce dla siebie, zatrzymała się nawet, w pełni świadoma, że tkwi na absolutnym zakazie zatrzymywania. Faceta oczywiście widziała niedokładnie, ale jego ruchy wyglądały jednoznacznie, otwierał, wsiadał i natychmiast powinien odjechać, bo niby cóż innego miał tam do roboty?
Zapalił światła, ale nie ruszał. Być może czekał na kogoś. Na jakiegoś żółwia, ślimaka, plazmę, która chyba czołgała się przez hol bankowy, bo niemożliwe, żeby tyle czasu ktoś szedł normalnie na nogach. Albo postanowił sobie zamieszkać tutaj, w swoim samochodzie. Umarł w ogóle. Takich powinno się wyrzucać siłą.
Po straszliwie długim czasie, zawierającym w sobie jakieś czterdzieści pięć sekund, Elunia zdenerwowała się porządnie i skóra jej ścierpła na plecach. Lada chwila przyczepi się do niej ktoś ze służby ruchu i będzie miał rację, stoi na prawym pasie tuż przed skrzyżowaniem i przeszkadza wszystkim przejeżdżającym, już ktoś tam za nią zamrugał światłami. Antypatyczny nerwicowiec. Miała ochotę wysiąść, podejść do tamtego nieruchawego głąba i wypchnąć go przemocą, niech się wynosi wreszcie i odda miejsce porządnym ludziom!
W tym momencie światłami zapłonął samochód, stojący tuż obok głąba, po jego lewej stronie. Wyjeżdżać zaczął od razu i Elunia doznała ulgi niebotycznej. Ruszyła delikatnie, przepuściła go i płynnie wjechała na zwolnione miejsce.
Wysiadając i zamykając drzwiczki, wrogo spojrzała na sąsiedni pojazd, z wielką nadzieją, że może chociaż jej wzrok wypromieniuje z siebie jakieś niemiłe fluidy. I zamarła.
Przy kierownicy owego samochodu nikt nie siedział. A przecież na własne oczy widziała…!
Zamarcie było krótkie i lekkie, z jednej strony bowiem sprawa przestała już dotykać ją osobiście, z drugiej zaś prawie od razu dostrzegła sylwetkę na tylnym siedzeniu. Zgadzało się, ktoś wsiadł, nie kierowca jednakże, tylko pasażer. Zrozumiałe, że nie mógł odjechać, ale po co w takim razie zapalił kretyn światła, myląc tym ludzi?!
Pomyślawszy o światłach, zauważyła własne. Oczywiście, zapomniała zgasić. Złośliwość losu może sprawić, że spędzi w tym banku Bóg wie ile czasu, a jej akumulator świateł nie lubi, znów się wyładuje. Otworzyła drzwiczki i pochyliła się, sięgając ręką do wyłącznika.
I teraz już zamarła rzetelnie i kamiennie. Pochylona, ujrzała twarz pasażera, majaczącą w połowicznym mroku. Patrzyła na nią przez dwie szyby samochodowe, szyby jednakże były akurat czyste i nie przeszkadzały, widziała ją zatem dość wyraźnie.
Na tylnym siedzeniu tkwił Stefan Barnicz.
Ukochaną twarz Elunia rozpoznała w mgnieniu oka. Twarz okolona była wprawdzie brodą, która tajemniczym sposobem wyrosła w ciągu dwóch dni, ale Elunia brody nawet nie zauważyła. Charakterystyczne, piękne brwi, oczy, układ czoła, nos, wystarczyły jej w zupełności. Trwała jakby w ukłonie, przeistoczona w rzeźbę z granitu, niezdolna do oderwania ręki od wyłącznika świateł, które na ułamek sekundy wcześniej zdążyła zgasić.
Stefan nie patrzył na nią. Wzrok miał utkwiony w wejście do banku, zresztą odgrodzona od niego własnym samochodem i pochylona w otwartych drzwiczkach Elunia była znacznie gorzej widoczna niż on sam, wygodnie ulokowany na tylnej kanapie. Poblask z ulicy, z kiosku i z reflektorów przejeżdżających samochodów działał na jej korzyść.
W tym wejściu do banku musiał kogoś zobaczyć, bo poruszył się i włożył ogromne przyciemnione okulary, zasłaniające mu całą górę twarzy. W tych okularach Elunia już by go nie poznała. Do samochodu podbiegł jakiś facet, wsiadł i natychmiast ruszył. Prawym pasem coś jechało, musiał to coś przeczekać. Dzięki czemu Elunia, wciąż zastygła w swoim ukłonie, niezdolna także do odwrócenia oczu, zamiast pięknej twarzy amanta, ujrzała numer rejestracyjny odjeżdżającego forda.
Wrażenie, jakiego doznała, było tak potężne, że uruchomiła ją dopiero prośba kierowcy z lewej strony, który nie mógł otworzyć swoich drzwiczek i wpuścić pasażera bez usunięcia z drogi wypiętej tylnej części pochylonej Eluni. Nie była gruba, ale ciasnota wykluczała przepchnięcie obok niej jeszcze jednej osoby. Popukana delikatnie w okolice talii, wyprostowała się wreszcie, złapała oddech, przeprosiła i odeszła.
Wróciwszy po paru minutach z pieniędzmi, bo jednak nie zapomniała, po co tu przybyła, stwierdziła, że swojego samochodu w ogóle nie zamknęła, pozostawiła drzwiczki otworem. Nie przejęła się zbytnio, skoro nikt go nie ukradł, było to mało ważne. Barnicz w charakterze pasażera granatowego forda opanował ją prawie bez reszty, pozostałe wolne szczątki jej jestestwa należały do złośliwego automatu.