– Są śliczne, Catherine. Dziękuję.
– Pasują do twoich włosów – odrzekła. – Wprawdzie nikt w Tuen Mun nie będzie ich oglądał, bo nie chcę, żebyś wychodziła z mieszkania, ale kiedyś będziemy musiały się przenieść. A w razie gdybym ugrzęzła w biurze, a ty byś czegoś potrzebowała, włożyłam ci trochę pieniędzy do torebki.
– Sądziłam, że mam sama nie opuszczać mieszkania i że razem wybierzemy się po jakieś zakupy.
– Nie mam większego pojęcia niż ty, co się tam dzieje w Hongkongu.
Lin może się wściec do tego stopnia, by powołać się na stare kolonialne przepisy prawne i zamknąć mnie w areszcie domowym… Na Blossom Soon Street jest sklep z obuwiem. Będziesz musiała tam wejść, żeby zmierzyć tenisówki. Oczywiście pójdę z tobą. Po dłuższym milczeniu Marie spytała:
– Catherine, skąd ty tak dużo wiesz o tej okolicy? Nie spostrzegłam tu żadnych innych białych. Czyje to mieszkanie?
– Przyjaciela – odpowiedziała Catherine, nie wdając się w szczegóły. – Nie korzysta z niego zbyt często, więc bywam tutaj, kiedy chcę się od wszystkiego oderwać. – Catherine nie dodała nic więcej, temat był zamknięty. Nawet podczas ich długiej nocnej rozmowy, nagabywana o to przez Marie, nie odpowiedziała na żadne pytanie. Po prostu nie życzyła sobie o tym mówić.
Marie włożyła spodnie, białą bluzkę i rozpoczęła zmagania ze zbyt obszernymi pantoflami. Ostrożnie zeszła po schodach i wydostała się na ruchliwą ulicę; natychmiast zdała sobie sprawę, że przyciąga zaciekawione spojrzenia i zastanawiała się, czy nie powinna zawrócić i wejść do domu. Ale nie potrafiła; na kilka minut mogła wyrwać się z dusznego więzienia w małym mieszkaniu i podziałały one na nią jak lek wzmacniający. Powoli, z wysiłkiem posuwała się chodnikiem, zahipnotyzowana kolorami, gorączkowym ruchem i nieustannym trajkotaniem dobiegającym ze wszystkich stron. Podobnie jak w Hongkongu nad wszystkimi budynkami wznosiły się krzykliwe reklamy i wszędzie wokoło ludzie targowali się przy kramach i przy wejściach do sklepów. To jednak był kawałek kolonii przeniesiony w kierunku szerokiej granicy.
Dostrzegła nie dokończoną drogę przy końcu bocznej ulicy. Prace najwyraźniej tu przerwano, ale tylko na pewien czas, ponieważ maszyny drogowe, nieczynne i rdzewiejące, stały po bokach. Dwie tablice z chińskimi napisami ustawiono po obu stronach biegnącej w dół bitej drogi. Ostrożnie stawiając kroki Marie zeszła po stromiźnie aż do opuszczonego wybrzeża i tam usiadła na stosie kamieni; minuty wolności dawały jej bezcenne chwile spokoju. Spojrzawszy w dal zobaczyła statki odbijające od nabrzeża w Tuen Mun i te, które przypływały tutaj z Republiki Ludowej. O ile mogła dostrzec, te pierwsze były statkami rybackimi z sieciami rozwieszonymi na dziobach i burtach, wśród tych z kontynentu zaś przeważały małe frachtowce, ze stosami skrzyń na pokładach – choć nie na wszystkich. Były także smukłe, pomalowane na szaro patrolowce marynarki wojennej z powiewającą flagą Republiki Ludowej. Z każdego z nich sterczały we wszystkie strony groźne, czarne działa, przy których stali nieruchomo umundurowani ludzie, spoglądający przez lornety. Od czasu do czasu któryś z patrolowców podpływał do statku rybackiego, na co rybacy reagowali gwałtowną gestykulacją. Odpowiadano im ze stoickim spokojem, a potem potężne patrolowce powoli zawracały i odpływały. To tylko taka gra, pomyślała Marie. Północ dyskretnie rozciągała całkowitą kontrolę nad akwenem, podczas gdy Południu pozostawało jedynie protestować z powodu naruszenia jego strefy połowów. Jedni dysponowali potęgą hartowanej stali i sprawną strukturą dowodzenia, drudzy mieli miękkie sieci i upór. Żadna ze stron nie odnosiła zwycięstwa z wyjątkiem owych dwóch rywalizujących sióstr: nudy i niepokoju.
– Jingcha! – rozległ się męski wrzask z pewnej odległości.
– Shei! – odwrzasnął drugi. – Ni zai zher gan shenme! Marie odwróciła się gwałtownie. Dwaj mężczyźni, którzy pojawili się u szczytu drogi, rzucili się biegiem w dół nie wykończonej ulicy. Ich wrzaski wydawane rozkazującym tonem były skierowane do niej. Marie niezdarnie podniosła się z miejsca, opierając o kamienie. Mężczyźni podbiegli. Obaj ubrani byli w jakieś paramilitarne mundury, a przyjrzawszy im się z bliska Marie zobaczyła, że obaj byli młodzi – kilkunastoletni, najwyżej dwudziestoletni.
– Bu xing! – warknął wyższy z chłopców oglądając się za siebie i gestem polecając koledze, by chwycił Marie. Cokolwiek zamierzali, zrobili to szybko. Drugi chłopak wykręcił jej ręce do tyłu.
– Dosyć tego! – krzyknęła Marie wyrywając się. – Kim jesteście?
– Ta pani mówi po angielsku – oświadczył jeden z młodych ludzi. – Ja też mówię po angielsku – dodał dumnie, z namaszczeniem. – Pracowałem u jubilera w Koulunie. – Znów spojrzał w górę, w kierunku nie dokończonej drogi.
– No to powiedz swojemu przyjacielowi, żeby mnie puścił!
– Pani nie rozkazuje, co mam robić. Ja rozkazuję pani. – Chłopak zbliżył się do Marie ze wzrokiem wlepionym w wypukłość jej piersi pod bluzką. – Ta droga jest zakazana i zakazana jest ta część wybrzeża. Pani nie widziała tablic?
– Nie czytam po chińsku. Przepraszam. Pójdę sobie. Tylko każ mu, żeby mnie puścił. – Nagle poczuła, jak ciało młodzieńca przywiera do jej pleców. – Przestań! – wrzasnęła, słysząc cichy śmiech i czując gorący oddech na szyi.
– Czy pani czeka na łódź z kryminalistami z Republiki Ludowej? Czy daje sygnały ludziom na wodzie? – Wyższy Chińczyk podniósł obie ręce do bluzki Marie, chwytając palcami górne guziki. – - Może ukrywa radiostację, urządzenie sygnałowe? Naszym obowiązkiem jest badanie takich spraw. Policja tego od nas oczekuje.
– Idź do jasnej cholery, zabierz łapy! – Marie zaczęła się wyrywać z całej siły, kopiąc na oślep. Stojący z tyłu chłopak pociągnął ją do tyłu przewracając na plecy, wyższy zaś chwycił ją za nogi i próbował je rozewrzeć wciskając własne. Nie mogła się poruszyć;
leżała wyciągnięta na ukos na kamienistej plaży, mocno przytrzymywana. Pierwszy Chińczyk zerwał z niej bluzkę i stanik i zaczął obiema rękami ściskać jej piersi. Marie wrzasnęła, zaczęła się szarpać i nadal wrzeszczała, aż dostała po twarzy, a dwa palce wbito jej w gardło, tłumiąc krzyk do odgłosu zdławionego kaszlu. Znów ten sam koszmar co w Zurychu: gwałt i śmierć na Guisan Quai.
Zaciągnęli ją w gęstą trawę; chłopak znajdujący się z tyłu zatkał jej usta dłonią, a zaraz potem całym ramieniem, pozbawiając Marie powietrza i uniemożliwiając jej krzyk w chwili, gdy szarpnął nią do przodu. Rzucono ją na ziemię; jeden z napastników położył się gołym brzuchem na jej twarzy, podczas gdy drugi zaczął ściągać jej spodnie i wpychać rękę między nogi. To był Zurych, i tylko zamiast walki w chłodnej ciemności Szwajcarii, wokół był wilgotny upał Wschodu;
zamiast Limmat, inna rzeka, znacznie szersza, znacznie bardziej opustoszała, a zamiast jednego zwierzęcia, dwa. Czuła na sobie ciało wysokiego Chińczyka, próbującego gwałtownie w nią wejść, rozwścieczonego, że nie jest w stanie tego zrobić, bo rzucała się tak, że atak się nie udawał. Nagle chłopak leżący na jej twarzy sięgnął pod spodnie do swej pachwiny; ten ruch sprawił jej chwilową ulgę, a Marie zupełnie oszalała! Zatopiła zęby w ciele nad sobą, aż trysnęła krew; w ustach poczuła mdły smak ludzkiego mięsa.